Archiwa dla wrzesień, 2006

strona

Chciałem troche coś tu zmienić. Myślałem o nowej skórze ale jakoś nic mi nie podeszło pod gust, a i czasu na większe modernizacje też nie mam. Dlatego zmieniłem jedynie wygląd nagłówka. W sumie całkiem mi się podoba, choć i stary miał swój urok. Pozatym w ostatnich kilku dniach dodałem kilka ciekawych linków, a te niedziałające wywaliłem.
Wszyscy którzy korzystają z RSSa zachęcam do przesiadki na feedburnera (link koło mej mordy w kapturze), narazie jeszcze się nie zabrałem do zastąpienia nim starych kanałów ale pewnie prędzej czy później to nastąpi.
tyle technicznych bredzeń…

a zaraz coś z zupełni innej beczki.

12345 1 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarz

Jak ktoś ma pecha…

to mu i kij w rękaw się zesra. Wszystkich którzy skończyli studia zapraszam do zapoznania się z tą informacją. Że ja zawsze musze se “dobrze” zrobić. Znając życie za rok jak mi się uda w końcu obronić to tego przepisu już nie będzie. Taki lajf.

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Trudne pojęcia - wstępniak

Zawsze gdy się z kimś pokłócę w trakcie polemiki, a skłonność do tego mam niebywałą szczególnie w procentowe noce na drugi dzień często zdarza mi się rozmyślać na czym polegał spór. I przeważnie dochodzę do jednego wniosku - problem polega na nie rozumieniu albo naditerpretowaniu słów drugiej strony (w obie strony:>). Najprostszy przykład to ot taki prosty przykład - auto. Mówiąc auto jednym przed oczami pojawia się pewien zbiór skojarzeń który nie koniecznie musi się pokryć ze zbiorem skojarzeń drugiej strony. Z słowem auto mogą się kojarzyć np. takie słowa jak samochód, kombi, coupe, maluch, mercedes, zielony polonez, czarne porsze, czerwone lamborgini, cartoon-trabant i wiele innych. I tu powstaje dysonans bo co ma wspólnego ze sobą 15letni maluch z srebrnym mercedesem klasy S? Przy tak prostym zwrocie pojawia się problem a co gdy rozmawiamy o ideach, pojęciach będących jedynie produktem myśli i wyobrażeń wymagających dość abstrakcyjnego myślenia. Jedni spoczywają na skojarzeniu z maluchem inni poprzez starą beczke ojca brną do tej limuzyny klasy S. A wtedy w żaden sposób nie przekonamy nikogo że jazda samochodem może być wspaniałym doświadczeniem, przyjemnością, spełnieniem. A jeszcze gorzej gdy ktoś w zaparte uważa że nic lepszego od tego malucha nie ma, i będzie tym maluchem zwiedzał świat. Bo maluch wystarczał mu do tej pory więc po co ma wsiadać w co innego. A czy to bezpieczne?
A najgorszą rzeczą jest gdy ktoś na słowo auto myśli traktor. Pomieszanie pojęć, wyobrażeń i znaczenia. Wtedy rozmowa staje się tak zawzięta że zapędzając się w coraz bardziej niezrozumiałe dla obu stron sformułowania można i w dziób zarobić.

Jako że w zwyczaju mam tutaj rozpoczynać pewne cykle wpisów o których czasem sobie przypomnę a czasem i nie, tym razem postanowiłem że rozpocznę kolejne wynurzenia mych mądrości - popisze od czasu do czasu (jak mi tematu zabraknie) o pojęciach które rozumiem zupełnie inaczej niż zdawać by się mogło znaczyć one powinny.

Dziś już późno, poza tym to tylko wstępniak ale jutro wykorzystując świeżość pomysła wpis przysponsoruje literka L jak libertynizm:>

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

religia pokoju

Chciałem sobie napisać coś o braciach w debilizmie wyznawców boskiej miłości i wojen krzyżowych - czyli panach w turbanach. O tym że świat co chwila ich za wszystko przeprasza a to że oni od tak sobie palą kukły świata i mówią o zabijaniu niewiernych to to dla świata żadna obraza… No i można by w sumie długo o tym ale co mnie to tak naprawdę obchodzi poza tym że pewnie jak mi się uda przeżyć i spłodzić potomstwo to zapewne będzie musiało ono w swej przyszłej pracy wraz z innymi trzy razy dziennie (czy ile tam oni to robią) klękać z twarzą w strone Mekki i wypowiadać jakąś debilną mantre. Choć dość duże prawdopodobieństwo że będzie musiało się za każdym razem kłaniać do ziemi spotykając w pracy małych, skośnookich ludzików bo będzie ich tylu że i turbany nie dadzą im rady. Mógłbym o tym mówić ale nie będę się nikomu narażał bo tak naprawdę szanuje/mam w dupie (niepotrzebne skreślić) religie.
Polecam zajrzeć jedynie tutej.

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Co kłamstwem a co prawdą jest.

Nie wiem. Naprawde nie wiem. Wiem tylko tyle że nie należy wierzyć. Wiara zawsze sprowadza na złą drogę. Szczególnie ta bezkrytyczna. Bo przecież tak naprawde prawdy nie ma. Są co najwyżej zdarzenia które miały miejsce albo nie. Prawda sama w sobie jest pojęciem obarczonym ludzką oceną. Prawdą jest że Adam i Ewa popełnili grzech pierworodny, prawdą jest że człowiek wewoluował od małpy, prawdą jest że dinozaury wygineły, prawdą jest że religia nakazuje czynić dobro, prawdą jest że większość wojen to konflikty czyniących dobro religii, prawdą jest że Kuroń był bohaterem, prawdą jest że był również socjalistą, prawdą jest że Balcerowicz swą wiedze posiadł w szkole która uczyła jak centralnie planować gospodarke i ile guzików kraj powinien produkować w roku, prawdą jest że to on sprawił że złotówka jest cokolwiek warta, prawdą jest że Giertych ma jednak wbrew temu co mówi coś wspólnego z faszystami, prawdą jest również że bez reguł o których mówi na świat ze szkół wychodzi jedynie stado małp obsrywających wszytko i wszystkich a nie ludzi, prawda, prawda, prawda.
Ilu ludzi tyle prawd. Męczy mnie to bardzo. Najbardziej to że sam musze na każdym kroku wiedzieć która prawda jest tą moja prawdą.

A co jeżeli to jest tak - trudno to dotknąć ale spróbuje - od lat ktoś komuś za prawdę przedstawiał kłamstwo, tamten przekazywał je dalej. Kłamstw było bez liku i wciąż powstawały nowe. Zmieniały się, łączyły z innymi i co gorsza z prawdami. Kolejne fakty były wynikiem powtarzania kłamstw. Kolejne kłamstwa wychodziły z nieświadomych głów ludzi uważanych za mądrych. Autorytety powstawały w skutek wyławiania prawd z pośród oceanu kłamstw. Do czasu gdy ocean zaczął pochłaniać resztki wysp. Autoryty zastępowane były przez inne te które znały najlepsze kłamstwa, potrafiły z otaczających kłamstw prezentować te najlepsze, najciekawsze. Wszyscy popadali w stereotypy, przekazywali kłamstwa. No i teraz odnajdź tą ostatnią wyspę. Znajdź sposób na osuszenie tego wszechoceanu. Masz dwa wyjścia albo poddać się i wraz z resztą powtarzać bzdury i wierzyć że świat wygląda tak właśnie a nie inaczej. Możesz też krzyczeć że przecież tak nie może być, że ta ostatnia wyspa pomieści wszystkich i wcale nie leży tak daleko. Wystarczy razem, wspólnie zostawić prawdę w spokoju. Wystarczy żyć. Bo do czego prawda w życiu jest potrzebna? Albo raczej do czego kłamstwo nam potrzebne? Życie to nie zera i jedynki. A ginąć za prawdę, która na końcu może okazać się wcale nie taka prawdziwa?
I będziesz krzyczał i krzyczał tworząc kolejnym kolejne kłamstwa. Bo żeby uzasadnić słuszność swych słów będziesz oszukiwał. To że innych to nieważne. Będziesz oszukiwał sam siebie. Że monopol na racje masz tylko ty. Że twoja prawda jest tą najprawdziwszą. Że inni się mylą, bo są kłamcami, albo przynajmniej głupcami którym przez wieki wkładano do głowy bzdury.

Jest jeszcze inne wyjście. Można oszukiwać. Oszukiwać wszystkich w koło ale ze świadomością swych kłamstw. Mieć wątpliwości i dystans do wszystkiego nie pokazując światu że jego prawda jest dla nas gówno warta. Ta w którą na pozór wierzymy i ta której nigdy nie poprzemy.
I czy wtedy życie nie staje się przyjemniejsze? Można być wolnym tak bardzo jak tylko się tego chce. Absurdy znikają a ich miejsce zastępuje piękno życia.

Tylko czemu kurwa to takie trudne?

Don Kichot wraz ze swym wiernym Sancho, postanowił odpocząć. W tym celu udał się do swej ukochanej Dulcyney, gdzie zawsze zaznawał otuchy - a przynajmniej tak mu się zdawało bo nie był pewien kiedy otatnio miało to miejsce. Wróg wciąż knuł w swej kaprawej głowie jak zniszczyć błędnego rycerza i jego wiernego sługe. Jednak Kichot wiedział coś więcej. Sancho doniósł mu że ostatnio usłyszał przy wodopoju rozmowe dwóch łotrzyków będących wspólnikami armii wroga. Z rozmowy wynikało że wróg będzie miał nie lada problem z swymi zastępami które domagają się podwyżki żołdu, a przynajmniej jednej kromki chleba więcej w swych żelaznych racjach żywności. Nic to pomyślał Don Kichot, jeszcze raz analizując słowa swego szaloneo giermka, na które to słowa trzeba było nie lada intelektu jakim poszczycić się mógł jedynie on, błędnie nazywany przez niektórych błędnym rycerzem. Bo trzeba wiedzieć że głowa Sancha rzeczywistość odbierała w jakiś pokrętny sposób, choćby biorąc na ten przykład jego ostatnie obserwacje które tak błyskotliwie zinterpretował wielki Don Kichot: Sancho bredził coś o zieleni, pięknych drzewach zwieszających swe konary ku nurtowi rzeki, złocistej plaży i rybach na kolacje. Don Kichot uwielbiał wyzwania, i z tak bardzo pokrętnych słów, które mogły zrodzić się jedynie w głowie szaleńca potrafił wyciągnąć wnioski które odzwierciedlały rzeczywistość w najmniejszych szczegółach.
Zatem ruszyli dwaj towarzysze niedoli ku zachodowi słońca gdzie czekać ich miał upragniony od wielu lat, ba dziesięcioleci albo i stu odpoczynek. Kiedy dotarli na miejsce, Don Kichota przeraziło to co zobaczył. Całe szczęście dotarł na czas. Jego ukochaną atakowało pięciu nikczemników, a ona płakała i krzyczała wzywając Bogów na pomoc. Dobył natychmiast szpady i sprawę wyjaśnił od ręki. Bandyci uciekali w te pędy, a Kichot rzekł do swej ukochanej: pójdź w me ramiona. A ona poszła. O tamtej nocy rycerzom opowiadać nie wypada, lecz uśmiech Kichota całego dnia następnegomówił sam za siebie. Wcześniej jednak gdy rankiem zniecierpliwiony Sancho przybył po rycerza z nowymi informacjami o wrogu rycerz musiał opuścić swą Dulcynee a żegnając się z nią czule obiecał że niebawem powróci.
I tak na drodze ku wschodzącemu dopiero co słońcu rysowały się dwie sylwetki a właściwie cztery bo trzeba policzyć wiernego rumaka na którym zasiadał rycerz i giermkowego osiołka. A w oddali słychać było głos Sancho który mówił coś o krzykach rycerza wiszącego na linie za ręce, na dodatek bez spodni, o śmiechach jakiś męższczyzn, o kobiecych jękach, o tym że rankiem Sancho musiał nożem przecinać jakieś więzy i jeszcze innych stworzonych w tym szalonym umyśle rzeczach. Kichot postanowił tym razem odłożyć tę giermkową zagadkę do rozwikłania na później, tymczasem rozkoszując się wspomnieniami ubiegłej nocy.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

…i jeszcze o el comendante

Nocne wędrówki po sieci, omijające znane adrsy, przynozą różne dziwne informacje i znaleziska - jedno poniżej. Drugie tu.
Tak się zastanawiam - świat to naprawdę w większości z samych debili karmionych telewizyjną papką się składa. Kim by nie był Fidel, jak można robić szopke z czyjejś śmierci, która tym badziej jeszcze nie nastąpiła? Jakby się te skurwysyny czuły gdyby nagle zaczęto obstawiać kiedy oni zdechną. Takim ciołom nic tylko sterylizacja i do kamieniołomu.
W Stanach Socjalistycznych Ameryki już dawno nadawano w telewizorach transmisje lajf z egzekucji. Igrzyska, igrzyska, igrzyska. Małpy chętne oglądać i podniecać się takim syfem nic tylko do ZOO. Debilizm ludzki nie zna granic…

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

podobny do Kazia?

Kurde, znalazłem tu fajny rysunek, i troche się zdziwiłem, bo tak jakbym był podobny. Ale do Kazia? Może mi się zdaje..

12345 2 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Równowaga

Dziś polece tylko link który jest dla mnie pewnego rodzaju zaskoczeniem bo chyba nigdy nie zgadzałem się z tym panem tak jak tym razem. Polecam: Waldemar Łysiak “Barometr”.

A o innych ważniejszych rzeczach nie dziś… nie dziś…

12345 1 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarzy

prry szalona

Dziwnie się czuje. Od kilku tygodni kompletnie nie mogę włączyć myślenia. Same emocje. To co było zdrowe podczas rejsu i może jeszcze kilka dni po, kompletnie nie sprawdza się jednak w szarej rzeczywistości. Gdy raz zaczniesz zamiast mysleć czuć, potem bardzo trudno ignorować wszystkie te rzeczy które przeprowadzają stan ducha od ekstazy do depresji i spowrotem.
Zakochaliście się kiedyś bez odwzajemnienia? Cholernie głupio się człowiek wtedy czuje. Tak wiele słów ciśnie się na usta, a gdy przychodzi je otworzyć wydobywa się jeden bełkot. We łbie człek układa se tysiące scenariuszy jak powinien postąpić, w każdym oczywiście jest bohaterem któremu wszyscy padaja do stóp, a potem okazuje się że każdy z dokładnie przemyślanych sposobów postepowania ma się nijak do rzeczywistości. Z trudem wypadają pojedyńcze słowa, które stanowią jedynie groteskowe przełożenie wspaniałości planu ułożonego chwile wcześniej we łbie.
Dawno już się do tego przyzwyczaiłem, ale wciąż nie potrafie zamknąć mordy i ignorować przepięknych planów które non stop układam w głowie.
I nie chodzi tu o to że żem sie zakochał. Poprostu tak się czuje. Czuje wszechogarniającą bezradność. I najgorsze że nie potrafie tego dotknąć, sprecyzować skąd ten stan się bierze - czy jest to coś konkretnego z pośród wszechobecnych i otaczających mnie ze wszystkich stron problemów, czy poprostu rzecz w tym że jest ich zbyt dużo.

Odskakując na moment od tematu. Mała dygresja na temat zakochania. Tu uwaga bo sobie troche popłyne:> Zawsze się zastanawiałem jak to jest. Czy to widać. Tzn. czy ktoś komu podarowałbym życie choć w niewielkim stopniu to zauważa? Tego nie wiem i chyba nigdy nie chciałbym wiedzieć, bo cały urok tego stanu by prysł. Inna sprawa gdy kilkakrotnie widziałem takich palantów co na siłe próbują zmuszać, przekonywać do siebie. Jakoś zawsze uważałem że jest to wykorzystywanie ludzkich słobości. Pieprzenie koszałów o pięknym życiu we dwoje, kwiatki na każde spotkanie i wszystkie te pierdoły które od lat każdy przy poznawaniu drugiej osoby stosuje. Pewnie źle to oceniam i raczej zamiast pisać że ktoś na siłe przekonuje do siebie powinienem napisać że to ja nie umiem walczyć, zabiegać o miłość, pobudzać uczucie etc czyli jeszcze kilka wzniosłych haseł. Chyba jednak zdecydowanie pozostane przy teorii że lepiej się nie narzucać i jak coś ma się zrodzić to się zrodzi. A tak w ogóle jako że często mi się swego czasu zdarzał ten stan to przyzwyczaiłem się i nawet lubie jak mnie ktoś na kim mi cholernie zależy ignoruje (przynajmniej do czasu póki mi sie nie odwidzi:> no i napewno o wiele fajniej byłoby gdyby jednak nie ignorowała:>).
Wracając jednak do meritum tej dziwnej notki:

Każdy kto to przeczyta pomyśli że pewnie mam depresje lub inną niepokojący stan emocjonalny. Może. Ale bedąc swym własnym lekarzem duszy, diagnoze mam o wiele tragiczniejszą.
Poprostu, kurwa za dobrze mi.
Dawno nie byłem nieszczęśliwie zakochany, nikt mi od kilku lat nie umiera na moich oczach, jakaś taka kurewska monotonia.
Nie dość żem stracił tyle lat młodości bo mi co chwila los jakieś kurestwa zsyłał to teraz zamiast korzystać z dobrodziejstw życia na maxa ja wpadam w stan którym będę musiał żyć przez większośc życia. Taki rejs jeszcze bardziej wzmacnia świadomość tego jakich cholernie beznadziejnych wyborów dokonuje. Z drugiej strony “przeca żryć coś trzeba” i żeby było dobrze teraz jest czas coby nad tym pracować. Ale to domena tego rozumu któremu tak trudno ostatnio dojść do głosu. I w sumie to chyba jednak bardzo dobrze. Choć czy aby napewno tak kiepsko z jego obecnością skoro wszystko powyższe spłodziła klawiatura na Książęcej a nie w domu?

12345 2 głos(ów), średnia: 3.5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Troche o rejsie…

Czas na choć małą relacje z rejsu. To tylko mały wstęp co się działo, choć może się zdarzyć że nie będzie mi się chciało nic konkretnego wrzucać. W każdym razie coby nie było, kilka zdjęć (przede wszystkim moja parszywa morda i osoba ogólnie - jak przebrne przed 40 GB zdjęć z całego rejsu i wybiore najlepsze to pewnie będzie mnie troche mniej)

Na początek troche się zjarałem (by po dwóch dniach oczywiście być białym jak pupa eskimosa):

Cały czas patrzyłem właśnie tak:

tylko po to coby móc robić to co lubie najbardziej, czyli:

A jak już miałem coś robić to też się nie przemęczałem:

Na paradzie załóg też robiłem to co lubie:

Widoczki na morzu, niby monotone:

Ogólnie faktycznie nic nadzwyczajnego:

Raz zdarzyło mi się zająca upolować:

Bujać nie pobujało jak należy, choć tu akurat tylko wstęp bo potem troche aparatu było szkoda:

No a na koniec zapisałem się do klubu samobójców - najpierw rzut oka na całość:

A to honorowy członek klubu przy zejściu z tego drugiego trapu (nie fajnie jest widzieć świat jak po wypiciu pół litra i zaczepić się w takim miejscu sznurkiem od kaptura):

a dokładniej co i jak, tak jak na wstępie - będzie jak mi się zachce…

12345 3 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy