Archiwa dla luty, 2008

Ryzyko pasji

W zasadzie to nawet nie wiem jak napisać to co zamierzam. Bo nie za bardzo chce się kłócić z faktami. A fakty jakie są to każdy sobie może przeczytać. Dość obiektywnie opisał to pomijając medialny zgiełk Polakwiększy.
Mnie przybija ogólny schemat reakcji na wszelkich forach i innych onetach gdzie chmara ciepłych kluch wylewa swą żółć. Że 200 na godzinę, że debil, że zabił kumpla itd.
Banda frajerów opętanych ideologią bezpieczeństwa. Wszyscy jeżdżą przepisowo, a pasje swoje realizują zapewne zasiadając codziennie wieczór na kiblu z brukowcem w dłoni krytykując i obwiniając przy tym cały świat za to jakie to życie ich jest chujowe.

Prawda jest taka że prawdopodobieństwo tego że ktoś spowoduje taki czy siaki wypadek jadąc 200 na godzinę a prawdopodobieństwo tego że wydarzy się to przy 50 na godzinę jest zapewne bardzo podobne (śmiem nawet twierdzić że stosunek wypadków przy prędkości 200 km/h do ogólnej liczby osób jeżdżących z taką prędkością do takiego samego stosunku przy prędkości 50 km/h jest zapewne znacznie mniejszy).
Różni ludzie, różne umiejętności, różne warunki. Kupa zmiennych. Zwyczajnie. To nie jest prosty wzór na życie.
Jednak to nie ten co jedzie 50 na godzinę jest bandytą, taki ma co najwyżej pecha jak straci kontrole.

Świat kurna gna jak nic ku zagładzie. Banda hipokrytów ulegająca propagandzie bezpieczeństwa staje się pożądaną przez masy normą.
Wychodząc na ulice, przechodząc przez pasy, jadąc autobusem, zasiadając w samochodzie podejmujemy ryzyko. To nie jest tak że świat jest idealny i nic nam się nie stanie jak będziemy odpowiedzialni. Proszę mnie dobrze zrozumieć - ryzyko nie stoi tylko po stronie kogoś kto gna 200 na godzinę. Zwyczajnie nasze życie jest nieustającą grą stojąc na przystanku podejmujemy ryzyko że wpadnie na nas rozpędzony samochód. Ale podejmujemy to ryzyko. Kwestia winy nie leży w prosty sposób tylko po stronie tego kto jest sprawcą. Życie to ryzyko i jakbyśmy chcieli być całkowicie bezpieczni to winniśmy sobie dawno temu zwyczajnie strzelić w łeb. To zapewnia wieczne bezpieczeństwo.

Ludzie mają dziwna tendencje do traktowania wielu niemoralnych, a przede wszystkim nieodpowiedzialnych czynów za przestępstwo. Nikomu nie przychodzi do głowy że problem zaczyna się jednak dopiero wtedy gdy na skutek tych czynów pojawiają się ofiary.
Zabił kumpla? Sorry bardzo, jeżeli wiesz że ktoś lubi sobie chodzić po dachu wieżowca i podskakiwać na jego gzymsie to nie przywiązujesz się do niego liną jeżeli nie jesteś żądny takich samych wrażeń co i on. Wsiadając z kimś do ferrari to nie ten ktoś podejmuje ryzyko tylko ja. Nie zapinając pasów to nie kierowca podejmuje ryzyko tylko ja sam. I to nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością kierowcy.

Jasne że nie chciałbym aby mnie ktoś przejechał na przejściu a potem jak mój ojciec umierać przez 3 miechy, ale to nie znaczy że uważam za racjonalne ocenianie 50 km/h na oki a 200 na nie oki. Bo albo ogólnie samo posiadanie samochodu traktujemy jak posiadanie broni i zakazujemy szaremu człowiekowi posiadania takowego jako zbyt niebezpieczne, albo stwierdzamy że wszelkie wypadki są pochodną nieskończenie wielu zmiennych których nie da się przewidzieć a prędkość jest co najwyżej jedną z takowych. Może bardziej znaczącą ale jedynie “jedną z”.

I na koniec - kurwa, ludzkość ma strasznie chorą i spierdolona moralność. Nie kumam jak można życzyć śmierci i ogólnie czegokolwiek złego komuś kto walczy o życie. Zwyczajnie wydaje mi się że najprędzej tacy ludzie zasługują na największą pogardę a nie ci którzy realizując swoje pasje, być może w sposób głupi i nieodpowiedzialny.

12345 4 głos(ów), średnia: 3.25
Loading ... Loading ...

Komentarzy

“Credo” beznadziei

Ostatnio jakoś tak dochodze do wniosku że wielu rzeczy nie ma sensu pisać “od nowa” skoro wielu napisało już tak wiele i to w lepszych słowach niż moje. No jakaś taka beznadziejna beznadziejność mnie ogarnia i choć to nie tak że nie mam o czym pisać a tym bardziej nie znajduje słów, zwyczajnie chyba czas troche odpocząć i dać “poprzemawiać” inny, nabrać dystansu, świeżości.

Choć już kiedyś poniższe tu umieściłem to warto w tym miejscu Tetmajera powtórzyć:

Jutro?… Nie wierzę, aby lepiej było
i nie zazdroszczę już tej wiary - dzieciom…
Po co się łudzić? Wydarte stuleciom
posępne, smutne, zimne doświadczenie
złudzeniom wszelkim na czole wyryło:
“Śmierć i nicestwo!”… zabiło złudzenie…
I tylko dziwna, mistyczna, szalona
chęć tą ohydną wstrząsnąć ziemi bryłą,
świat cały, jak jest, pochwycić w ramiona,
z posad go dźwignąć i na nowe koła
jakie bądź rzucić, gdy te, co go toczą,
we łzach się pławią i we krwi się broczą;
i tylko głos ten, co nas w noce woła
z złem walczyć nie przez ufność odrodzenia,
lecz przez nienawiść ku złemu dla złego
i żądzę, ssaną z powietrzem, niszczenia:
jest naszą wiarą. A choć czasem ona
omdlewa w piersiach, to wnet zmartwychwstawa,
jako z popiołów Feniks, odrodzona,
i jak kometa błyska ludziom krwawa,
której płomienie może świat zażegą.
My nienawidzim zła dzisiejszej doby - -
jutro?… To jutro?… Jutro, marzyciele,
przeklinać własne swe będziecie próby,
nowe zło w nowym odkrywając dziele;
jutro, trawieni nowymi choroby,
szukać będziecie nowego systemu
leków i zbawień, a nie mogąc męce
ulżyć, bezsilni załamiecie ręce,
bo póki ludziom trwać, poty trwać złemu.
Lecz naprzód, naprzód! Niechaj zbrodnie stare
ustąpią nowym - nim się te przeżyją - -
ścigajcie marzeń cudną, a czczą marę,
jak ci ścigali, co dziś w grobach gniją.
Lecz naprzód, naprzód! Łudźcie się, Ikary,
że potraficie dolecieć do słońca,
w zdobyte niebo wstąpić z człowieczeństwem,
a potem - widźcie, że próżne ofiary,
że pomoc złego jest wiecznotrwająca,
zwątpcie, zrozpaczcie i gińcie z przekleństwem!
Bo niczym innym nie jest chód ludzkości,
tylko przemianą zła wieczyście trwałą;
o Chrystusowej marząc wszechmiłości
deptajcie wroga, co was przedtem deptał,
drżąc, że już rośnie mściciel z jego kości,
co was obali, jak kłodę zbutwiałą,
i znów was zdepce, gdy już krew wy chłeptał.
Brutalna siła, która rządzi światem,
wybawicielem nie jest ani katem:
ślepa i głucha, zimna, obojętna,
idzie bez celu i nie władnąc, włada,
nie dba, gdzie jakie pozostawi piętna,
kto pod jej nogą powstaje, kto pada?
Nienawiść dźwignią jest świata - - niech działa
ta najsilniejsza potęga ludzkości:
jeśli potrafi i dusze, i ciała
na wskroś przekształcić, zabić w ludziach zwierzę:
wówczas dopiero w królestwo miłości
ewangelicznej na ziemi - uwierzę.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Elita

Za stołem zebrali się ci ludzie co
Na świecie chcą by triumf odniosło zło
W tem celu skonstruują największą z bomb
Pieniędzy na ten cel nie żałują bo
Ci ludzie zamknięci w pałacach i twierdzach
A świata konstrukcja ich tylko utwierdza
W tem to przekonaniu, że czynią co wiedzą
Nikomu, nikomu o tem nie powiedzą

To oni z tej strony zabrali ci dom
To oni z tej strony gdzie króluje zło
To oni wypełzli jak pełna zaraza
I to się powtarza, i to się powtarza

Na pozór porządni, stawiani za wzór
Bo życie z nich jednym to szczyt marzeń gór
A myśli inaczej kto ten nic nie znaczy
Elita, elita dla wprawionych graczy
Za stołem ci ludzie mają za nic co
Ociekając złotem patrzą na hołotę
Z pogardą skrywaną nieledwie i potem
Ociekając także urok ma swój zło

To oni z tej strony zabrali ci dom
To oni z tej strony gdzie króluje zło
To oni wypełzli jak pełna zaraza
I to się powtarza, i to się powtarza

Za stołem zebrali się ci ludzie co
Potrafią zdefiniować gdzie, kto i co
I kto być posłusznym potrafi to ma
I miskę i kołdrę i pracy w sam raz
To oni z tej strony zabrali ci głowę
To oni z tej strony chcą dać głowę nową
To oni wyciekli jak zaraza pełna
I to się powtarza, co raz to się spełnia

To oni z tej strony zabrali ci dom
To oni z tej strony gdzie króluje zło
To oni wypełzli jak pełna zaraza
I to się powtarza, i to się powtarza

To oni z tej strony zabrali ci głowę
To oni z tej strony chcą dać głowę nową
To oni wyciekli jak pełna zaraza
I to się powtarza, i to się powtarza

Kazik Staszewski

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

“Miłość i Śmierć”

“Pszenica. Jestem martwy, a one rozmawiają o pszenicy. Pytanie jest, czy dowiedziałem się czegoś o życiu. Tyko tyle, że istota ludzka podzielona jest na duszę i ciało. Dusza obejmuje wszystkie wzniosłe dążenia, jak poezja i filozofia, za to ciało ma całą zabawę. Najważniejsze, jak myślę, to nie być zgorzkniałym. Wiecie, jeśli okaże się, że Bóg istnieje, nie myśl, że on jest złem. Myślę, że najgorsze co można o nim powiedzieć to, że nie spełnił nadziei. Poza tym, wiecie, są gorsze rzeczy w życiu niż śmierć. Jeśli choć raz spędziliście wieczór z agentem ubezpieczeniowym to wiecie co mam na myśli. Kluczem jest, jak myślę, nie myśleć o śmierci jako o końcu ale jako o wydajnym sposobie na ograniczenie wydatków. A co do miłości… Cóż można powiedzieć? To nie ilość, twoich związków seksualnych się liczy. To jakość. Z drugiej strony, jeżeli ilość spada poniżej raz na 8 miesięcy, to zdecydowanie warto to sprawdzić.
Więc, to by było tyle o mnie, ludkowie.”

Woody Allen, “Miłość i Śmierć”

12345 1 głos(ów), średnia: 1
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Czas

“Gdzie byłeś w nocy?
To już tak dawno, nie pamiętam.
Przyjdziesz do mnie dziś wieczorem?
Nie mam aż tak dalekich planów.”

12345 4 głos(ów), średnia: 4.5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Urodziny i ewolucja

12 lutego 1809 roku urodził się nijaki Karol Darwin. 12 lutego urodziłem się też i ja, ino 173 lata później.
Na początku chciałem tu sobie napisać coś o Karolu, ale zapewne w sieci pojawią się różne mądrości na jego temat. Nawet zapewne nie na jego a na temat tego co stworzył. I oki. Zaiste będą pewnie to arcyciekawe dywagacje na temat wyższości jednych widzeń świata nad innym.
Ta zbieżność dat napawa mnie pewną dumą. Z drugiej strony, o czym już niejednokrotnie wspomniałem, zawsze w takich chwilach przypomina mi się Raskolnikow. I tak czasem sobie myślę że chyba za bardzo mi ten Rodia po łbie lata. Że odebrał mi kupę pewności siebie.
Może to dlatego że jak przypomnę sobie co on tam sobie myślał to w jakiś sposób ogarnia mnie przerażenie. Że to w zasadzie pod względem może nie tyle okoliczności, scenariuszy jego wizji i rozważań, co pod względem emocji moje myśli.
Ale zostawmy i to.
12 lutego urodził się także nijaki Kazimierz Przerwa Tetmajer. Jakbym miał rysować w tej swojej nieskończonej głupocie swój portret psychologiczny od początku do końca to oprócz Raskolnikowa dodałbym jeszcze Tetmajera (oczywiście błysk geniuszu na miarę Darwina również bym dodał ale to zrobię otwarcie gdy zrobię coś genialnego bądź jeszcze później:D).
Co tu się więcej rozpisywać. Zwyczajnie chcę więcej i więcej. Zwyczajnie także gdybym stracił szanse na to aby mieć więcej i więcej niczego bym zapewne nie żałował. To może mnie różni co nieco od tego mojego mrocznego bohatera. Bo nim mimo wszystko rządziły inne sprzeczności.
Przez 26 lat życia dużo się dowiedziałem o sobie. Między innymi tego że nic o sobie nie wiem. Że szczęście potrafię odnaleźć w niedoli, a w szczęśliwości dostrzec beznadzieję. Że chciałbym mieć ale gdybym został bez niczego byłbym równie zadowolony. Że kocham ludzi a żyć wcale z nimi nie chcę i chyba nie umiem. Że najbardziej mnie wkurwia zwyczajność i szarość. Stopniowo doprowadza mnie do furii. I że jeszcze dużo w moim myśleniu może się zmienić.
A Tetmajera uwielbiam za ten wiersz (co nie oznacza że tylko za to) i jego ostatni akapit:

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie
i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.

Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,
gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.

I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania
przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania
zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,
gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.

Lubię to - i tę chwilę lubię, gdy koło mnie
wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.

No a na koniec żeby prysł czar qatrykowej schizofrenii: wszystkie kobiety pragnące zrobić mi przyjemność w dniu moich urodzin proszone są o przesłanie swoich aktów. :D

12345 3 głos(ów), średnia: 4.33
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Wpis jak stary wiersz

Dziś przypomniałem sobie przez przypadek że kiedyś pisywałem. Pisywałem, przynajmniej w moim mniemaniu, wiersze. W moim mniemaniu bo chyba szczytem poezji to to nie było. Gdzieś ostatnio przeczytałem jak to zdaje się Gałczyński pisał. Jak Gałczyński pisał to to było budowanie domu. Wiersz, niby ktoś mógłby powiedzieć, jak wiersz. Trochę słów, kupa talentu i mamy w kilkudziesięciu słowach zawarte tomiszcze filozoficznych wywodów. Albo jakieś błahostki. Jak Gałczyński pisał to stawiał rusztowanie. Potem szukał. Skreślał. Dopisywał.
Tak jakby malował. Tworzył, nadawał kształt, rzeźbił bo piękno powstaje w trudzie. Żeby człowiek stworzył coś pięknego musi się zmęczyć. Nie wystarczy widzieć oczami wyobraźni tego piękna.
Piękno powstaje z wysiłku. Z nieprzespanych nocy. Z bólu, z miłości, z zachwytu, z rozpaczy, z żalu, z empatii, ze strachu, z szczęśliwości. Z takiego koktajlu depresyjno euforycznego. Piękno nie uznaje kompromisów. Piękno jest doskonałe. Musi być doskonałe inaczej nie jest pięknem. Ale to połowa drogi. Połowa w której zawsze byłem tak mi się zdaje, dobry. Zwyczajnie nie zwykłem swego czasu tłamsić tych skrajności. Mam nadzieję że nadal nie umiem. Tak mi się zdaje, że gdzieś tam tli się ten narkotyczny stan który rzeczywistość jedynie próbuje zdominować. I wydaje się jej że jest górą.
Ale to tak trochę ja w tym przysłowiu że dobrymi chęciami piekło brukowali. Żeby napisać jak Gałczyński nie wystarczy zamykając oczy widzieć. Trzeba jeszcze wiedzieć jak to pokazać innym. I żeby to pokazać w całej okazałości trzeba najpierw stworzyć jakieś ramy a potem mozolnie wypełniać je słowami. Tak jak witraż - dobierać odpowiednie szkiełka. Gdy w jakimś miejscu nie pasują wyjąć i zastąpić je innymi.
Ja nigdy tego nie potrafiłem.
Zawsze słowa musiały cieknąć. Inaczej nie dawałem rady. I chyba nigdy nie dam. Może to też kwestia tego że nie potrafię zatrzymywać obrazów. Nie potrafię skupić się na uczuciu, stanąć obok niego, potem wrócić i powtórzyć to kilkukrotnie.
Te już trochę pożółkłe kartki wyglądają jakby były przepisywane. One tak zwykły jednak powstawać. Prosto z tych niewypowiedzianych, nieokrzesanych emocji na papier. I kiedyś napawało mnie to dumą. Dziś jednak jakoś tak bardzo sceptycznie na to patrze. Bo taka metoda jest dobra jak chce się mieć zapis ekg swoich myśli.
Żeby napisać jak Gałczyński jednak i to też nie starczy. Bo nikt nie napisze jak Gałczyński, jak Tetmajer, jak Herbert. Tu trzeba magii. Własnej magi. Własnej niepowtarzalnej magii. Własnych emocji. Własnego piękna. I tym pięknem, tą magią zaczarować innych. Gdy nie ma magii - nie ma i piękna. Gdy nie ma magii… rzeczywistość nigdy nie będzie z boku. Nigdy nie przytłoczy, nie zgniecie ani nie uniesie, nie nada lekkości. Rzeczywistość nie będzie natchnieniem. Najzwyczajniej w świecie będziemy częścią tej rzeczywistości nawet jej nie widząc. Bez marzeń bo w rzeczywistości nie ma na nie miejsca. Z emocjami których nie łapie się między opuszki i bawi jak kroplami miodu. Bo rzeczywistość emocje wchłania. Nie pozwala im istnieć a tylko zaistnieć.
Gdy nie ma magii… to czasem trochę jakby brakło nadziej.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy