Słyszeli o tym że mieszkania za darmo rozdają? A czy dowiedzieli się z telewizora na czym to polega? Nie. O a to zaskoczenie. No więc śpieszę wytłumaczyć: dawno, dawno temu za radosnych czasów pierwowzoru IV RP powstawały sobie spółdzielnie mieszkaniowe, które dostawały sobie kredyty a z tych kredytów budowały sobie mieszkania. Jako że ten zbędny przywilej jakim jest posiadanie czegoś na własność nie przysługiwał zwykłym obywatelom naszego radosnego kraju raju w posiadaniu mieszkań były sobie spółdzielnie. Oczywiście spółdzielnie były państwowe bo nie tylko obywatelowi nie wypadało posiadać ale i jakimkolwiek instytucją niepublicznym. W każdym razie każdy kto chciał mieszkanko od spółdzielni wpłacał sobie 10% jego wartości a potem po trochu oddawał spółdzielni z tego kredytu co to go państwowa spółdzielnia w państwowym banku zaciągła. Wpłacał jednak przeważnie 40% bo 50% państwo postanawiało umorzyć spółdzielniom (a co taki miało gest). W każdym razie dziś mamy kilka różnych możliwości wynikających z zaistniałej sytuacji, a o czym nie do końca w telewizorze się mówi.
Otóż od dziś państwo postanowiło że co do swoich 50% nie rości sobie za wielkich prawa. Kredyt ma być spłacony po wartości nominalnej a nie zwaloryzowanej. Po ludzku mówiąc jeżeli te 50% 30 lat temu wynosiło 10000 zł a część z tych pieniędzy zostało a to umorzona a to najzwyczajniej spłacona to dziś wychodziłoby gdyby uwzględniać denominację i inflację pewnie jakieś 50000 zł (upraszam pewnie za bardzo, no ale po to tylko aby nie zamazywać ogólnego obrazu sytuacji). No ale że państwo stwierdziło że nie będzie się bawić w te wyliczenia to skoro 30 lat temu spółdzielnia wzięła kredyt który na jednego lokatora wynosił te 10000 zł (część została spłacona, umorzona a może i było tak że kredyt był na 1000 zł - tego jakoś tak nie pamiętam:>) to on dziś po odliczeniu wszystkiego co zostało spłacone właściwie ma do zapłacenia tyle co za piwo.
Okazuje się jednak że te 50% które brało na siebie państwo to nie wszystko. 40% wzięła spółdzielnia - no a okazuje się że te kredyciki niestety waloryzacji uległy i ktoś je musi spłacać. Czyli jeżeli ktoś jeszcze nie spłacił spółdzielni kredytu to a i owszem część tę którą dysponowało państwo może se spłacić niewaloryzowane ale część którą musiała spłacić spółdzielnia musi spłacić według tego co zapodał spółdzielni bank.
W każdym razie nie jest to tak pięknie jak to mówią w telewizorze że można sobie pójść i dostać swoje mieszkanie za darmo. W wielu przypadkach może się okazać że i owszem od państw to my możemy sobie odkupić mieszkanko za 1000 zł ale część spółdzielni trza spłacić.
Co ciekawsze mówi się o tym jakie to spółdzielnie są biedne bo im się chleb odbiera, że poupadają i w ogóle kataklizm będzie wszystkie mieszkania popadną w ruinę i armagedon mieszkaniowy normalnie.
Zastanawia mnie czemu wraz z tą ustawą nikt z rządu nie powie tak naprawdę po co to zostało zrobione, a przede wszystkim jakie korzyści płyną z takiego faktu.
Pierwsza rzecz państwo pozbyło się problemu. Pozbywamy się udziału w czymś z czym nie do końca sobie radziliśmy. I to jest oki bo nie za bardzo rozumiem dlaczego państwo miałoby sobie nie radzić za ludzi skoro w nie radzeniu sobie ze swoją własnością ludzie są stanowczo gorsi od państwa (tzn. radzą sobie z własną własnością lepiej niż państwo które przeważnie z cudzą własnością nie do końca sobie radzi).
Druga sprawa jak zwykle w mediach wszystko traktowane jest od dupy strony: bo zamiast trąbić że skoro już ludzie będą mieli za darmo na własność te mieszkania (co nie jest do końca prawdą jak to opisałem powyżej) to mogą np z sąsiadami sobie założyć wspólnotę i mieć w dupie niewydolną spółdzielnie. Mogą jako wspólnota mieszkańców znacznie więcej niż jakakolwiek spółdzielnia, a co więcej będą mieli determinację i znacznie większy wpływ na to co się dzieje z ich budynkami.
A Qatryk rzecze że to jest dobro, choćby faktycznie ci co wykupili swoje mieszkania wcześniej mieliby na tym stracić i czuć się wydupceni.
Oczywiście to com powyżej nawypisywał jest jakimś tam zlepkiem informacji które mi się udało wyniuchać i nie musi to w szczegółach dokładnie tak wyglądać. W każdym razie zamiast nakręcać ludzi przeciw sobie fajnie by było jakby jakiś redaktorzyna ludziom powiedział że będą mieli fajnie bo żadna zasrana spółdzielnia nie będzie im dyktowała kiedy ma być remont, kto ma sprzątać podwórko itd itp. Wystarczy że w jednym budynku zbiorą się do kupy i będą mogli krzywo patrzeć każdego ranka na prezesa wspólnoty gdy prezes wspólnoty okaże niedorajdą który nie umiał zadbać o ich interesy. No i zawsze w trybie pilnym mogą takiego prezesa kopnąć w dupę.

1 głos(ów), średnia: 4
qatryk:



Ja tylko w kwestii zbierania się do kupy, bo z resztą tekstu generalnie się zgadzam.
Mieszkam ja sobie w bloku w którym jest łącznie ponad 300 mieszkań. Tylko na mojej klatce jest ich (około) 30. I nawet na mojej klatce sąsiedzi nie potrafią “wziąść się do kupy” i zrobić dymu o non stop zepsuty domofon, czy blokersów robiących sobie melinę z korytarza.
Tak naprawdę prawie każdy ma wszystko w głębokim poważaniu, co kolesia z piątego piętra obchodzi że na pierwszym co noc jest libacja na schodach? On tego nie słyszy, on ma ładnie ściany odmalowane i kwiatki na parapecie na swoim piętrze.
Druga rzecz, próbowałem wywalczyć naprawę domofonu sugerując że skoro aktualny monter (firma zewnętrzna nota bene) nie radzi sobie od dwóch lat z naprawą tylko poprawia swoje partactwo co jakiś czas, to może wypadało by zmienić podwykonawcę. Spotkałem się tylko ze szczerym zdziwniem, no bo jak to tak, pana Jasia wymienić, tyle lat tu pracuje…
Tak wiem, mogę się wyprowadzić, tylko na razie nie mam za co.
No dobra, ale nie powiesz mi chyba że w tym bloku wszyscy maja mieszkania na własność? Jakoś nie jestem w stanie w to uwierzyć.
Szczerze mówiąc nie wiem, i tak naprawdę jest to mało istotne. Istotne jest to że tam mieszkają, codziennie korzystają z zepsutego domofonu i brudnej klatki schodowej przy wejściu. A nie widzą najmniejszej potrzeby poprawy czegokolwiek w swoim otoczeniu jeśli znajduje się to poza drzwiami “ich” M3.
Ja nie mówię o “zebraniu się do kupy” i organizacji zrzuty na farbę, pędzle, malarza i nowy domofon. Ja mówie o dopominaniu się w spółdzielni o swoje, o to za co spółdzielnia zdziera co miesiąc niemałe pieniądze. Tyle że jednym głosem, bo jak dzwoni pojedyncza osoba (ja), to delikatnie mówiąc jestem ignorowany.
więc może właśnie na tym to polega. Jak nie masz czegos na własnośc to po co o to dbać?
U mnie na klatce tez tylko kilka rodzin ma wykupione mieszkania - i w zasadzie jak cos się dzieje w budynku to tylko z ich inicjatywy, reszta która nie ma mieszkań na własność nawet nie zadzwoni do spółdzielni że domofon się zepsuł.