Warning: fopen(/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess) [function.fopen]: failed to open stream: No such file or directory in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 377
Cannot open file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fwrite(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 381
Cannot write to file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fclose(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 385
2008 październik Archiwa » Qatrykowe boje

Archiwa dla październik, 2008

Własność to kradzież czyli olejmy kontekst

Był sobie swego czasu taki anarchista co się zwał Pierre Joseph Proudhon. I ów pan napisał kiedyś takie coś pt. “Co to jest własność?” a tamże pada stwierdzenie “Własność to kradzież”.
Jest to dość ciekawe zważywszy np. na to że Proudhon jest autorem również i takiego zdania “… własność jest największą siłą rewolucyjną jaka istnieje i jaka pozwala przeciwstawić się władzy…”.
Więc o co chodziło temu piernikowi. Rzecz w tym że jak zwykle rozchodzi się o kontekst, a praca Proudhona na temat własności była zwykłym sprzeciwieniem się własności sankcjonowanej przez państwo. I zasadniczo na tym można by skończyć, choć mimo to kilka zdań swobodnych przemyśleń rzucę.
Proudhon teoretyzował do szpiku, stawiał różne figury retoryczne co ogólnie nie jest zabawne, tak jak u każdego innego filozofa. No zwykłe rozdzielanie włosa na czworo czym takie łosie jak ja się nudzą.
Warto jednak przy okazji tego słynnego zdania które jakoby jest wymierzone wprost w serce wolnego rynku zwrócić uwagę jak myśl filozofa może być wyłowiona z kontekstu i wykorzystana de facto przeciw jego własnej idei. Coś tak jak z wykształciuchami którzy u Dorna mieli być zwykłymi lemingami którzy dzięki systemowi nagradzającemu przeciętność zdobyli dyplom tej czy innej uczelni a stali się widzami “Szkła Kontaktowego”.

W każdym razie słysząc po raz kolejny z ust socjalisty, zwłaszcza w czasie kryzysu słowa “własność to kradzież” może warto się zastanowić czy przypadkiem w odniesieniu do jakiejś tam idei własności, powszechnego i intuicyjnego definiowania jej przez każdego z nas faktycznie nie jest tak że dziś własność jest kradzieżą. Poczynając od tego że każdy produkt obarczony jest przymusowym podatkiem takim czy srakim, a kończąc na tym że pieniądz jest kreowany i w pełni kontrolowany przez państwowego lewiatana który nie waha się używać swej władzy w celu osłabiania go. Potem się okazuje że pieniądz który mieliśmy w ręku rok temu, że to co za niego nabyliśmy dziś staje się warty znacznie mniej, że nałożono na niego kolejny podatek, że wyprodukowano go znów cała masę która sprawia że realna jego wartość spada. A gdy spada ktoś zostaje zmuszony do poniesienia kosztów tego spadku. Że gdy rząd gwarantuje depozyty bankowe, czyli naszą własność to w końcu gwarantuje on niczym innym jak zagrabioną uprzednio własnością każdego z nas.

W tym sensie własność to kradzież, jak zresztą napisał de Sade w swoim przewrotnym stylu:
“Jasną jest rzeczą, że kto nie ma własności prywatnej, nie dba o nią wcale; nie straszna mu kradzież, lecz sam zyskać tylko może. Kradzież jako cnota ma wymiar jedynie pozytywny; ćwiczy odwagę, zręczność, dąży do zachowania równości społecznej wyrównując stan posiadania, uczy pieczołowitego czuwania nad dobrem prywatnym. Karać należy, zatem nie złodzieja tylko tego, co daje się okradać. Kradzież to własność, a własność to kradzież. Ten, co kradnie, kradnie cudzą własność, lecz ten, co posiada własność, posiada ją właśnie dzięki kradzieży. Wszyscy wiecznie kradniemy i jesteśmy okradani, dzięki czemu własność znajduje się w ruchu i każdy może się nią nacieszyć”.

Dajemy się okradać ale i sami kradniemy - bo tak stanowi państwo - tak stanowią prawa jakie wytwarza lewiatan, a konkretnie jeden z drugim urzędnikiem którzy albo sobie ubzdurają że mają prawo do decydowaniu o życiu innych albo najzwyklej w świecie działaja na zlecenie jakiegoś lobby korporacyjnego. Pojęcia się rozmywają. Własność jest w naszej rzeczywistości kompletną abstrakcją.
Rzecz w tym czy aby na pewno powinniśmy pogrążać się i pogłębiać jeszcze bardziej przepaść między intuicyjną definicją własności a tym czym staje się ona w rzeczywistości?

Lektura uzupełniająca: Kapitalizm, libertarianizm i przyprawianie gęby

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Filozofia buduaru czyli w poszukiwaniu absolutu

KSIĄDZ
Zatem największa ze wszystkich zbrodnia nie powinna w nas budzić żadnej trwogi?

UMIERAJĄCY
Tego nie powiedziałem. By wzbudziła trwogę i odrazę, wystarczy, że potępia ją prawo i każe miecz sprawiedliwości; lecz skoro została już na nieszczęście popełniona, trzeba umieć się z tym pogodzić, miast poddawać się próżnym wyrzutom sumienia. Ich skutek będzie żaden, tak jak nie uchroniły nas od zbrodni, tak nie naprawią jej. Poddawać się więc im jest niedorzecznością, a jeszcze większą spodziewać się kary na tamtym świecie, jeśli tutaj szczęśliwie jej uniknęliśmy. Boże broń, żebym zachęcał tym samym do zbrodni! Trzeba ich oczywiście unikać jak tylko można, lecz należy kierować się przy tym rozumem, a nie fałszywymi obawami, które prowadzą donikąd, a w co nieugiętszej duszy ich skutek szybko zostaje unicestwiony. Rozum, mój przyjacielu, tak właśnie, sam rozum musi przekonać nas o tym, że szkodząc bliźnim nigdy nie staniemy się szczęśliwsi; samo nasze serce musi nas przekonać, że przyczynianie się do szczęścia bliźnich jest najbardziej wzniosła rzeczą, jaką otrzymaliśmy od natury na tej ziemi. W tym jednym słowie zamyka się cała ludzka moralność: uczynić innych równie szczęśliwymi, jakbyśmy sami tego pragnęli i nie wyrządzać im nigdy zła większego niż takie, którego sami gotowi bylibyśmy doznać. Oto, mój przyjacielu, jedyne zasady, wedle których powinniśmy postępować i nie trzeba ani boga, ani religii, by zakosztować ich i je uznać: trzeba tylko dobrego serca.

Lecz czuję, klecho, że słabnę. Porzuć swe przesądy, bądź prawdziwym człowiekiem, bez obaw i nadziei. Zostaw swych bogów i religie; to wszystko jest dobre po to jedynie, aby włożyć miecz w ludzkie ręce i już samo imię tych wszystkich okropieństw sprawiło, że na ziemi przelano więcej krwi niż przez wszystkie pozostałe wojny i plagi razem wzięte. Wyrzeknij się mrzonek o tamtym świecie, nie ma go wcale; nie wyrzekaj się tylko rozkoszy życia szczęśliwego.

Oto jedyny sposób, w jaki natura pozwala ci przedłużyć twe istnienie… Rozkosz, mój przyjacielu, była zawsze mym najcenniejszym dobrem. Całe życie paliłem jej kadzidła i w jej ramionach pragnę je zakończyć. Mój koniec jest bliski, a czeka tu w sąsiednim gabinecie sześć kobiet piękniejszych niż poranek, które zatrzymałem na tę chwilę; weź i ty swoją część, za moim przykładem postaraj się zapomnieć w ich ramionach o wszystkich pustych sofizmatach twojego zabobonu i głupich błędach hipokryzji.

NOTA
Umierający zadzwonił, weszły kobiety i w ich ramionach ksiądz stał się człowiekiem zdeprawowanych przez naturę za to, że nie umiał wyjaśnić, czym jest zdeprawowana natura.

„Dialog między księdzem a umierającym”

Libertynizm jest dziś fantastycznym fetyszem. Płytkość jego współczesnych definicji i pojmowania go jako filozofii paradoksalnie stanowić może o jego wielkości. Libertyn to obelga. Libertyn to komplement. Ta dualność i pozorna sprzeczność, charakterystyczna dla wielu idei i filozofii, w przypadku libertynizmu stanowi, w opozycji do tych innych idei, o jego wielkości i sile.

Jak to zatem naprawdę jest z tym libertynizmem a przede wszystkim jak to jest z filozofią która przylgnęła do libertynizmu a jej twórcą był markiz de Sade? Czy libertynizm to faktycznie pochwała amoralności, zboczeń, nihilizmu i odrzucenie zarówno boskiego jak i ludzkiego porządku?

Trudno jest ogarnąć prostemu człowiekowi, takiemu jak ja, to o czym pisał Sade. Tak jak interpretując poezję możemy stworzyć tych interpretacji tysiące i każda będzie poprawna, tak i z twórczością Sade’a prawdopodobnie jest tak samo. Dla jednych będzie to natchnienie do hedonizmu, radykalnego pojmowania doktryny carpe diem, i odrzucenia wszelkich wartości dla innych odpychająca potworność i niczym nie uzasadnione a przede wszystkim obrzydliwe stawianie na piedestale czarnej strony naszego bytu. A najśmieszniejsze jest w sumie to że powierzchowne podążanie za Sade’m czy też głęboka odraza w stosunku do jego filozofii byłaby pewnie tym samym obiektem jego kpiny.

Zatem jak to jest z tą poprawnością interpretacji?
Zacznijmy od innego pytania - czym de facto jest filozofia?
Pewnie nie mi to definiować, bo sami filozofowie głowią się nad tym nad czym się głowią a mimo to pewnie każdy swoją odrębną definicje ma. Przyjmijmy jednak że w ogólności filozofia to opis rzeczywistości, opis jej mechanizmów, a przede wszystkim opis tego jakie miejsce w tej rzeczywistości zajmuje człowiek. Innymi słowy filozofia zajmuje się poszukiwaniem absolutu - odnośni którą próbuje odnaleźć. Odnośni która ma wskazać nam kim jesteśmy i jakie jest nasze miejsce. Odnośni która będzie stałym gruntem na którym możemy się oprzeć.

Analizując twórczość Sade’a wspinamy się w ciemności po schodach które w jednej i tej samej chwili przeistaczają się z marmuru w nicość. Z absolutu staja się jego zaprzeczeniem. Z opoki której poszukujemy stają się płomieniem, szeptem który spycha nas w mgnieniu oka w przepaść zatracenia. Aby dotrzeć do miejsca do którego dociera w swej wspinaczce Sade musimy przejść całą jego drogę poszukiwania absolutu. Na końcu nie czeka nas jednak żadna nagroda. Wręcz przeciwnie… Ale o tym póki co cicho sza.

Bóg
Pierwszym absolutem pozorów do którego dobiera się Sade jest nie kto inny jak bóg. Istota nieskończona, czysta miłość i inne takie tam pierdoły. Istota kompletnie irracjonalna, będąca zaprzeczeniem samej siebie. Sade oczywiście zasadniczo nie odkrywa w tej materii nic nowego. Swoją krytykę - boga jako absolutu, opiera na wszystkich tych zarzutach które doskonale każdy zna. Bóg przemawiający poprzez doktryny religijny jest dla Sade’a urojeniem i brednią. Jak bowiem coś co rości sobie prawo do bycia nieskończonym dobrem, nieskończoną miłością może stworzyć świat pełen ohydności, niegodziwości i zła? Już samo to w sobie jest paradoksem - paradoksem który nie może charakteryzować żadnego absolutu. Idea boga wbrew pozorom nie jest przez Sade’a piętnowana sama w sobie. W końcu nie istotnie jest to jakiego słowa określamy do zdefiniowania pewnych pojęć. Równie dobrze tytuł mojego miniopracowania mógłby się kończyć “w poszukiwanie boga”. Słowo bóg rezerwują sobie jednak religie i niech im tak będzie.
Bóg zatem, bóg którego definiuje religia nie może być żadnym absolutem a co najwyżej jakąś pokraczną kpiną stworzoną przez umysł jakiegoś szaleńca albo co bardziej prawdopodobne kogoś kto był opętany pożądaniem władzy. To nie człowiek zatem został stworzony na wzór i podobieństwo boga, a bóg właśnie na wzór i podobieństwo człowieka. Tego samego człowieka który jest gotów gwałcić, zabijać i popełniać wszelkie niegodziwości. Zatem jeżeli moralnością boga ma być moralność omylnego, malutkiego człowieczka to za zasady przez niego stworzone serdecznie dziękujemy. Nie mają one najzwyklej żadnego umocowania, żadnego związku z absolutem a zatem nie mają jako takie żadnej wartości.

Ateizm, racjonalizm, humanizm
I tu wspinamy się na kolejny stopień. Jeżeli zatem nie bóg stanowi tą niezmienniczość, jeżeli bóg istniejąc jest wielkim nieobecnym obojętnym na to co dzieje się na ziemskim padole to gdzie szukać wyznacznika praw jakimi rządzi się świat i nasze życie? Gdzie szukać sensu? Ot na ratunek przychodzi ateizm. Ateizm który odrzuca boga z jego sprzecznościami, amoralnością i jego obojętnością na los człowieka.
Problem w tym że ateizm z automatu staje się jeszcze większą karykaturą boga. Ateizm bowiem zastępuje boga rozumem. Tworzy nową doktrynę humanistycznego racjonalizmu która to podobnie jak religie rości sobie prawo do ustanawiania jedynego słusznego ładu. Co więcej podobnie jak religia racjonalizm w swej ateistycznej formie kompletnie pomija w swej naturze jednostkę. Celem, sensem istnienia jest w racjonalizmie ludzkość. Ateizm absolutyzuje rozum, absolutyzuje swoistą utylitarność działań ludzi jako społeczności. Racjonalizm wyrządza jeszcze okrutniejsza krzywdę człowiekowi niż religia - pomija go zupełnie, sprowadza do nieistotnego trybiku w społecznej machinie która ma trwać. Trwać w gruncie rzeczy nie wiadomo po co i dlaczego.
Humanizm gloryfikuje naturę - dziś jeszcze bardziej niż za czasów Sade’a. Stawia ewolucjonizm, z całą jego nieczułością na los jednostki, na piedestale. I tu filozofia buduaru mówi - dupa.
Natura nie może być żadnym absolutem dla jednostki, dla człowieka. Nie jest żadną odnośnią, nie może nią być. Jak coś co ma stosunek do człowieka równy temu boskiemu, z całą swą potworną obojętnością na jego los ma stanowić jemu opokę?

Podobnie zatem jak w przypadku boga, musimy odrzucić prawa natury, zakwestionować jej zasadę iż istnienie ludzkości ma jakikolwiek sens. To w konsekwencji musi nas zaprowadzić do burdelu w którym i życie ludzkie sensu nie ma i nie jest żadna koniecznością.

Kontestacja i poszukiwanie
I tu wspinamy się na kolejny stopień. Stopień na którym zaczynają się truda niespotykanych uprzednio paradoksów. Skoro bowiem poszukujemy absolutu, skoro szukamy sensu życia to jak do licha możemy to życie odrzucać jako coś kompletnie bezwartościowego, coś czemu w żadnym wypadku nie możemy nadać prawa istnienia?

Spokojnie jednak. Pamiętajmy o tym że Sade prowadzi nas do absolutu poprzez kontestacje jego wcześniejszych wyobrażeń. Kontestację poprzez potworność. Skoro bóg nie spełnia naszych oczekiwań - przylejmy bogu, przylejmy tak aby nie mógł się podnieść. Osikajmy krzyż. Zgwałćmy nim nieletnią dziewczynkę i spuśćmy się w tabernakulum. Skoro odrzucamy naturę jako absolut kontestujmy jej prawa. Kontestujmy prawo życia. Wyrzućmy ciężarną nastolatkę która nosi w swym łonie potomstwo klechy, z wieży tak jak wyrzuca się pomyje. Tyle bowiem warte są prawa boga i natury. Tyle są one warte skoro można to uczynić i ani bóg ani natura tym bardziej, nie protestują.

Tu w naszym wspinaniu zatrzymajmy się jeszcze na chwilkę. Czym jest poszukiwanie? Poszukiwanie absolutu w szczególności? Czyż poszukiwanie nie polega na zbliżaniu się do ów absolutu? Poszukując absolutu nie możemy jedynie go poznać a następnie odejść. Skoro obieramy sobie absolut jako cel naszych poszukiwań to nie jest to poszukiwanie lizaka w sklepie który możemy skonsumować a następnie o nim zapomnieć. Poszukując absolutu sami się określamy a poprzez zbliżenie do niego musimy pamiętać czym absolut jest. Innymi słowy aby zbliżyć się do absolutu musimy działać tak jak on aby poznać go w całości. Musimy się w nim zatracić. Nie możemy przyjmować tylko jego części a to co nam się nie podoba odrzucać. Tak możemy jedynie się od niego oddalić.

Zatem skoro bóg będący nieskończona dobrocią tworzy taki świat i pozwala mu istnieć, skoro natura jest kompletnie obojętna na potworności a wręcz sama tych potworności jako i bóg światu dodaje, to czemuż i my mielibyśmy postępować inaczej? Przecież poprzez uczynki zgodne z prawami absolutu stajemy się jego częścią a poprzez to osiągamy nasz cel.
Należy zatem na tej drodze odrzucić pojęcia dobra i zła. A wręcz je zrównać. Skoro bóg i natura tworzą możliwość istnienia zjawisk które definiowaliśmy jako złe to może to nie do końca jest tak. Może w naszej małości coś przekombinowaliśmy, a to co złe jest dobrem. Dobrem jest wszystko to co może zaistnieć.

Władza
Tu dochodzimy do etapu który chyba najbardziej frapuje, frustruje i napawa Sade’a ogromnym przerażeniem. Etapu w którym wyjaśnia nam czemu służą idee boga i idee jego zaprzeczenia. Władza. Każdy element układanki sadycznych potworności sprowadza się do kontestacji władzy człowieka nad człowiekiem. Bo to o władzę chodzi. O sprawianie aby ludzie robili to co im inni ludzie powiedzą, rozkażą. Skoro taka jest obserwacja rzeczywistości – że tu i teraz, jest tak że żadna tam moralność, żadne tam zasady a spryt, knucie, podłości prowadzą do władzy, to może właśnie tak należy postępować? Skoro taka jest rzeczywistość, a rzeczywistość jest przełożeniem woli absolutu, to musimy się wpasować w tą rzeczywistość i jej mechanizmy. Co więcej pragnąc zbliżyć się do absolutu musimy mieć władzę – władze nad życiem i śmiercią. Jeżeli zatem będziemy zbrodniarzem, złodziejem i wykażemy się przy tym sprytem i nie damy się złapać nasze zbliżenie do absolutu a przy tym satysfakcja będą pełne. Jeżeli jednak dosięga nas ręka ludzkiej sprawiedliwości, praw które stworzyło społeczeństwo okazujemy się jedynie nie godnymi słabeuszami.

Władza wymaga zatem siły. Siły fizycznej i psychicznej. Stania się nadczłowiekiem, wyzutym z uczuć i wszelkich słabości. To u Sade’a możemy dopatrywać się właśnie podstaw nietzscheańskiego nadczłowieka. Przy czym Nietzsche zachwyca się swoim potworkiem a Sade’a ten nadczłowiek przeraża. Przeraża w tym sensie że Sade dostrzega to do czego prowadzi takie myślenie. Nadczłowiek pragnie zaspokojenia, władzy i zatraca się w niej. Jemu się to najzwyczajniej należy – należy bo to on staje się bliższy absolutowi, to on postępuje zgodnie z mechanizmem rzeczywistości, powtarza ją.

To z władzy wynika cała podłość świata, z władzy pseudoabsolutów. Z tworzenia przez ludzi bogów, czy to poprzez religie, czy to poprzez wywyższanie umysłu czy też sprowadzania do roli absolutu króla w monarchii bądź społeczeństwa w republice.
Władza jest jak choroba zakażająca wszystko na swej drodze. Możesz być słaby, przez co skazany jesteś na niewolę albo silny i władać. W tej hierarchii nie możesz zająć miejsca z boku.
Słabość jest obiektem kpiny, ale słabością nie jest brak kręgosłupa moralnego. Słabością jest właśnie ten kręgosłup, konsekwencja działań, ślepa wiara w zasady i reguły narzucone przez innych która pewnikiem prowadzi nas pod but jakiegoś pana.
Siłą jest bycie pijawką społeczną, kanalią która potrafi wykorzystać wszystko i wszystkich ku swej przyjemności. To ludzie w ten sposób silni dostępują władzy. Taka jest rzeczywistość. Taki musi być zatem absolut, bo rzeczywistość ma być jego przełożeniem.

I tym razem Sade odrzuca taki absolut. Nie chce go, bo cóż to za absolut który wartościuje człowieka po skali krzywd jakie wyrządza ów innym.
Poszukujemy przecież ładu - nie godzimy się na potworność którą funduje nam świat - chcemy poznać sens - odrzucamy stałość boską czy też tą naturalną gdyż w nich ładu dostrzec nie możemy a jedynie ciągłą obojętność, poszukujemy dobra i zła poprzez odrzucenie tych pojęć rozumianych w ludzki sposób - tylko po to aby przekonać się że w ten sposób odkryć ich nie możemy. Nie możemy bo samo dobro i zło w swej istocie nie mają z absolutem w ten czy inny sposób nic wspólnego.

Istotne w całej tej drodze jest to że Sade pokazuje nam na każdym etapie czym jest kompletne zatracenie się w kolejnej koncepcji absolutu. Jaką hipokryzję z jednej strony prezentują ludzie wykorzystujący absolut a z drugiej jaką skrajną głupotą charakteryzują się ci którzy słuchają tych pierwszych i ich interpretacji absolutu.
Z drugiej strony nie o to de facto chodzi w podróży Sade – chodzi właśnie o docieranie do jądra, o poszukiwanie. Odzieranie ze świętości kolejnych inkarnacji boga służy jedynie temu aby odnaleźć tego prawdziwego. O ile sama religia jest nic nie wartą bajką dzięki której w nieskomplikowany sposób można posiąść władzę (co Sade piętnuje najmocniej czyniąc z duchownych jedną wielką kastę amoralnych zboczeńców) o tyle na kolejnych etapach zdawać by się mogło że dosięgamy coraz bardziej samego absolutu – jednego niepodważalnego prawa rządzącego światem. Jednak i tu po kolei świętość natury obdzierana jest w brutalny sposób z jej ornatów, a świętość władcy stają się jedynie ulotnością którą się wyśmiewa i skazuje na zatracenie. Bo choć władza jest nieunikniona i to ona pozwala realizować poszukiwania to zatracenie się w niej samej jest tak samo parszywe, obleśne i naiwne jak upatrywanie absolutu w innych mechanizmach.

Koncepcja władzy od tej społecznej po indywidualistyczną, oznaczającą całkowitą aberrację społeczeństwa jest w sadycznej filozofii wszechobecna. Ulega analizom i rozkładana jest na czynniki pierwsze. W konsekwencji władza jako reprezentant absolutu do którego mamy się zbliżać prowadzi do nieuchronnego wniosku iż pełnię tego absolutu w ten sposób możemy poznać jedynie przez samodestrukcje. Cóż bowiem bardziej boskiego, bardziej absolutnego jak pełna kontrola nie tylko nad życiem i śmiercią innego człowieka ale przede wszystkim nad życiem własnym które można w pełni świadomie zakończyć.

Seksualność
Sade prowadząc nas przez wszystkie etapy swojej filozofii odrzucenia posługuje się seksualnością. To ona jest jedynym możliwym narzędziem do obdzierania ze świętości kolejnych pseudoabsolutów. Seksualność w twórczości Sade’a jest pozbawiona erotyki, co więcej nie jest też pornograficznym zaspokojeniem chuci. Ciało człowieka jest jedynym łącznikiem między realnością a transcendencją i to za jego pomocą możemy obdzierać nasze imaginowane absoluty z ich fałszy.
Seksualność przy okazji służy pokazaniu jak człowiek w swym bestialstwie może daleko się posunąć, jak bardzo może zatracić się w poszukiwaniu przyjemności i jak wielką tym krzywdę jest w stanie wyrządzać ludziom. Poprzez seksualność ogniskujemy wszystko co najgorsze w człowieku, obdzieramy jego podłość z płaszcza manipulacji i kłamstw, ukazując jego prawdziwą twarz. Cała hipokryzja władzy, dostojników wiary, pseudowielbicieli rozumu kumulowana jest w tych potwornych i odrażających ludziach zaspokajających swe fantazje. Seksualność, jako jedno z największych tabu, poprzez obdzieranie jej z tajemniczości jest idealnym instrumentem do obdarcia z tajemnic władzy. Do ukazania że ludzie którzy pod płaszczykiem moralności, sprawiedliwości i uczciwości kontrolują innych ludzi są najzwyklejszymi barbarzyńcami pozbawionymi tych cech które im przypisujemy.

Nie jest jednak, przy tym tak że Sade uważa seksualność i ekstazę za coś niesłusznego, odrażającego. Jest w końcu ogromną różnicą w stosunku do potworności przymusu, kiedy ludzie w pełni świadomie, dobrowolnie, w podróży ku szczęściu i przyjemności gotowi są na uprawianie wyuzdanych techniki seksualne. Co więcej sam sadyzm polega zasadniczo przecież na tym iż w poszukiwaniach szczęścia, ekstazy gotowi winniśmy poddać się chwilowym niedogodnością, wręcz oczekiwać bólu aby ekstaza, szczęście w przyszłości było jeszcze większe i pełniejsze. Czyż nie jest to tą samą nauką którą zawiera biblia iż nad szczęście dziś winniśmy przedkładać szczęście w życiu wiecznym? Iż za poświęcenie czeka nas nagroda?

Bunt
Przyczyną całej tej drogi, poszukiwań absolutu jest u Sada bunt. Bunt przeciwko niesprawiedliwości, kurestwie świata, jego zafałszowaniu, manipulacji. Sade chce uczciwości – nie rozumie kłamstwa, obłudy, nie rozumie hipokryzji która tak łatwo wzbudza zaufanie i daje tak ogromne nadzieje. Obnaża przy tym wszelkie mechanizmy władzy, piętnując je potwornością.
Piętnuje jednak również z jeszcze większą siła swą naiwność. To on staje się Justyną, która przez lata nie traci wiary w boga i choć spotykają ją wszelkie możliwe „nieszczęścia cnoty” to ona mimo to tej cnoty nie traci. Zachowuje czystość swej wiary wbrew wszystkim potwornością które spotkała na swej drodze. I szydząc z samego siebie Sade uśmierca Justynę w tak absurdalny sposób i w tak absurdalnych okolicznościach że o większy chichot losu trudno.
Sam Sade całe życie był uczciwy – uczciwy do szpiku kości. Uwielbiał przyjemność i nie krył się z nią, tak jak większość pseudolibertynów, za zasłoną moralność, władzy, szlachetności. Sade był prostytutką ale nie kurwą. Uważał że bycie wolnym zobowiązuje, zobowiązuje do szacunku dla wolności innych. Że paradoks który tworzy wolność pozwalając oddać człowiekowi się w niewolę nie jest żadnym paradoksem gdy człowiek postępuje tak zgodnie z swoją wolą i w pełni świadom swego wyboru. Nie potrafił jednak zrozumieć tego paradoksu w przypadku gdy człowiek staje się niewolnikiem nieświadomie. To wzbudzało w nim największa rozpacz. Tu upatrywał upadku absolutu – w tym że jaki ten absolut by nie był, kiedy tylko odbiera on możliwość decyzji jednostce staje się on automatycznie swym zaprzeczeniem.
Rozpacz ta tym bardziej potęgowała się gdy widział że mechanizmy rzeczywistości, która to rzeczywistość winna być de facto podporządkowana absolutowi, wymyka się jakiemukolwiek pojmowaniu absolutu.
Zło czy dobro nie ma znaczenia. Diagnoza Sade’a jest okrutna jednak idealnie wpasowuje się w mechanizmy rządzące światem. Najgorsze w tym jest że Sade doskonale sobie zdaje sprawę że absolutu nigdy nie odnajdzie jak mocno nie chciałby jego istnienia. Nie dość że nie odnajdzie to poszukiwanie to prowadzi tylko w jedną stronę – w stronę autodestrukcji.

Na pocieszenie pozostaje jednak to że tak jak pogardzana Justyna człowiekiem pozostaniemy jedynie wtedy gdy będziemy… wierzyć. Wierzyć w absolut, wierzyć w dobro i zło, Wierzyć w końcu w człowieka. Wierzyć ale i poszukiwać. Nie poddawać się, nie twierdzić że cokolwiek odnaleźliśmy. I choć żadnej nagrody to nam nie przyniesie, a najprawdopodobniej spotka nas za to tylko i wyłącznie poniżenie, to możemy być pewni że do kurestwa ręki nie przyłożyliśmy.

Należy pamiętać że czytając Sade’a będziemy mieli wrażenie tak jakby pisał to wszystko na serio. I tak jest faktycznie. Sade bez żadnej żenady, w sposób do szpiku realny, niczym lekarz dokonujący obdukcji pokazuje nam zbrodnie i mechanizm funkcjonowania świata. Zbrodnie i mechanizm na który sie nie godzi - który chce obrzydzić każdemu a świrów sprowokować do jeszcze większego zatracenia i autodestrukcji. 

Najistotniejsze jednak jest właśnie to abyśmy widzieli że to nie jest tak że relatywizm, kompromisy gdziekolwiek prowadzą. To one są odpowiedzialne za niszczenie naszego ducha, to one powodują nieszczęścia świata przed którymi chcielibyśmy się uchronić. I życie warto przeżyć raczej dając szczęście innym i z tego czerpać ekstazę, aniżeli poszukiwać absolutu poprzez krzywdy, manipulacje, przymus i występek.

12345 3 głos(ów), średnia: 3.67
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Wolnorynkowy publicysta Jan Rokita

Wczoraj napisałem sobie tekst w zasadzie o tym jak to do publicznej wiadomości dopuszcza się informacje i opinie wygodne jedynie pewnym grupom ludzi. Nie koniecznie chodzi mi o to że mam racje (choć oczywistą oczywistością jest że ją mam) - ale o to że argumenty i logika w dzisiejszej ekonomii nie ma najmniejszego znaczenia. Słucha się tych samych osób i tych samych opinii które do całego tego bagienka doprowadziły.

Zatrważa mnie przy tym cały ten schemat w którym ten wolny rynek to kukła w która jedni z lubością walą wieszcząc jego koniec, a drudzy wychwalają tę kukłę która z kapitalizmem wolnorynkowym nie ma za wiele wspólnego.
Lata ględzenia że cały ten korporacjonizm to jedno i to samo co kapitalizm wolnorynkowy robią swoje. Redefinicja pojęć sprawia że w zasadzie to już nie wiadomo co jest co, a w obszarze pojęć ekonomicznych mamy już taki kompletny miszmasz że trudno w zasadzie już znaleźć kogoś z kim dyskusja na temat ekonomii nie musiałaby się zacząć od uzgodnienia pierwotnych definicji np pieniądza.

W każdym razie, wczorajszy mój wpis pojawił się w kontekście odrzucenia przez kongres hamerykański tego planu ukradzenia amerykańskiej społeczności ładnych parę dołków. Dziś oczywiście już wiadomo że moje przewidywania że i tak i tak co miało zostać skradzione, skradzionym będzie się urzeczywistniają. Przed tym przez świat oczywiście przewinęła się fala krytyki, w każdym dzienniku przez dwa dni bezstronni dziennikarze informowali nas o tym jacy to kongresmani są brzydcy i fe że, każdy rozsądny człowiek powinien wiedzieć że to jedyne wyjście, a ci okrutni kongresmani postradali rozumy. Do tego chóru bezstronnych fachowców, którzy doskonale wiedzą jak funkcjonuje rynek i są znacznie mądrzejsi od bandy kongresmanów dołączył również i młodziutki publicysta sam deklarujący sie jako liberał i wolnorynkowiec - Jan Rokita.

Rokita pisze tak:

Wielkość kapitalizmu polega na jego zdolności do uczenia się.

zasadniczo się zgadza. Ale kolejne zdanie brzmi arcyciekawie:

W czasie obecnego kryzysu kapitalizm po raz kolejny wykazał tę zdolność.

Po pierwsze słowo kapitalizm od jakiś 100 lat należałoby zastąpić słowem korporacjonizm i byłoby całkiem ok. Wtedy jednak poprzedni zdanie nie miałoby najmniejszego sensu.
Korporacjonizm nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem. W korporacjonizmie nie chodzi o efektywność. Głównym celem korporacjonizm jak i kapitalizmu jest zysk z tym że w korporacjonizmie droga do zysku nie polega na byciu efektywnym, konkurencyjnym. Korporacjonizm zdecydowanie stawia bardziej na monopolizacje rynku wszelkimi środkami a przede wszystkim tymi politycznymi.
W tym sensie Pan Jan myli się twierdząc że jakakolwiek forma kapitalizmu, a w szczególności korporacjonizm wykazuje zdolność uczenia się. Scenariusz tak samo jak w poprzednich kryzysach powtarza się i to raczej nie ma nic wspólnego z uczeniem się i wyciąganiem wniosków. Tzn ma ale raczej z uczeniem sie jak jeszcze skuteczniej okradać ludzi w majestacie prawa.

Doświadczenie XX wieku, w tym zwłaszcza Wielkiego Kryzysu lat 30., ale także kryzysów peryferyjnych w Meksyku, Azji i Rosji w latach 90. i tzw. bańki internetowej roku 2000 dowiodło ponad wątpliwość, że dysponujemy dwoma instrumentami zdolnymi zapobiegać pogłębianiu się i rozprzestrzenianiu już zaistniałych kryzysów. Jest to względnie tani pieniądz, który lepiej od restrykcji monetarnych pozwala odbudowywać się zagrożonym instytucjom finansowym. I szybka interwencja umożliwiającą izolowanie tzw. toksycznych aktywów.

Wszystko zależy jak na to spojrzymy. Nie za bardzo rozumiem czemu jeżeli ktoś stawia piekarnie obok piekarni już istniejącej to nikt nie pomaga takiemu piekarzowi gdy okazuje się że jakoś mu chleb nie schodzi. Zgodnie z logiką zaprezentowaną przez Pana Jana państwo winno nakazać obywatelom kupno codziennie w jednej i drugiej piekarni (albo raczej zgodnie z rzeczywistością zakup jedynie u nowego piekarza, który przypadkiem ma w rządzie znajomości - przecież ten pierwszy radzi sobie doskonale więc czemu by zmieniać dla niego reguły wolnorynkowego handlu).

Doświadczenie poprzednich kryzysów pokazało doskonale, co było dowodzone przez różnych ekonomistów i to nie tylko tych skrajnych wariatów jak Rothbard, że problemy te powstają i wydłużają się pogrążając znaczne obszary gospodarcze wcześniej nieskażone kryzysem poprzez ciągła interwencje państwa. Każda interwencja to koszty i przenoszenie strat na całe społeczeństwo. Aby móc interweniować, skupiać toksyczne aktywa trzeba komuś zabrać - i jakoś zawsze się tak dziwnie składa że zabiera się szaremu Kowalskiemu. Zabiera się szefowi Kowalskiego który zatrudnia Kowalskiego. A potem się dziwić że Kowalski traci prace. Skoro zabiera się Kowalskiemu i sąsiadowi Kowalskiego który wcześniej kupował w firmie szefa Kowalskiego dżem, to nie ma się co dziwić że z torbami idą szef Kowalskiego, Kowalski i jego sąsiad. Ot do tego się najprościej ujmując sprowadza interwencjonizm.
Oczywiście następnym krokiem jest zatrudnienie Kowalskiego, jego szefa i sąsiada poprzez państwowy program walki z bezrobociem przy kopaniu dołów. To że Kowalski robił bez pomocy państwa dobry dżem i nie dość że przynosiło mu to satysfakcje a i zysk miał znacznie większy niż przy kopaniu dołu jest bez znaczenia.

Ale wróćmy do artykułu Pana Jana:

Dowodzili tego Milton Friedman czy Paul Samuelson, analizując Wielki Kryzys. Pisał o tym wiele lat temu dzisiejszy szef Fed Ben Bernanke. Pouczający raport opublikowany w tych dniach przez „The Economist” pozwala sobie uświadomić, że o ile w latach 30. właściwa reakcja stała się możliwa po przeszło trzech latach trwania kryzysu – gdy bezrobocie w Ameryce sięgnęło 25 proc., a 40 proc. kredytów hipotecznych miało charakter toksyczny - to obecnie plan ratunkowy skonstruowano po roku kryzysu, gdy bezrobocie wynosi 6 proc., a kredytów prawdziwie toksycznych jest 4 proc. Nie trzeba być ekonomistą, by dostrzec odrobioną lekcję przeszłości.

Czyli po kolei. Mamy ludzi którzy doprowadzają do kryzysu, bo to przecież oni albo im podobni prowadzą według własnego widzimisię gospodarkę od dziesięcioleci, i teraz podczas tego kryzysu to ich należy się słuchać bo zasadniczo napsuł wolny rynek a oni tylko siedzieli i czekali aż przyjdzie kryzys żeby udzielić nam wszystkim kilku dobrych rad jak wolny rynek naprawić. Zaiste jest to teza ponadprzeciętnego geniusza.
Wymienianie przy tym Bena Helikopterka Bernanke zakrawa wręcz na czarny humor. Idzmy dalej:

Kapitalizm się uczy, ponieważ jest wytworem życia, a nie ideologii. Istotnie, jeśli komuś zdawało się w ciągu ostatnich 15 lat, że Zachód z pomocą Alana Greenspana odkrył panaceum na wieczysty wzrost, to popełnił błąd w rozumieniu natury kapitalizmu. Kapitalizm właśnie dlatego, że nie jest konstruktem myślowym, ale samym płynącym życiem, nigdy nie wyzwoli się ani od cyklów, ani od kryzysów.

I znów mieszanie pojęć. Pierwsze zdanie jak najbardziej prawdziwe. Ostatnie - byłoby prawdziwe gdyby zastąpić słowo kapitalizm słowem korporacjonizm.
Cykliczność gospodarki nie wynika z jakichś naturalnych mechanizmów rynkowych - cykliczność jest konsekwencją gmerania w mechanizmach kapitalizmu wolnorynkowego. Cykliczność wynika właśnie z chęci sterowania i interweniowania na rynku. A sięgając głębiej cykliczność gospodarki zaczyna się tam gdzie zaczyna się współczesny pieniądz bez pokrycia, oparty jedynie na państwowym monopolu na przemoc (mówiąc ładniej - na zaufaniu do państwa i bankierów). O tym swego czasu napisałem dość wydaje mi się systematyczny artykuł pt. “Krótka historia pieniądza z kryzysem lat 30-tych w tle”, więc dalej nie będę sie rozpisywał. Kto zechce ten przeczyta a kto nie ten trąba.

Wracając do Pana Jana i powyższego cytatu - swoją droga jeżeli stwierdza się że trzeba być naiwny wierząc że Alan znalazł sposób na wieczysty wzrost, to czyż nie trzeba jednak zweryfikować swojego zaufania do takiej osoby która jeszcze parę lat temu twierdziła jednak że to panaceum znalazła? Czyż dziś ufając takim ludziom, ich diagnozom i zaleceniom zwyczajnie nie wychodzi się na jeszcze większego naiwniaka?

Dalej Pan Jan coś znów tłumaczy i pada zdanie jakże prawdziwe:

Nie tylko będą powracać kryzysy, ale co jakiś czas będzie pojawiać się kłopotliwa, lecz oczyszczająca rynek z kiepskich graczy recesja.

No i właśnie po to jest recesja, po to ten kapitalizm resztkami sił ją powoduje aby jednak mimo wszystko oczyścić tą stajnie korporacyjnego Augiasza. Optując za interwencjonizmem nic tylko przeciwdziała się temu mechanizmowi, zakazując tej wolnorynkowej naturze oczyszczania z kiepskich graczy. Co więcej uczy się ich że mogą hulać ile wlezie - zawsze przyjdzie mamusia i przytuli, pogłaszcze.

Uczyniła to w imię jakiegoś libertariańskiego konstruktu ideologicznego, który sprawdzoną metodę izolacji toksycznych aktywów każe nazywać równią pochyłą prowadzącą do socjalizmu.

Po pierwsze nie jakiegoś, bo ja też mogę powiedzieć że powiedział co wiedział jakiś tam Janek Rokita. Dobrze wiedzieć co się krytykuje i mieć w tej krytyce choć pozorne argumenty a nie ograniczać sie do inwektyw, bo takie wyniosłe traktowanie “jakiś” idei świadczy nie o ideii a o tym który sąd taki wypowiada.
Po drugie Pan Jan wcześniej nakreśla jakieś tam procenty porównując dzisiejszy kryzys z tym z lat 30-tych. Tylko że nie zwraca uwagi na liczby i skalę.
Tu możemy wrócić do pytania które zasadniczo każdy człowiek powinien jednak sobie postawić - czemu ten rynek niczego się nie uczy? Czemu jednak każdy kolejny kryzys kosi znaczna część rynku i najważniejsze gdzie podziewa się ten cały kapitał który przecież nigdzie nie wyparowuje jak czasem każą nam myśleć?
No cóż pozwolę sobie już w tym miejscu zamilknąć i przytoczyć jedynie cytat z artykułu który znalazłem wczoraj na stronie Instytutu Misesa:

(…)Pikanterii całej historii dodaje fakt, że – jak poinformował w zeszłym tygodniu Financial Times – Goldman otrzymał zastrzyk finansowy w kwocie ok. 5 mld dolarów od legendarnego inwestora Warrena Buffetta, a kwotę tę planował przeznaczyć na zakup tzw. toksycznych aktywów, które od miesięcy paraliżują rynek międzybankowy. Dlaczego Goldman kupował coś, co wszyscy inni chcieli sprzedać? Po pierwsze – w przeciwieństwie do wielu innych instytucji finansowych – miał pieniądze, także dzięki pomocy Buffetta. Po drugie, jak można tylko domniemywać, bank liczył na to, że uda mu się kupić śmieciowe aktywa po rynkowej, czyli często bardzo niskiej, cenie i odsprzedać je później ministerstwu skarbu w ramach planu Paulsona, który – przypomnijmy – przewidywał przeznaczenie 700 mld dolarów na ściągnięcie z rynku toksycznych papierów (bez)wartościowych po ich tzw. fair value, czyli wartości, jaką teoretycznie powinny mieć. Goldman najprawdopodobniej zrobiłby na takiej operacji spore pieniądze, a wszystko odbyłoby się w dodatku całkowicie w majestacie prawa. Plan Paulsona wprawdzie nie przeszedł przy pierwszym głosowaniu, ale wszystko wskazuje na to, że jego przyjęcie jest tylko kwestią czasu. Wszak do pomocy Wall Street namawiał kongresmanów nie kto inny jak Warren Buffett, oczywiście w emploi znawcy rynków, a nie strategicznego inwestora Goldman Sachsa…

12345 3 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Analizy, tezy, diagnozy i koniec wolnego rynku

Fascynujące w całym tym ziemskim jarmarku ideologii polityczno - ekonomicznych i aktualnego ich kryzysu jest to jak zapamiętale ludzie potrafią słuchać dziś recept tych którzy jeszcze parę lat temu piali jaki to cudowny system dobrobytu stworzyli. Kula ziemska pod oświeconym przywództwem jaśnie panów miała przecież już nigdy nie uświadczyć głodu, wszyscy mieli mieć domki, czuć się bezpiecznie, i każdy miał realizować się w beztrosce życia.
Jak śpiewał Kazik, a właściwie recytował za Jello Biafrą z Dead Kennedys- “Najbardziej lubię wizualizować sobie ostateczny krach systemu korporacji”. I ktoś mógłby rzec iż przepowiednia ta faktycznie “wizualizuje owszem się”. Problem w tym że jednak nie bałdzo. Ku chwale naiwnych idiotów którzy uważają że socjalizm, konserwatyzm czy jakiekolwiek inne oddanie władzy nad życiem i śmiercią narodów, społeczności czy cholera wie jakich tam innych zbiorowości, a przede wszystkim totalna kontrola nad życiem jednostek to jedyna słuszna droga do powszechnej szczęśliwości, bezpieczeństwa, równości, i walki z niesprawiedliwościami tego świata - system ten właśnie na naszych oczach umacnia się.
Nie chce tu wchodzić w przyczyny o których rozpisywałem się niejednokrotnie bo przecież i tak racje nie mam. Nie mam bo mają ją przecież według całych społeczeństw, narodów i wszystkich tych którzy głos w sprawie zabrać mogą i wysłuchani będą, mają ją ci którzy od lat posiadają jedynie słuszne prawo do bycia kierownikami kuli ziemskiej.
Nie jest ważne że to ci ludzie doprowadzili do kryzysu, nie jest ważne że w zależności od potrzeb gadają sobie co chcą, nie jest ważne że to ci sami ludzie mają wpływ na nasze życie od zamierzchłych czasów, że ich gadka polega cały czas na tym samym niezależnie czy jest to Marks, Keynes czy inny Paulson. Przecież ci mądrzy ludzie nie mogą się mylić - to owa ludzka zachłanność, egoizm, bezduszność czyli główne sacrum kapitalizmu jest przyczyną tego że ci dobrotliwi mężowie stanu napotykają bez przerwy przeszkody ustawiane przez tą wolnorynkową hydrę która nic tylko chce gnębić ludzi, wyzyskiwać ich, okradać, skazywać na głodową śmierć.
To ich należy słuchać - to im trzeba wierzyć, to oni ustanowią nam w końcu nowy wspaniały świat, nowy porządek gdzie nikt głodu cierpieć nie będzie, gdzie niesprawiedliwość już nigdy nie uświadczymy, a świat będzie planetą miodem i mlekiem ku chwale nowego porządku.

Mam nadzieję że Huxley miał nie tylko w tym racje ale i że ci mężni dobrotliwi kierownicy skombinują takim debilom jak ja jakąś wyspę gdzie sobie będziemy mogli opowiadać te nasze brednie. Choć raczej pewnie jakaś kamczatka lub inny sybir mnie pewnie czeka.
Bo przecież to co gadają tacy frajerzy jak ja nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Przecież mylę się zawsze i wszędzie. Myliłem się wczoraj gdy wieściłem kryzys, mylę się dziś gdy gadam że kryzysu nie rozwiązuje się tymi samymi metodami jakimi się go spowodowało i mylić się będę jutro gdy będę gadał że umacnianie wszechobecnego już wtedy systemu korporacji to zwykły koniec świata jaki znamy, w jakim w miarę spokojnie przyszło nam żyć a nasze dzieci zwyczajnie będą już bez żadnych skrupułów i mydlenia oczek nieświadomymi niewolnikami tych dobrotliwych mości panów.

Wolny rynek, te jego przemożne i nieuniknione prawo wzrostu entropii, jednak wygrało z imperium rzymskim, wygrało z Bizancjum, wygrało z feudalizmem, komunizmem wygra i z neoliberalizmem i socjaldemokracją. Szkoda tylko że siłą wielu zostanie wciągniętych do tego pociągu, zmierzającego poprzez różne dziwne przystanki ku zwykłej przepaści, przez zastępy pożytecznych idiotów którzy wolą dziś zawierzyć tym którzy aids leczą rakiem.

Rewolucji nie będzie. System korporacji ma się coraz lepiej.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarz