Ocenianie ludzi to fajna rozrywka. W tą zabawę bawią się zarówno ci co oceniają jak i sami oceniani. Schemat jest prosty – bierzemy człowieka który coś zrobił i mówimy że zrobił źle. Dajemy przemówić człowiekowi a on próbuje udowodnić że źle nie zrobił, a nawet jak zrobił źle to nie miał innego wyjścia. No i zabawa ful wypas.
Jak zwykle nie za bardzo kręcą mnie takie zabawy. Nie mówię że nie są potrzebna – lepiej żeby choć w odrobinie dotykały rzeczy ważnych niż żeby w ogóle skreślać je jako zabawy głupie i niepotrzebne.
We wszystkich aferach z donosicielami jakoś nigdy nie fascynowała mnie przeszłość. Nie fascynowała mnie motywacja. A na tym te zabawy polegają - na udowadnianiu sobie nawzajem że albo należało postąpić inaczej albo że inaczej nie dało rady. Ten dyskurs stoi zupełnie obok rzeczy najważniejszej i w pewien sposób ja rozmywa.
Choć przeszłość ta, dotycząca okresu przed 89 rokiem, nie za bardzo dotyczy mnie osobiście to jednak zdaje mi się że coś tam o życiu wiem. Coś przeżyłem, co nieco doświadczyłem. Robiłem rzeczy dziwne, kilka razy pewnie moje czyny podpadły pod jakieś paragrafy (choć rzeczywistość dziś jest taka że zapewne każdego dnia chcąc niechcą pod jakiś paragraf podpadam) i gdyby mnie ktoś złapał to pewnie skończyłoby się to nieciekawie. Zdarzyło się też kilka rzeczy, w zasadzie w przeważającej większości, które pod paragrafy nie podpadały a mimo to nie za bardzo były hmmm… uczciwe, w porządku, dobre. Niczego nie żałuje żeby nie było. Pewnie gdybym ponownie znalazł się w takich okolicznościach zrobiłbym to wszystko z jeszcze pełniejszą satysfakcją i szatańskim zadowoleniem. Jest jednak jeden problem – nigdy nie miałem wątpliwości co do oceny moralnej mych czynów – zawsze jakoś wiedziałem że to co robie nie jest w porządku, zawsze pozostawał jakiś posmak goryczy. Dzięki temu słodycz grzechu była pełniejsza. Co więcej bez tego zapewne pełzłbym dalej, przekraczał nieroztropnie kolejne granice aby spłukać mdłość która niechybnie pojawiałaby się bez tej goryczy.
Nie mi oceniać słabostki ludzkie bo sam wielokrotnie udowodniłem sobie że jestem słaby, że potrafię postępować źle i czerpać z tego ogromną satysfakcje.
Mogę oceniać siebie i przez ten pryzmat patrzeć na zachowania innych ludzi. A siebie oceniam najsurowiej. Gdybym tego nie robił obawiam się że zwyczajnie nabyłbym mentalności dresiarza.
I o to chodzi w tych wszystkich rozróbach nt. donosicieli. O to że zwyczajnie z wszystkich tych dyskusji o niczym wyłania się obraz świata gdzie ludzie najzwyczajniej w świecie mają mentalność dresiarzy. Relatywizm moralny, zamienianie znaczeń, usprawiedliwianie zła, wybielanie przeszłości - to wszystko to zwykła dresiarska mentalność. Co więcej te wszystkie dyskusje właśnie do tego prowadzą aby ludzie nabyli właśnie takiej mentalności.
Poprzez cyniczne wykorzystanie współczucia, wybaczenia, cech jak najbardziej pozytywnych, zmienia się sposób myślenia ludzi – człowiek bezrefleksyjnie, bezzasadnie, bezwarunkowo wybaczając musi, aby zracjonalizować sobie swoje postępowanie, relatywizować pojęcia dobra i zła.
Smutne to trochę. Smutne że zamiast zaczynać od definicji my najpierw patrzymy na okoliczności a potem dostosowujemy do tych okoliczności na siłę pewne pojęcia, przedefiniowywując je w sposób diametralny byle tylko nie były skazą na obrazie który rysowaliśmy sobie najsampierw.
I to jest niezależne od tego po której stronie barykady stajemy.
Choć nie żałuje swoich grzeszków to nie mam najmniejszej wątpliwości że były one złe – że tak nie należy postępować. I nie usprawiedliwiam ich w żaden sposób. Ani swoją przyjemnością ani słabością. Cyniczne? Być może. Ale w wymiarze moralnym wydaje mi się jedynie uczciwe.


qatryk:


