“Pomysł, że liberał musi zaakceptować szkodliwy nonsens głoszący, że im mniej regulacji, tym lepiej (tak jakby istniał jakiś pierwotny stan wolnego rynku, w którym stosunki korporacyjne nie są zdeterminowane przez prawo pozytywne, np. przez prawo podatkowe, własności, umów, antymonopolistyczne itp.), jest obraźliwy dla inteligencji liberałów. I być może ostateczne zdyskredytowanie tego głupiego a szkodliwego konceptu będzie jednym z pozytywnych skutków obecnego kryzysu finansowego.”
Takie oto stanowisko prezentuje nam Kultura Liberalna słowami profesora Sadurskiego. Z tym zdyskredytowanie wolnego rynku jako głupiego i szkodliwego konceptu to ja trochę się gubię już, bo to jakaś taka dziwna śpiewka zasadniczo i socjalistów i konserwatystów, i liberałów jak się okazuję. W sensie potocznego pojmowania. I jak ja mam tu się tłumaczyć takiemu quasiemu dajmy na to, czemu jak dla mnie polityka i wszystko wkoło to synonim komunizmu.
Mniejsza zresztą o to. Nie rzecz w tym że koncepcja wolnego rynku jest w pojmowaniu współczesnego, przeciętnego obywatela nie wnikającego za nadto w jakieś filozoficzne rozważania i teorie ekonomiczne koncepcją odrażającą, wrogą w powszechnym mniemaniu temu człowiekowi. Rzecz w tym że w gruncie rzeczy, o ile dobrze zrozumiałem profesora Sadurskiego, ja się chyba jestem w stanie zgodzić z jego stanowiskiem. W zasadzie zgodzić z tym zdaniem:
“tak jakby istniał jakiś pierwotny stan wolnego rynku, w którym stosunki korporacyjne nie są zdeterminowane przez prawo pozytywne, np. przez prawo podatkowe, własności, umów, antymonopolistyczne itp.”
czyli tym co wziął w nawias, jako taką przystawkę do swego twierdzenia.
Jest bowiem tak że wolny rynek to strasznie mityczna rzecz. Natomiast taki Lewiatan który mityczny ponoć jak najbardziej być winien, dotyka nas w rzeczywistości dotykiem prawdziwym. Dotykiem jakim niewidzialna ręka właśnie tylko w mitach już teraz może się pochwalić.
Teza jaką prezentuje profesor w moim rozumieniu jest taka - mamy cały ten “fajny” system (fajny zapewne dla profesora, dla mnie może nie koniecznie - no ale to kwestie tej filozofii którą, jak wspomniałem mało co kto głowę sobie zaprząta) i ten pociąg z całą swoją bezwładnością jakby na to nie patrzeć ma coś takiego jak wolny rynek w szerokim poważaniu.
Warto jednak zauważyć że dla liberała klasycznego rynek to nic innego jak ludzie. Wolny rynek to swoboda działań (w obrębie kulturowej moralności, czy jak sobie tam te normy które określają co nie budzi w społeczeństwie odrazy nazwać) tych ludzi.
I co za tym idzie? Ano po mojemu wychodzi że współczesny liberalizm, jak i realny socjalizm mimo pięknych haseł o bliskości ludziom zwyczajnie zapomina o swoich podstawach. Piramidalne koncepcje tworzone przez znudzonych intelektualistów rozrastają się do takich rozmiarów i tworzą tyle wątków pobocznych że w gruncie rzeczy nie wiadomo o co chodzi.
Bo jeżeli chodzi tylko o to aby zapewnić ludziom żarcie, swobodny seks i przedłużyć ich życie na tyle aby jak najdłużej byli produktywni dla substancji społecznej, co przyniesie ludzkości jako jednolitemu bytowi jakąś niesamowitą przyszłość, to zasadniczo dzieci w przedszkolu mają koncepcje o wiele fajniejsze.
A moja teza jest taka, że tam gdzie mamy mieć przyjemnie non stop tam nie ma o co walczyć. A jak nie ma o co walczyć, nie ma o co się martwić to z czasem “Wielkie Żarcie” wychodzi. I nic ponad to.
I ja jako skrajny libertyn nie potrzebuje społeczeństwa libertynów. Potrzebuje norm, potrzebuje praw, potrzebuje stałości którą niepostrzeżenie mogę obrzygać, obszczać a potem znów rozegrać kolejną grzeszną grę ku chwale Dionizosa. Jak dla mnie wiele większy fan jest gdy na złą drogę sprowadzi się świadomą cnotliwą istotę, niż gdy przymusowo będę ludziom miodem swój punkt widzenie wpajał. Tak już jakoś mam że to pierwsze mnie kręci a drugie obrzydza.
Żem kurdie pojechał…
“Jam jest częścią tej siły która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”
Coby patetyczności w tym wielowątkowym wynurzeniu stało się zadość.
Albo na odwrót, jak kto woli. W sensie tego cytatu.