Nie wiem. Naprawde nie wiem. Wiem tylko tyle że nie należy wierzyć. Wiara zawsze sprowadza na złą drogę. Szczególnie ta bezkrytyczna. Bo przecież tak naprawde prawdy nie ma. Są co najwyżej zdarzenia które miały miejsce albo nie. Prawda sama w sobie jest pojęciem obarczonym ludzką oceną. Prawdą jest że Adam i Ewa popełnili grzech pierworodny, prawdą jest że człowiek wewoluował od małpy, prawdą jest że dinozaury wygineły, prawdą jest że religia nakazuje czynić dobro, prawdą jest że większość wojen to konflikty czyniących dobro religii, prawdą jest że Kuroń był bohaterem, prawdą jest że był również socjalistą, prawdą jest że Balcerowicz swą wiedze posiadł w szkole która uczyła jak centralnie planować gospodarke i ile guzików kraj powinien produkować w roku, prawdą jest że to on sprawił że złotówka jest cokolwiek warta, prawdą jest że Giertych ma jednak wbrew temu co mówi coś wspólnego z faszystami, prawdą jest również że bez reguł o których mówi na świat ze szkół wychodzi jedynie stado małp obsrywających wszytko i wszystkich a nie ludzi, prawda, prawda, prawda.
Ilu ludzi tyle prawd. Męczy mnie to bardzo. Najbardziej to że sam musze na każdym kroku wiedzieć która prawda jest tą moja prawdą.
A co jeżeli to jest tak - trudno to dotknąć ale spróbuje - od lat ktoś komuś za prawdę przedstawiał kłamstwo, tamten przekazywał je dalej. Kłamstw było bez liku i wciąż powstawały nowe. Zmieniały się, łączyły z innymi i co gorsza z prawdami. Kolejne fakty były wynikiem powtarzania kłamstw. Kolejne kłamstwa wychodziły z nieświadomych głów ludzi uważanych za mądrych. Autorytety powstawały w skutek wyławiania prawd z pośród oceanu kłamstw. Do czasu gdy ocean zaczął pochłaniać resztki wysp. Autoryty zastępowane były przez inne te które znały najlepsze kłamstwa, potrafiły z otaczających kłamstw prezentować te najlepsze, najciekawsze. Wszyscy popadali w stereotypy, przekazywali kłamstwa. No i teraz odnajdź tą ostatnią wyspę. Znajdź sposób na osuszenie tego wszechoceanu. Masz dwa wyjścia albo poddać się i wraz z resztą powtarzać bzdury i wierzyć że świat wygląda tak właśnie a nie inaczej. Możesz też krzyczeć że przecież tak nie może być, że ta ostatnia wyspa pomieści wszystkich i wcale nie leży tak daleko. Wystarczy razem, wspólnie zostawić prawdę w spokoju. Wystarczy żyć. Bo do czego prawda w życiu jest potrzebna? Albo raczej do czego kłamstwo nam potrzebne? Życie to nie zera i jedynki. A ginąć za prawdę, która na końcu może okazać się wcale nie taka prawdziwa?
I będziesz krzyczał i krzyczał tworząc kolejnym kolejne kłamstwa. Bo żeby uzasadnić słuszność swych słów będziesz oszukiwał. To że innych to nieważne. Będziesz oszukiwał sam siebie. Że monopol na racje masz tylko ty. Że twoja prawda jest tą najprawdziwszą. Że inni się mylą, bo są kłamcami, albo przynajmniej głupcami którym przez wieki wkładano do głowy bzdury.
Jest jeszcze inne wyjście. Można oszukiwać. Oszukiwać wszystkich w koło ale ze świadomością swych kłamstw. Mieć wątpliwości i dystans do wszystkiego nie pokazując światu że jego prawda jest dla nas gówno warta. Ta w którą na pozór wierzymy i ta której nigdy nie poprzemy.
I czy wtedy życie nie staje się przyjemniejsze? Można być wolnym tak bardzo jak tylko się tego chce. Absurdy znikają a ich miejsce zastępuje piękno życia.
Tylko czemu kurwa to takie trudne?
Don Kichot wraz ze swym wiernym Sancho, postanowił odpocząć. W tym celu udał się do swej ukochanej Dulcyney, gdzie zawsze zaznawał otuchy - a przynajmniej tak mu się zdawało bo nie był pewien kiedy otatnio miało to miejsce. Wróg wciąż knuł w swej kaprawej głowie jak zniszczyć błędnego rycerza i jego wiernego sługe. Jednak Kichot wiedział coś więcej. Sancho doniósł mu że ostatnio usłyszał przy wodopoju rozmowe dwóch łotrzyków będących wspólnikami armii wroga. Z rozmowy wynikało że wróg będzie miał nie lada problem z swymi zastępami które domagają się podwyżki żołdu, a przynajmniej jednej kromki chleba więcej w swych żelaznych racjach żywności. Nic to pomyślał Don Kichot, jeszcze raz analizując słowa swego szaloneo giermka, na które to słowa trzeba było nie lada intelektu jakim poszczycić się mógł jedynie on, błędnie nazywany przez niektórych błędnym rycerzem. Bo trzeba wiedzieć że głowa Sancha rzeczywistość odbierała w jakiś pokrętny sposób, choćby biorąc na ten przykład jego ostatnie obserwacje które tak błyskotliwie zinterpretował wielki Don Kichot: Sancho bredził coś o zieleni, pięknych drzewach zwieszających swe konary ku nurtowi rzeki, złocistej plaży i rybach na kolacje. Don Kichot uwielbiał wyzwania, i z tak bardzo pokrętnych słów, które mogły zrodzić się jedynie w głowie szaleńca potrafił wyciągnąć wnioski które odzwierciedlały rzeczywistość w najmniejszych szczegółach.
Zatem ruszyli dwaj towarzysze niedoli ku zachodowi słońca gdzie czekać ich miał upragniony od wielu lat, ba dziesięcioleci albo i stu odpoczynek. Kiedy dotarli na miejsce, Don Kichota przeraziło to co zobaczył. Całe szczęście dotarł na czas. Jego ukochaną atakowało pięciu nikczemników, a ona płakała i krzyczała wzywając Bogów na pomoc. Dobył natychmiast szpady i sprawę wyjaśnił od ręki. Bandyci uciekali w te pędy, a Kichot rzekł do swej ukochanej: pójdź w me ramiona. A ona poszła. O tamtej nocy rycerzom opowiadać nie wypada, lecz uśmiech Kichota całego dnia następnegomówił sam za siebie. Wcześniej jednak gdy rankiem zniecierpliwiony Sancho przybył po rycerza z nowymi informacjami o wrogu rycerz musiał opuścić swą Dulcynee a żegnając się z nią czule obiecał że niebawem powróci.
I tak na drodze ku wschodzącemu dopiero co słońcu rysowały się dwie sylwetki a właściwie cztery bo trzeba policzyć wiernego rumaka na którym zasiadał rycerz i giermkowego osiołka. A w oddali słychać było głos Sancho który mówił coś o krzykach rycerza wiszącego na linie za ręce, na dodatek bez spodni, o śmiechach jakiś męższczyzn, o kobiecych jękach, o tym że rankiem Sancho musiał nożem przecinać jakieś więzy i jeszcze innych stworzonych w tym szalonym umyśle rzeczach. Kichot postanowił tym razem odłożyć tę giermkową zagadkę do rozwikłania na później, tymczasem rozkoszując się wspomnieniami ubiegłej nocy.