Warning: fopen(/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess) [function.fopen]: failed to open stream: No such file or directory in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 377
Cannot open file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fwrite(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 381
Cannot write to file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fclose(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 385
2008 kwiecień Archiwa » Qatrykowe boje

Archiwa dla kwiecień, 2008

Upgrejt ubuntu

Zrobiłem dziś upgrejt do Ubuntu 8.04. Kilka słów apropos pierwszych wrażeń.
W sumie wystarczyłoby powiedzieć jest bardzo dobrze. Wszystko śmiga jak należy z niczym nie mam problemów. Tam gdzie one były największe zniknęły.
Temperatura średnio utrzymywała się w moim średniowiecznym acerze na poziomie 80 celcjuszów teraz jest to 65 stopni a i nierzadko spada poniżej, szczególnie jak odsłonie wiatraczek - dawno nie miałem tak chłodnego lapa po kilku godzinach pracy. Co więcej faktycznie poprawiła się obsługa pamięci - odpalając kilka aplikacji i mając włączone bajery wizualne odczuwałem wielokrotnie niemiłe efekty w postaci przeskakiwania okienek (szczególnie gdy procek miał koło 90 stopniów) co było dość uciążliwe. Teraz nie ma z tym najmniejszych problemów. Efekty wizualne też zdecydowanie lepiej działają. Dodano kilka subtelnych zmian no i przede wszystkim znacznie poprawiła się płynność, choć to być może, jak napisałem, wynik właśnie lepszej obsługi pamięci.
Jest też nowy firefox który też w porównaniu z poprzednią wersją sprawuje się dobrze. Mogę otworzyć ponad 20 kart i nie ma problemu z jakimś przyciemnianiem i oczekiwaniem na przejście z karty do karty. Dwa mankamenty nowego firefoxa - wcięło mi kilka wtyczek które jeszcze nie zostały wydane do nowej wersji - choć firefox mi powiedział że jak tylko się pojawią to zrobi automatyczny updejt i będą działać. Druga rzecz z która pewnie da rade jakoś się uporać to to że na niektórych stronach czcionki albo pomalały albo zrobiły się strasznie wielkie - z wstępnych przypuszczeń wynika to moim zdaniem z jakiś ustawień czcionek systemowych z których firefox korzysta na tych stronach.
Przy okazji zainstalowałem sobie inkscape - programik do grafiki wektorowej - jeszcze nie potestowałem ale pierwsze wrażenia dość pozytywne, więc prawdopodobnie zakończę procederu “okradania” corela.

Wszystko wskazuje zatem na to że zbliża się nieuchronnie moment w którym panowie z microsoftu będą mogli cmoknąć mnie w dupe i nawet darmowa uczelniana licencja im nie pomoże. Za kilka dni jeszcze upgrejd na stacjonarnym i zobaczymy jak tam sobie nowe ubuntu da radę.

12345 2 głos(ów), średnia: 4.5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Odwieczne problemy ludzkości

A w zasadzie nie tyle ludzkości co każdego państwa.
Każdy sobie tworzy jakąś wizję rzeczywistości - a to że wszyscy winni się kochać, a że to należy nienawidzić kogoś, a to że jedno jest moralne a inne jest niemoralne, no i tak do usranej śmierci.
Wszystkie te wizje mają jeden wspólny mianownik - raj na ziemi. I w zasadzie wszystko jest w porządku kiedy ten raj na ziemi robimy dla siebie i stosujemy się do tych swoich mądrości nie starając się zmuszać do naszej wizji nikogo innego poza nami samymi. No ale nie żyjemy na bezludnej wyspie i absurdem byłoby twierdzenie że można żyć w świecie gdzie każdy by się do tego stosował.
I tu pojawia się teoretycznie niewielki problem - próbujemy wpływać na innych - zaczynamy wymagać od innych żeby żyli podług naszych zasad. Ale tylko teoretycznie, gdyż praktycznie na tym zasadniczo opiera się rozwój cywilizacji - konkurencja idei, światopoglądów, rozwiązań była i jest konsekwencją tego że staramy się przekazywać otoczeniu w którym żyjemy i jednocześnie dobieramy sobie takie otoczenie w którym możemy swobodnie przekazywać własne myśli i przynajmniej pozornie wpływać na to jakie decyzje podejmuje taka wspólnota.
Problem zaczyna się na kolejnym etapie gdy wspólnoty o odmiennych poglądach zaczynają się ze sobą stykać. I tu też prawdopodobnie przy równowadze sił na drodze swobodnej wymiany doświadczeń można by zapewne wykształcić jeszcze lepsze rozwiązania. Na tym zdaje się winien polegać konserwatyzm (bo to co dziś zwiemy konserwatyzmem to jakaś pieprzona stagnacja zdaje się) - na swobodnej ewolucji, dostosowywaniu się do otoczenia i wymogów jakie niesie ze sobą rozwój.
Ludzie w takich niewielkich wspólnotach, grupach interesów nie koniecznie zaraz musieli by się identyfikować za każdym razem z tą samą wspólnotą. Katolik filatelista dajmy na to na gruncie filatelistycznym przynależy przecież do tej samej grupy interesów co wstrętny lewak filatelista wyznania senyszynowego, choć na gruncie światopoglądu obaj zwyczajnie by się zwalczali. Rzecz tę już dawno zrozumieli posłowie którzy mimo zaciekłych sporów politycznych toczonych publicznie jedzą razem rosołek w Hawełce. Mniejsza jednak z tym bo nie o to w tym wszystkim chodzi.
Problem jakby nie było zaczyna się gdy do głosu dopuszczamy państwo. Otóż państwo to taki twór który chciałby zrobić wszystkim dobrze a co za tym idzie znaleźć rozwiązanie wszelkich problemów i oczywiście zapisać wszelkie takie rozwiązania w odpowiednich ustawach.
Rzecz w tym że wszystko byłoby w porządku gdyby cywilizacja zachowywała się wedle lewicowej definicji konserwatyzmu czyli istniała nieustannie w takiej samej formie i nie przychodziły jej głupie pomysły rozwijania się i ewoluowania. Wtedy być może i dałoby radę zapisać wszystkie rozwiązania na każde zdarzenie jakie ma miejsce w życiu pojedynczego człowieka. Niestety ci głupi ludzie co i róż wymyślają sobie coś nowego. I kurde najgorsze że to co zapisaliśmy w jakiejś ustawie kilka lat temu dziś jakoś tak nie za bardzo pasi. No ale przecież nie można burzyć autorytetu państwa i wywalać ustawy do kosza i tym samym przyznawać się że do dupy ta robota. Znacznie fajniej jest napisać kolejną ustawę.
Tu też należy też i trochę usprawiedliwić państwo (niewiarygodne ale właśnie tak) - ludzie się przyzwyczajają do pewnych rzeczy. Czy komuś przyszłoby dziś do głowy że jak się bierze ślub to państwo o tym nie musi wiedzieć. Że swego czasu ślub to była kwestia obrzędu religijnego, okultystycznego i w żadnym pałacu nikt z władców nie notował sobie tego kto z kim i dlaczego.
Albo taka prozaiczna sprawa jak przymusowe wydawanie pieniędzy na usługi z których nie korzystamy. Dajmy na to na coniedzielne wystąpienie grupy teatralnej na rynku pobliskiego miasteczka. Dziwna sprawa zapewne dla takiego chłopa (no bo jak płacił haracz w postaci podatków to przynajmniej nikt mu nie wmawiał że to dla jego dobra… no dobra sorry… było to dla jego dobra no bo jakby nie patrzeć nie miał bliskiego kontaktu z szubienicą czy chociażby wilgotną cela w jakimś zamkowym lochu).
Albo gdyby takiemu robotnikowi w czasie rewolucji przemysłowej powiedziano że musi oddawać część pieniędzy z których utrzymuje rodzinę na to aby za kilkadziesiąt lat mógł spokojnie bawić wnuki to zapewne skończyłoby się to co najmniej jakimiś, delikatnie mówiąc, niepokojami.
W każdym razie takich ciekawych wynalazków które w głowach się ludziom nie mieściły, dziś mamy na każdym kroku pełno i każdy traktuje je jako coś oczywistego z czym nawet popolemizować sobie nie wolno a co dopiero krytykować i uchylać. No a odebrać ‘przywilej’ to i hańba dla państwa ale i przede wszystkim poważny problem który mógłby zdezorientować a przede wszystkim wielu oburzyć.
No więc państwo sobie brnie w gówno.
Dziś palące problemy cywilizacji to problemy które kiedyś nie były żadnymi problemami. Parafrazując pewne przysłowie - państwo stworzyło problemy z którymi teraz bohatersko walczy.
Oczywiście problemy państwa o których warto rozmawiać to nie problemy tego typu czy regulacja powinna być tylko jak ta regulacja ma wyglądać. Co ważniejsze państwo lubi żeby ludzie mieli problemy które państwo może regulować i na temat których ludzie będą się zawsze kłócić. Co więcej państwo też lubi przedstawiać te problemy jakby zależało od nich być albo nie być ludzi, natomiast inne problemy od których faktycznie zależy być albo nie być ludzi państwo woli sobie rozwiązywać (czytaj regulować) cichaczem.
Najpilniejszymi problemami państwa, zgodnie z tym co słyszymy w każdych wiadomościach, faktach czy innych wydarzeniach są zatem:
to czy aborcja to powinna być dokonywana, opisując już rzecz skrajnie, na życzenie czy też winna być całkowicie zakazana.
Czy pozwolić homoseksualistom na związki czy też im nie pozwolić.
Czy religia powinna być w szkole czy nie powinna, czy w kanonie lektur powinien być Gombrowicz czy Sienkiewicz.
Czy eutanazja powinna być dozwolona czy tez nie powinna.

No i tak dyskutujemy sobie o rzeczach z którymi od tysiącleci ludzie jakoś sobie radzili, no i zapewne będą sobie radzili niezależnie od woli państwa.
Aborcje były dokonywane i będą i hipokryzją jest twierdzenie że jak się ich państwowo zakaże to problem zniknie. Z drugiej strony wywieranie na kimś presji że powinien zabortować swoje potomstwo bo tak jest lepiej, nie różni się zasadniczo niczym od tego zakazu. Ja akurat w tej materii mam kupę wątpliwości choćby przede wszystkim natury moralnej ale jedno wiem na pewno: państwo lubi sobie takie spory wykorzystywać bo wtedy nie interesujemy się np. tym że a to akcyzkę gdzieś podwyższono albo jakiś nowy podatek ustalono. Zwyczajnie jak się krzyczy to bardzo łatwo takiej krzyczącej w emocjach osobie sięgnąć do kieszeni.
Idealnym modelem byłoby dla mnie gdybyśmy odwołując się do moralności nie tylko krzyczeli ale również byli gotowi podjąć odpowiedzialność za tą nasza moralność. Państwo pozwala zrzucać na siebie odpowiedzialność przez co bardzo łatwo powiedzieć ma być tak albo tak bo tak a nie inaczej pojmuje dobro i zło. Tylko to akurat że tak a nie inaczej je widzę gdy mnie sprawa bezpośrednio nie dotyczy nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
Z homoseksualizmem jest tak że znów państwo najpierw stworzyło problem próbując sobie podporządkować instytucje małżeństwa usprawiedliwiając to na różne sposoby. Wzięło coś pod swoje skrzydełka co nigdy zasadniczo go nie dotyczyło. I tu znów: czy aby na pewno problemem dla kogokolwiek jest to że dwie babeczki żyją sobie ze sobą? Otóż nie - problemem jest to że państwo miesza się w to kto z kim jest. Tego nie dostrzegamy że nikogo nie powinno interesować,a w szczególności państwa, komu gdzie co wsadzam z wzajemnością (tzn zasadniczo w moim przypadku wzajemność polega na tym że tej osobie wkładam) i czy robimy to na podstawie przykazania bożego czy zgodnie z zaleceniami wielkiego potwora spagetti czy zwyczajnie z hedonistycznych pobudek.
Tak przy okazji tu dochodzimy do poważnej kwestii - równości. Z tą państwową równością to już jest zupełnie pokręcona sprawa. Bo niby są wszyscy równi wobec prawa a tu się jednak okazuje że nie do końca. Bo w zależności od tego co robimy, z kim jesteśmy, czy mamy dzieci czy ich nie mamy, jak zarabiamy pieniądze na każdą taka ewentualność państwo przygotowuje zupełnie inne prawo.
Ze szkoła jakoś z kolei jest tak że jako dogmat przyjmujemy to że każdy winien być wykształcony. Jakoś tak perfidnie pomijamy np fakt że w każdej klasie znajduje się zawsze taki co to nigdy i tak nie skuma że 2+2=4 a “O kurwa” to nie koniecznie jest zdanie podwójnie złożone. Co więcej jakoś nie dostrzegamy również tego że jeden mimo że będzie się starał zrozumie jedynie głębię Kaczki dziwaczki a inny z chęcią zapozna się z poglądami Platona przy okazji czytając po drodze Sienkiewicza, Gombrowicza i Tuwima, Herberta, Norwida i kilku innych jeszcze gości. Na dokładkę jakoś też nie potrafimy skumać że jeszcze inny nie koniecznie będzie miał ochotę poznawać radosną twórczość wieszczów takiej czy innej opcji ale np bardzo chętnie rozwiązałby sobie jakąś całkę w n - wymiarowej przestrzeni Hilberta. Powszechność edukacji zobowiązuje nie tylko do tego aby nikt nie był pozbawiony minimum wykształcenia ale także do tego że znaczna część nie wykorzysta swoich możliwości. Kolejna zaskakująca cecha państwowej równości - o ile już ma być równość (bo jak zauważyliśmy w poprzednim punkcie nie jest ona jednak taka konieczna) to musi to być równość na poziomie podłogi.
Tu oczywiście państwo ma sprzymierzeńca w społecznej różnorodności i perfidnie to wykorzystuje - przecież skoro jest tak że ludzie mają różne zdolności i poglądy co do tego jak kształcić swoje dzieci to oczywistym jest że spór o to którego wieszcza czytać można toczyć w nieskończoność, a w między czasie stworzymy sobie zastępy równych ludzi pozbawionych ambicji.
O eutanazji to już nawet nie ma co pisać. Tu by trzeba było poruszyć całą tęczę państwowych potworków które tworzą dziś zastępy cierpiących i samotnych ludzi, którzy w chwilach cierpienia pozbawiani są jakiejkolwiek nadziej. A gdy nie ma nadziej to i umierać śpieszno.

W każdym razie podsumowując - ja tu nie chcę toczyć sporów i rozwiązywać problemów które powyżej opisałem. Takich kwiatków można znaleźć codziennie na pierwszych stronach każdej gazety mnóstwo. Państwa tworzą problemy, potem z nimi bohatersko walczą. A ty człowieku się ekscytuj bo przecież od niczego innego nie zależy twoje życie jak od tego czy system ukształtuje jedna, druga czy trzecia ideologia.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Czym jest naród?

Od dość dawna zastanawia mnie czym jest ten mistyczny naród. Co to za twór którego tak naprawdę nikt w zasadzie nie potrafi konkretnie zdefiniować. Przemycę co o narodzie piszą na tajnej, dostępnej nielicznym wikipedii:

Naród jest zbiorowością terytorialną o określonym składzie etnicznym; wspólnotą o podłożu gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzoną w procesie dziejowym, przejawiającą się w świadomości swych członków.

No wszystko oki ale ja tam jakoś tego nie widzę. Czy na przykład tacy żydzi gdy nie mieli przez lata swego państwa nie byli narodem? No nie byli jakby nie patrzeć “zbiorowością terytorialną”.
O takich dajmy na to Stanach trudno powiedzieć że ma określony skład etniczny. No i tak dalej można by się czepiać.

Ogólnie możemy przyjąć że cechy które mogą definiować nam jakąś zbiorowość jako naród to język, historia, kultura, religia, no i o pochodzenie etniczne (cokolwiek to znaczy). Wszystko to mieszamy wraz z zmarszczkami czasu no i wychodzi nam bigos w postaci narodu.

Wszystko fajnie tylko jest jeden problem - ludzie. Naród to jakby nie było zbiorowość. No a zbiorowości maja to do siebie że składają się z jednostek. I teraz bierzemy palec boży jak u pytonów, latamy sobie nim nad taką Polską i wskazujemy taką jednostkę.
Okazuje się że ta jednostka to miała dziadka po kądzieli rosjanina a po mieczu babka była żydówką. Reszta - czysta - polska. No i kurdem mamy problem bo to pochodzenie etniczne to tak coś nie teges.
Od kiedy można stwierdzić że ktoś jest polakiem na podstawie tego kim byli jego przodkowie. Wystarczy że jeden dziadek był polakiem czy trzeba mieć jakieś silniejsze korzenie? Ktoś to jakoś określa? - trochę ponad 1/2 przodków jesteś polak i możesz się utożsamiać z narodem - mniej, szlus, nie masz na co liczyć? A Olisadebe?
Jedziemy z tym palcem dalej. Kolejna jednostka. Kurde wszystko niby oki 10 pokoleń wstecz wszystko potomkowie polan, ino jeden szkopuł. Jednostka od maleńkiego mieszkała w Honolulu. Mówi tylko po honolulańsku a co gorsza jakoś tak za bigosem, koronkami i wódką nie przepada.
Palac się wkurza i znika.
Przyjrzyjmy się samemu słowu - naród. Jakby nie patrzeć ma to chyba coś wspólnego z rodem. Taki nad-ród. Coś pewnie jak nad-człowiek.
Czyli że co - jednostki w zasadzie nie ważne. Co lepsze nie ważne też rody. Historia narodu ma tyle wspólnego z jednostką że wśród milionów jednostek należących do narodu trafi się pewnie kilka których rody w jakikolwiek sposób wywarły wpływ na strzałkę dziejów narodu. Reszta co najwyżej gdzieś tam po kątach się krzątała. A i tak z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić że historie rodów współczesnych członków narodu miały z historią tej całości bardzo niewiele wspólnego. Poza tym że na przestrzeni wieków a to w jedną a to w drugą ktoś im grządki najpierw końskimi kopytami a na końcu gąsienicami czołgów rozjeżdżał. No kurna przepraszam bardzo jak o mojej tożsamości narodowej ma decydować to że moi przodkowie przez wieki służyli albo jako źródło darmowego żarcia, albo jako mięso armatnie to nie koniecznie napawa mnie to jakimiś wzniosłymi uczuciami.

Nie ma co. Jakbym nie szukał definicja jest raczej jakaś taka intuicyjna i nie ma co się rozwodzić.
Powstaje jednak pytanie czemu niby człowiek winien utożsamiać się z narodem? Czemu winien czuć się jego częścią? Czemu oczekuje się jakiegoś oddania wobec tego abstraktu?
Czy z przynależności do narodu wynika jakiś dług wdzięczności wobec niego?

Jakoś nie za bardzo zdaje mi się aby moi przodkowie uważali że jestem komukolwiek winien jakąś wdzięczność. Jeżeli ginęli (albo sprzedawali bimber pod Monte Casino) to tylko do cholery po to aby ci których kochali mogli żyć sobie spokojnie. Jeżeli na czymkolwiek im zależało to na tym abym mógł żyć wolnym, bez kompleksów, bez długów wdzięczności wobec jakichkolwiek abstrakcyjnych form.
To powoduje ludźmi - to jest przyczyną tego że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Właśnie to że nasi przodkowie pragnęli żyć i chcieli abyśmy mieli zdecydowanie lepiej od nich. Pragnęli aby nikt nam tak jak zapewne często zdarzało się to im zwyczajnie nie wpierdalał się w poczciwy żywot.
Oczywiście okoliczności historyczne zmuszały ich do tego aby przelewać krew, czy robić inne patriotyczne rzeczy. Ale patriotyzm nie wynika z miłości do ziemi, do tego mistycznego narodu. Patriotyzm wynika z miłości do tych których kochamy, którzy są nam bliscy i którzy będą naszymi spadkobiercami. To o nich się troszczymy, za nich jesteśmy gotowi oddać wszystko.

To właśnie z uwagi na powyższe jesteśmy winni tym ludziom pamięć.

Problem zaczyna się wtedy gdy to co kochamy, tę naszą miłość ktoś próbuje rozszerzać. Próbuje nas zmusić do tego abyśmy pokochali coś z czym nigdy nie mieliśmy do czynienia. Manipulacja następuje gdy ten nasz interes, gdy to na czym nam zależy zastępuje się interesem ogółu i miłością do tego ogółu.
Pawlak i Kargul poszliby ramie w ramie na wojnę nie dlatego że ich interesem byłoby przetrwanie rodziny drugiego. Poszliby na wojnę z przyczyn pragmatycznych - ludzie jednoczą się gdy widzą że ich interes ma większe szanse w grupie. Na tym jednak polega ryzyko że ja mogę przegrać wszystko a mój sąsiad wygra. Jeżeli mam bronić tego co kocham to mam większe szanse z sąsiadem. Nawet jeżeli się z nim szczerze nienawidzę. Patriotyzm wyrasta z tego pragmatyzmu a co za tym idzie jest po trosze oszustwem które fundujemy sobie w jakiś sposób na własne życzenie.
Nie chce tu jednoznacznie stwierdzić że ktoś gdzieś tam kiedyś ludzi oszukał ale jest moim zdaniem tak że tworzenie takich tworów jak narody stało się domeną polityki i jednego wielkiego oszustwa. To co było kiedyś dobrowolnymi zbiorowościami które dbały o wspólny interes stało się jakimś chorym emocjonalnym przymusem.
Nawet nie zorientowaliśmy się kiedy utożsamiono w nas poczucie odpowiedzialności za najbliższych z odpowiedzialnością za naród.

Mnie nic nie łączy z większością ludzi którzy żyją wokół mnie.

Cholernie trudny to temat, bo nie wiem w dalszym ciągu jak precyzyjnie określić to co czuję na temat narodu jako takiego. Jak napisał mi Wyrus książkę pewnie by o tym można napisać. Wiem jedno - na pewno nie byłbym gotów ginąć w patriotycznych uniesieniach za ten abstrakcyjny twór. Wiele gorzkich słów mógłbym napisać o tym że naród to takie magiczne hasło które służy dziś niczemu innemu jak temu aby cwaniaki i podejrzane typy mogły robić biznes na tym sztucznie wykształconym uczuciu - na niczym przecież lepszych interesów nie robi się jak na uczuciach. I niczym innym lepiej się nie manipuluje jak właśnie uczuciami. Wystarczy zachwiać w ludziach poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa i są gotowi wyrzec się rozumu i oddać swą wolność aby ktoś zapewnił im te nie mające nic wspólnego z rzeczywistością formy.
Z drugiej strony historia i pamięć o tym w jaki sposób stało się tak że jestem tu gdzie jestem jest czymś czego odbierania mi sobie nie życzę. Co więcej jest czymś co sprawia że jestem tym kim jestem a za to jestem gotów walczyć jak Rambo. Człowiek bez historii i pamięci o przodkach jest jak zwierze, małpa wpierdalająca banany. Niczym innym. A ja ze swoich jestem dumny (najbardziej z tego co sprzedawał bimber pod Monte Casino).

Naród niesie za sobą jeszcze jedną negatywną cechę. Jest jak bomba atomowa. Zmanipulowany, wyuczony odruchu jest nie do powstrzymania. Małą społeczność można opuścić, można olać, a gdy za bardzo podskakuje zdetonować jak to się robi z małymi ładunkami na poligonach.
Z jednej strony oczywiście tak wielka zbiorowość charakteryzuje się ogromną bezwładnością. Trzeba lat na to aby wpłynąć na niego i wymóc jednokierunkowe myślenie. Z drugiej strony gdy już się tak stanie jednostka nie ma najmniejszych szans. Naród w moich oczach jest jak niewidzialna siła na usługach i podporządkowana państwu.
Jeżeli zakładam że państwo jest przyczyną zła to naród jest czymś co sprawia że to państwo ma jakiekolwiek podstawy i władzę nad tym aby deptać jednostkę. Dlatego że te oba twory przenikają się tak nawzajem i w pewien sposób spijają sobie z dziobków napawają mnie tak ogromną odrazą.
Naród i państwo to mega tłum.

Bez pytań nie ma problemów
To pierwsza zasada przetrwania
Zasada druga to obojętność
We wszystkich możliwych odmianach

Tłum się kłębi, tłum faluje
Tłum nie myśli, tłum nie czuje
Tłum jest silny, tłum napiera
Tłum pochłania, tłum pożera

Upodobnić się do otoczenia
To trzecia prosta zasada
Zasada czwarta to posłuszeństwo
We wszystkich możliwych odmianach

Takie są zasady tłumu
Tłum podąża za swym wodzem
Tłum jest ślepy, tłum jest głuchy
Niszczy wszystko na swej drodze

Złożona z wielu żywych istnień
Masa bez ciała i rozumu
Porusza się na dany impuls
To jest dynamika tłumu

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarz