Nastrój taki że nie będzie ani politycznie ani ideologicznie. Tak sobie siedzę w te święta i o różnych rzeczach myślę. I kilka razy coś tam chciałem napisać ale wena mi odeszła. Kłęby myśli i takie jakieś kompletnie niewerbalizowalne.
Dlatego też będzie trochę nieskładnie.
Wiecie co - pogubiłem się. Pogubiłem się cholernie dawno. Pogubiłem się w tych swych myślach. Kompletnie nie rozumiem tego świata. Kompletnie nie rozumiem ludzi. Co jest tym dziwniejsze iż często tak się zdarza że doskonale wiem co ktoś czuje i myśli. Zwyczajnie jednak tych emocji i postrzegania świata nie potrafię zrozumieć. Może nawet nie tyle zrozumieć, co wyobrazić sobie aby moje własne gnały w taki sposób.
Najgorsze jest to że w tym zagubieniu, w każdej myśli czuję jakbym krążył nocą po lesie a od drogi do domu oddzielało mnie kilka kroków. I za nic nie mogę jej odnaleźć. Czuję ją a mimo to jest taka nieosiągalna. W tych pędzących myślach czuję się trochę jak wariat którego naszprycowano prochami. Otumaniony rzeczywistością.
Kiedyś napisałem takie coś:
Coś co nosze w sercu
Niedokończone
Wszystko co rozpoczynam
Niedokończone
Niedokończony świat mych złudzeń i istnień
Niedokończone słowa moje
Spadają na wszystko by w tej samej chwili
Zapomnieć
Niedokończone uczucie rozbudzone w naszych sercach
Nie chcący, niedokończone
Bo gdy giną moje myśli
Bo gdy mówię i słucham
Niedokończone
I być może zdarzyło mi się napisać coś lepszego z czego byłem bardziej zadowolony. Ale to chyba najlepiej odzwierciedla całe moje życie. Ciągle szukam. Ciągle zdaje mi się żem niczym Raskolnikow na skraju geniuszu. Potem uśmiecham się do siebie gdy szybko przychodzi myśl jak bardzo się przeliczył. I tak śmiejąc się do siebie, śmieję się z siebie.
Jestem jak dziecko z adhd - wszystko mnie interesuje, poznaję by jeszcze szybciej przenieść swe zainteresowania na coś innego. I w tym zagubieniu, w tym nieskończonym poznawaniu świata zatracam się coraz bardziej dochodząc do punktu w którym zaczynam od zera.
Zaczynam od zera bo nie potrafię iść dalej. Pragnę więcej a jednocześnie boję się stawiać kolejne kroki, choć wiem że nie ma się czego bać. Boję się że gdy spełnię marzenia już więcej ich nie będę miał choć jednocześnie zdaje sobie sprawę że za każdym spełnionym marzeniem przychodzi setka następnych.
I tu okazuje się że w tej nocy, w tym lesie ja najzwyczajniej stoję. Robie co prawda pozorowane ruchy ale to zwykłe oszustwo.
Jednego jestem pewien - jestem w tym lesie. Sam do niego wszedłem. Mało kto na to się odważa i to mnie jakąś tam dumą napawa. Oczywiście wejść do lasu i z niego nie wyjść to nie odwaga a zwyczajna głupota. Ale Bilbo też nie wiedział czy wróci. Żeby rozpocząć podróż trzeba najpierw postawić pierwszy krok za próg ciepłego domu. Potem następny.
W tym lesie, otoczony ciemnością, sparaliżowany strachem marzę o byciu Dawidem. Dawidem który staje do walki z Goliatem nie po to by wygrać a po to by spróbować. By walczyć nie z światem a ze swymi słabościami. Marzę by być jak ten stary Santiago. Bo nie o to chodzi by wygrywać ze światem a o to aby zwyciężać siebie. I czekam. Czekam aż będę w stanie postawić pierwszy od dawna pewny, zdecydowany krok.
Od dawna nie miałem takiego poczucia że ta chwila nadchodzi.
Dziwne to wszystko bo już nie jedną noc w życiu w tym samym lesie najzwyczajniej biegałem. A teraz stoję i czekam.
I coraz bardziej uwiera to czekanie…

3 głos(ów), średnia: 4.33

qatryk:


