Archiwum dla kategorii: Qatrykowe filozowania

Czym jest naród?

Od dość dawna zastanawia mnie czym jest ten mistyczny naród. Co to za twór którego tak naprawdę nikt w zasadzie nie potrafi konkretnie zdefiniować. Przemycę co o narodzie piszą na tajnej, dostępnej nielicznym wikipedii:

Naród jest zbiorowością terytorialną o określonym składzie etnicznym; wspólnotą o podłożu gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzoną w procesie dziejowym, przejawiającą się w świadomości swych członków.

No wszystko oki ale ja tam jakoś tego nie widzę. Czy na przykład tacy żydzi gdy nie mieli przez lata swego państwa nie byli narodem? No nie byli jakby nie patrzeć “zbiorowością terytorialną”.
O takich dajmy na to Stanach trudno powiedzieć że ma określony skład etniczny. No i tak dalej można by się czepiać.

Ogólnie możemy przyjąć że cechy które mogą definiować nam jakąś zbiorowość jako naród to język, historia, kultura, religia, no i o pochodzenie etniczne (cokolwiek to znaczy). Wszystko to mieszamy wraz z zmarszczkami czasu no i wychodzi nam bigos w postaci narodu.

Wszystko fajnie tylko jest jeden problem - ludzie. Naród to jakby nie było zbiorowość. No a zbiorowości maja to do siebie że składają się z jednostek. I teraz bierzemy palec boży jak u pytonów, latamy sobie nim nad taką Polską i wskazujemy taką jednostkę.
Okazuje się że ta jednostka to miała dziadka po kądzieli rosjanina a po mieczu babka była żydówką. Reszta - czysta - polska. No i kurdem mamy problem bo to pochodzenie etniczne to tak coś nie teges.
Od kiedy można stwierdzić że ktoś jest polakiem na podstawie tego kim byli jego przodkowie. Wystarczy że jeden dziadek był polakiem czy trzeba mieć jakieś silniejsze korzenie? Ktoś to jakoś określa? - trochę ponad 1/2 przodków jesteś polak i możesz się utożsamiać z narodem - mniej, szlus, nie masz na co liczyć? A Olisadebe?
Jedziemy z tym palcem dalej. Kolejna jednostka. Kurde wszystko niby oki 10 pokoleń wstecz wszystko potomkowie polan, ino jeden szkopuł. Jednostka od maleńkiego mieszkała w Honolulu. Mówi tylko po honolulańsku a co gorsza jakoś tak za bigosem, koronkami i wódką nie przepada.
Palac się wkurza i znika.
Przyjrzyjmy się samemu słowu - naród. Jakby nie patrzeć ma to chyba coś wspólnego z rodem. Taki nad-ród. Coś pewnie jak nad-człowiek.
Czyli że co - jednostki w zasadzie nie ważne. Co lepsze nie ważne też rody. Historia narodu ma tyle wspólnego z jednostką że wśród milionów jednostek należących do narodu trafi się pewnie kilka których rody w jakikolwiek sposób wywarły wpływ na strzałkę dziejów narodu. Reszta co najwyżej gdzieś tam po kątach się krzątała. A i tak z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić że historie rodów współczesnych członków narodu miały z historią tej całości bardzo niewiele wspólnego. Poza tym że na przestrzeni wieków a to w jedną a to w drugą ktoś im grządki najpierw końskimi kopytami a na końcu gąsienicami czołgów rozjeżdżał. No kurna przepraszam bardzo jak o mojej tożsamości narodowej ma decydować to że moi przodkowie przez wieki służyli albo jako źródło darmowego żarcia, albo jako mięso armatnie to nie koniecznie napawa mnie to jakimiś wzniosłymi uczuciami.

Nie ma co. Jakbym nie szukał definicja jest raczej jakaś taka intuicyjna i nie ma co się rozwodzić.
Powstaje jednak pytanie czemu niby człowiek winien utożsamiać się z narodem? Czemu winien czuć się jego częścią? Czemu oczekuje się jakiegoś oddania wobec tego abstraktu?
Czy z przynależności do narodu wynika jakiś dług wdzięczności wobec niego?

Jakoś nie za bardzo zdaje mi się aby moi przodkowie uważali że jestem komukolwiek winien jakąś wdzięczność. Jeżeli ginęli (albo sprzedawali bimber pod Monte Casino) to tylko do cholery po to aby ci których kochali mogli żyć sobie spokojnie. Jeżeli na czymkolwiek im zależało to na tym abym mógł żyć wolnym, bez kompleksów, bez długów wdzięczności wobec jakichkolwiek abstrakcyjnych form.
To powoduje ludźmi - to jest przyczyną tego że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Właśnie to że nasi przodkowie pragnęli żyć i chcieli abyśmy mieli zdecydowanie lepiej od nich. Pragnęli aby nikt nam tak jak zapewne często zdarzało się to im zwyczajnie nie wpierdalał się w poczciwy żywot.
Oczywiście okoliczności historyczne zmuszały ich do tego aby przelewać krew, czy robić inne patriotyczne rzeczy. Ale patriotyzm nie wynika z miłości do ziemi, do tego mistycznego narodu. Patriotyzm wynika z miłości do tych których kochamy, którzy są nam bliscy i którzy będą naszymi spadkobiercami. To o nich się troszczymy, za nich jesteśmy gotowi oddać wszystko.

To właśnie z uwagi na powyższe jesteśmy winni tym ludziom pamięć.

Problem zaczyna się wtedy gdy to co kochamy, tę naszą miłość ktoś próbuje rozszerzać. Próbuje nas zmusić do tego abyśmy pokochali coś z czym nigdy nie mieliśmy do czynienia. Manipulacja następuje gdy ten nasz interes, gdy to na czym nam zależy zastępuje się interesem ogółu i miłością do tego ogółu.
Pawlak i Kargul poszliby ramie w ramie na wojnę nie dlatego że ich interesem byłoby przetrwanie rodziny drugiego. Poszliby na wojnę z przyczyn pragmatycznych - ludzie jednoczą się gdy widzą że ich interes ma większe szanse w grupie. Na tym jednak polega ryzyko że ja mogę przegrać wszystko a mój sąsiad wygra. Jeżeli mam bronić tego co kocham to mam większe szanse z sąsiadem. Nawet jeżeli się z nim szczerze nienawidzę. Patriotyzm wyrasta z tego pragmatyzmu a co za tym idzie jest po trosze oszustwem które fundujemy sobie w jakiś sposób na własne życzenie.
Nie chce tu jednoznacznie stwierdzić że ktoś gdzieś tam kiedyś ludzi oszukał ale jest moim zdaniem tak że tworzenie takich tworów jak narody stało się domeną polityki i jednego wielkiego oszustwa. To co było kiedyś dobrowolnymi zbiorowościami które dbały o wspólny interes stało się jakimś chorym emocjonalnym przymusem.
Nawet nie zorientowaliśmy się kiedy utożsamiono w nas poczucie odpowiedzialności za najbliższych z odpowiedzialnością za naród.

Mnie nic nie łączy z większością ludzi którzy żyją wokół mnie.

Cholernie trudny to temat, bo nie wiem w dalszym ciągu jak precyzyjnie określić to co czuję na temat narodu jako takiego. Jak napisał mi Wyrus książkę pewnie by o tym można napisać. Wiem jedno - na pewno nie byłbym gotów ginąć w patriotycznych uniesieniach za ten abstrakcyjny twór. Wiele gorzkich słów mógłbym napisać o tym że naród to takie magiczne hasło które służy dziś niczemu innemu jak temu aby cwaniaki i podejrzane typy mogły robić biznes na tym sztucznie wykształconym uczuciu - na niczym przecież lepszych interesów nie robi się jak na uczuciach. I niczym innym lepiej się nie manipuluje jak właśnie uczuciami. Wystarczy zachwiać w ludziach poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa i są gotowi wyrzec się rozumu i oddać swą wolność aby ktoś zapewnił im te nie mające nic wspólnego z rzeczywistością formy.
Z drugiej strony historia i pamięć o tym w jaki sposób stało się tak że jestem tu gdzie jestem jest czymś czego odbierania mi sobie nie życzę. Co więcej jest czymś co sprawia że jestem tym kim jestem a za to jestem gotów walczyć jak Rambo. Człowiek bez historii i pamięci o przodkach jest jak zwierze, małpa wpierdalająca banany. Niczym innym. A ja ze swoich jestem dumny (najbardziej z tego co sprzedawał bimber pod Monte Casino).

Naród niesie za sobą jeszcze jedną negatywną cechę. Jest jak bomba atomowa. Zmanipulowany, wyuczony odruchu jest nie do powstrzymania. Małą społeczność można opuścić, można olać, a gdy za bardzo podskakuje zdetonować jak to się robi z małymi ładunkami na poligonach.
Z jednej strony oczywiście tak wielka zbiorowość charakteryzuje się ogromną bezwładnością. Trzeba lat na to aby wpłynąć na niego i wymóc jednokierunkowe myślenie. Z drugiej strony gdy już się tak stanie jednostka nie ma najmniejszych szans. Naród w moich oczach jest jak niewidzialna siła na usługach i podporządkowana państwu.
Jeżeli zakładam że państwo jest przyczyną zła to naród jest czymś co sprawia że to państwo ma jakiekolwiek podstawy i władzę nad tym aby deptać jednostkę. Dlatego że te oba twory przenikają się tak nawzajem i w pewien sposób spijają sobie z dziobków napawają mnie tak ogromną odrazą.
Naród i państwo to mega tłum.

Bez pytań nie ma problemów
To pierwsza zasada przetrwania
Zasada druga to obojętność
We wszystkich możliwych odmianach

Tłum się kłębi, tłum faluje
Tłum nie myśli, tłum nie czuje
Tłum jest silny, tłum napiera
Tłum pochłania, tłum pożera

Upodobnić się do otoczenia
To trzecia prosta zasada
Zasada czwarta to posłuszeństwo
We wszystkich możliwych odmianach

Takie są zasady tłumu
Tłum podąża za swym wodzem
Tłum jest ślepy, tłum jest głuchy
Niszczy wszystko na swej drodze

Złożona z wielu żywych istnień
Masa bez ciała i rozumu
Porusza się na dany impuls
To jest dynamika tłumu

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Nigdy więcej czyli Milton i Ben dwa bratanki

Znalazłem właśnie sobie ciekawy artykuł z 2005 roku kiedy to nijaki Ben Bernanke obejmował po nijakim Alanie Greenspanie stołek w FEDzie. Z uwagi na to co się dzieje dziś artykuł jest bardzo zabawną formą rozrywki. Otóż w skrócie chodzi o to jak to Ben uczył się fachu studiując kryzys lat 30. No i tak Ben chwali się jak to wziął sobie do serca Miltonową teorie tego kryzysu.
Zacznijmy jednak od najpiękniejszego cytatu z tego artykułu:

W czasie obchodów 90-lecia urodzin Miltona Friedmana w 2002 roku Ben Bernanke zwrócił się do jubilata (wówczas będąc jednym z członków zarządu Fed): - Co do Wielkiego Kryzysu, ma pan całkowitą rację - to my jesteśmy temu winni. Bardzo nam przykro. Dzięki panu nigdy więcej tego nie zrobimy.

Dobre. Naprawdę mocna rzecz. To co dzieje się dziś to zapewne ta wstrętna niewidzialna ręką Adama Smitha.

Co jednak ma na myśli Ben mówiąc do Miltona: “ma pan całkowitą rację” - wyjaśnienie znajduje sie nieco wyżej:

(…)Dopiero w 1963 r. sprzeciwili mu się Milton Friedman i Anna Jacobson Schwartz, którzy w swojej historii amerykańskiej polityki monetarnej napisali, że Wielkiemu Kryzysowi winny był Fed i jego błędna polityka.

Po pierwsze, Fed nierozważnie podniósł stopy procentowe w 1928 r., aby ukrócić spekulacje giełdowe, co sprowadziło w kolejnym roku recesję. Następnie pozwolono upaść tysiącom banków, co znacznie ograniczyło podaż pieniądza. Fed obawiał się między innymi, że niskie stopy zniechęciłyby do dolara zagranicznych inwestorów. (…)

A to ci ciekawe. Takich kwiatków w tym artykule jest sporo. Przyjrzyjmy się zatem temu czego jakoś zarówno Ben jak i Milton nie dostrzegli.
Najpierw rzecz bardziej ogólna dotycząca tego czemu to przez “podniesienie stóp” (czyli zmniejszenie podaży pieniądza) ponoć nastąpiła recesja. Chciałbym zwrócić uwagę że w latach 1921-1929 podaż zielonych (czyli całkowita ich ilość na rynku) wzrosła z 45 miliardów dolarów do 73 miliardów. Zwyczajnie FED “wydrukował” w ciągu 8 lat 28 miliardów dołków. Oczywiście drukował je poprzez politykę niskich stóp procentowych czyli taniego kredytu. Tani kredyt powodował powstawanie bardzo ryzykownych inwestycji które prędzej czy później były skazane na porażkę. Co więcej w takim systemie zdrowa tkanka gospodarki bardzo szybko musi ulec i sama zakażona zostaje tanim pieniądzem. Zwyczajnie jeżeli zachowuje się w takim systemie pozory konkurencji no to każde rentowne przedsiębiorstwo musi konkurować z ryzykantami jadącymi na tanim kredycie, przez co nawet najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo bierze kredyt na dynamiczniejsze konkurowanie - w takim wyścigu szczurów jak wiadomo bardzo łatwo o błędy.
W każdym razie bzdurą jest twierdzenie że FED podniósł stopy w 28 r. Milton a za nim Ben twierdzą że to właśnie z winy FEDu zapanował kryzys bo FED zmniejszył podaż zielonych. Prawda jest jednak taka że FED od początku 28 roku do 33 zmniejszył stopy z 6% do 1,5% a i przy okazji wpompował do banków miliony. Podaż zwyczajnie spadała bo po pierwsze nikt nie jest takim debilem aby w czasie kryzysu brać jakikolwiek kredyt (co jest głównym narzędziem zwiększania podaży kasiorki papierowej) a po drugie wszyscy wykonywali run w celu ratowania tego co pozostało. Dokładny opis na czym cały kryzys polegał można znaleźć tutaj.
Przy okazji o ile mnie dobrze pamięć nie myli to i faktycznie coś tam było na rzeczy z tym że kryzys był trochę i perfidnie sterowany - małe banki nie tylko upadały ale i były wchłaniane przez gigantów. Kto na tym zyskał a kto stracił można się domyślić.
Przy okazji tego wszystkiego należałoby zająć się również i rządem. Odpuścimy sobie to tym razem bo zwyczajnie przydupasami nie ma co się zajmować.

Patrząc na to wszystko jak tu się nie śmiać dzisiaj z Bena.
Prześledźmy krok po kroku co przez lata robił Alan i co kontynuował Ben. Bieremy sobie wykresik:
Image:Components of the United States money supply2.svg

Na wykresiku są różne M-y. Ogólnie najbardziej interesuje nas wskaźnik M3 - czyli ilość pieniądza w systemie - nie chodzi tu o papierki ale też o wszelkie salda wirtualne - czyli łączną kaske którą teoretycznie można zmaterializować (przy okazji pamiętacie jak nijaki Skrzypek nie do końca wiedział co to są M-y i który eM co obejmuje ?:D). I tu niespodziewanka - okazuje się że od roku 2006 Ben stwierdził że świat nie jest godny aby posiadać takie informacje i zwyczajnie przestał informować ile zielonych produkuje.
Na pomoc przychodzą nam wstrętni reakcjoniści z shadowstats:
m3 shadowstats

Jednym słowem Ben wraz z Alanem zarzucali przez lata rynek papierkiem (przy czym Alan gdzieś tam zachował resztki rozsądku albo raczej w tym swoim kombinowaniu było sprytny na tyle że nikt się nie pokapował co i jak) a teraz Ben stwierdził że lekarstwem będzie.. tu chwyt retoryczny ala Ziobro… zagadka… jeszcze większe zarzucanie rynku papierkiem.

Poza mechanizmami które opisałem wyżej które działały wtedy i zadziałają i dziś, jest jeszcze jedna istotna rzecz w tym wszystkim. Za zwyczajny debilizm albo raczej ratowanie tyłków kumpli przez Bena zapłacimy my wszyscy.
Po pierwsze kryzysem albo raczej słuszną korektą czyli falą bankructw inwestycji w które fatalnie zainwestowano kredytowy pieniędzy, która to fala nie niosłaby za sobą tyle ofiar gdyby Ben nie myślał że jest bogiem i może sterować rynkiem.
Po drugie zapłacimy każdy po równo zgodnie z ideami socjalizmu z własnych kieszeni. Ktoś powiedział mi kilka tygodni temu że przecież ECB (European Central Bank) trzyma stopy a i wciąż widzimy i się cieszymy że euro do dolara wciąż zyskuje na wartości. Wbrew pozorom nie jest to optymistyczna informacja. Nie jest ona od dawna optymistyczna dla żadnego kraju który ma w swoich rezerwach walutowych tony zielonych papierków. Co zrobić żeby te papierki jednak były coś warte? - ano zespół w zespół zaczyna się zabawa w światową interwencję banków centralnych i wyścigi który z nich lepiej ograbi poprzez inflacje swoich obywateli.

O ile pan Skrzypek nadal nie wiem co to jest M3 mamy szanse że nie zacznie się bawić z kolegami z innych CB i mimo kryzysu możemy cieszyć się z rosnącej wartości złotówki. Na razie celem naszego NBP pozostaje walka z inflacją z czego należy się cieszyć, choć co i róż słychać że padają tam jakieś fajne pomysły na to aby osłabiać zyla.
Przy czym warto zaznaczyć że nadzieja to matka głupich. W czasie kryzysu bardzo trudno rządom oprzeć się pokusie uruchamiania drukarki.

Na koniec jeszcze takie małe spostrzeżenie w ramach - qatryk poszukuje spisku. Czy przypadkiem nie jest to i tak że system się wali bo miał się zawalić. Bo amero czyli nowa waluta ameryki już czeka i przebiera nóżkami co by po trupie dolara wejść na światowe salony?
Aktualnie jest pewne jedno - Ben katuje światowy system walutowy. I mogłoby to nawet cieszyć że papier okaże się papierem gdyby nie to że jak zwykle niewinni dostaną po dupie.
Gdy banki centralne zaczną swoją interwencje w ciągu kilku miesięcy poczujemy ostatni ciepły oddech. Prawda znana to nie od dziś że gdy coś umiera na chwile przed śmiercią jest pełne życia. To tak abyśmy dostając obuchem w łęb przypadkiem nie zdążyli sie zorientować.

No cóź na tym chyba skończę a dla tych co ciekawi tematu i tego jak się szary ludzik winnien bronić, na bierząco warto czytać u cynika.

12345 3 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Ryzyko pasji

W zasadzie to nawet nie wiem jak napisać to co zamierzam. Bo nie za bardzo chce się kłócić z faktami. A fakty jakie są to każdy sobie może przeczytać. Dość obiektywnie opisał to pomijając medialny zgiełk Polakwiększy.
Mnie przybija ogólny schemat reakcji na wszelkich forach i innych onetach gdzie chmara ciepłych kluch wylewa swą żółć. Że 200 na godzinę, że debil, że zabił kumpla itd.
Banda frajerów opętanych ideologią bezpieczeństwa. Wszyscy jeżdżą przepisowo, a pasje swoje realizują zapewne zasiadając codziennie wieczór na kiblu z brukowcem w dłoni krytykując i obwiniając przy tym cały świat za to jakie to życie ich jest chujowe.

Prawda jest taka że prawdopodobieństwo tego że ktoś spowoduje taki czy siaki wypadek jadąc 200 na godzinę a prawdopodobieństwo tego że wydarzy się to przy 50 na godzinę jest zapewne bardzo podobne (śmiem nawet twierdzić że stosunek wypadków przy prędkości 200 km/h do ogólnej liczby osób jeżdżących z taką prędkością do takiego samego stosunku przy prędkości 50 km/h jest zapewne znacznie mniejszy).
Różni ludzie, różne umiejętności, różne warunki. Kupa zmiennych. Zwyczajnie. To nie jest prosty wzór na życie.
Jednak to nie ten co jedzie 50 na godzinę jest bandytą, taki ma co najwyżej pecha jak straci kontrole.

Świat kurna gna jak nic ku zagładzie. Banda hipokrytów ulegająca propagandzie bezpieczeństwa staje się pożądaną przez masy normą.
Wychodząc na ulice, przechodząc przez pasy, jadąc autobusem, zasiadając w samochodzie podejmujemy ryzyko. To nie jest tak że świat jest idealny i nic nam się nie stanie jak będziemy odpowiedzialni. Proszę mnie dobrze zrozumieć - ryzyko nie stoi tylko po stronie kogoś kto gna 200 na godzinę. Zwyczajnie nasze życie jest nieustającą grą stojąc na przystanku podejmujemy ryzyko że wpadnie na nas rozpędzony samochód. Ale podejmujemy to ryzyko. Kwestia winy nie leży w prosty sposób tylko po stronie tego kto jest sprawcą. Życie to ryzyko i jakbyśmy chcieli być całkowicie bezpieczni to winniśmy sobie dawno temu zwyczajnie strzelić w łeb. To zapewnia wieczne bezpieczeństwo.

Ludzie mają dziwna tendencje do traktowania wielu niemoralnych, a przede wszystkim nieodpowiedzialnych czynów za przestępstwo. Nikomu nie przychodzi do głowy że problem zaczyna się jednak dopiero wtedy gdy na skutek tych czynów pojawiają się ofiary.
Zabił kumpla? Sorry bardzo, jeżeli wiesz że ktoś lubi sobie chodzić po dachu wieżowca i podskakiwać na jego gzymsie to nie przywiązujesz się do niego liną jeżeli nie jesteś żądny takich samych wrażeń co i on. Wsiadając z kimś do ferrari to nie ten ktoś podejmuje ryzyko tylko ja. Nie zapinając pasów to nie kierowca podejmuje ryzyko tylko ja sam. I to nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością kierowcy.

Jasne że nie chciałbym aby mnie ktoś przejechał na przejściu a potem jak mój ojciec umierać przez 3 miechy, ale to nie znaczy że uważam za racjonalne ocenianie 50 km/h na oki a 200 na nie oki. Bo albo ogólnie samo posiadanie samochodu traktujemy jak posiadanie broni i zakazujemy szaremu człowiekowi posiadania takowego jako zbyt niebezpieczne, albo stwierdzamy że wszelkie wypadki są pochodną nieskończenie wielu zmiennych których nie da się przewidzieć a prędkość jest co najwyżej jedną z takowych. Może bardziej znaczącą ale jedynie “jedną z”.

I na koniec - kurwa, ludzkość ma strasznie chorą i spierdolona moralność. Nie kumam jak można życzyć śmierci i ogólnie czegokolwiek złego komuś kto walczy o życie. Zwyczajnie wydaje mi się że najprędzej tacy ludzie zasługują na największą pogardę a nie ci którzy realizując swoje pasje, być może w sposób głupi i nieodpowiedzialny.

12345 4 głos(ów), średnia: 3.25
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Urodziny i ewolucja

12 lutego 1809 roku urodził się nijaki Karol Darwin. 12 lutego urodziłem się też i ja, ino 173 lata później.
Na początku chciałem tu sobie napisać coś o Karolu, ale zapewne w sieci pojawią się różne mądrości na jego temat. Nawet zapewne nie na jego a na temat tego co stworzył. I oki. Zaiste będą pewnie to arcyciekawe dywagacje na temat wyższości jednych widzeń świata nad innym.
Ta zbieżność dat napawa mnie pewną dumą. Z drugiej strony, o czym już niejednokrotnie wspomniałem, zawsze w takich chwilach przypomina mi się Raskolnikow. I tak czasem sobie myślę że chyba za bardzo mi ten Rodia po łbie lata. Że odebrał mi kupę pewności siebie.
Może to dlatego że jak przypomnę sobie co on tam sobie myślał to w jakiś sposób ogarnia mnie przerażenie. Że to w zasadzie pod względem może nie tyle okoliczności, scenariuszy jego wizji i rozważań, co pod względem emocji moje myśli.
Ale zostawmy i to.
12 lutego urodził się także nijaki Kazimierz Przerwa Tetmajer. Jakbym miał rysować w tej swojej nieskończonej głupocie swój portret psychologiczny od początku do końca to oprócz Raskolnikowa dodałbym jeszcze Tetmajera (oczywiście błysk geniuszu na miarę Darwina również bym dodał ale to zrobię otwarcie gdy zrobię coś genialnego bądź jeszcze później:D).
Co tu się więcej rozpisywać. Zwyczajnie chcę więcej i więcej. Zwyczajnie także gdybym stracił szanse na to aby mieć więcej i więcej niczego bym zapewne nie żałował. To może mnie różni co nieco od tego mojego mrocznego bohatera. Bo nim mimo wszystko rządziły inne sprzeczności.
Przez 26 lat życia dużo się dowiedziałem o sobie. Między innymi tego że nic o sobie nie wiem. Że szczęście potrafię odnaleźć w niedoli, a w szczęśliwości dostrzec beznadzieję. Że chciałbym mieć ale gdybym został bez niczego byłbym równie zadowolony. Że kocham ludzi a żyć wcale z nimi nie chcę i chyba nie umiem. Że najbardziej mnie wkurwia zwyczajność i szarość. Stopniowo doprowadza mnie do furii. I że jeszcze dużo w moim myśleniu może się zmienić.
A Tetmajera uwielbiam za ten wiersz (co nie oznacza że tylko za to) i jego ostatni akapit:

Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie
i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.

Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,
gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.

I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania
przyznać, że czuje rozkosz, że moc pożądania
zwalcza ją, a sycenie żądzy oszalenia,
gdy szuka ust, a lęka się słów i spojrzenia.

Lubię to - i tę chwilę lubię, gdy koło mnie
wyczerpana, zmęczona leży nieprzytomnie,
a myśl moja już od niej wybiega skrzydlata
w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata.

No a na koniec żeby prysł czar qatrykowej schizofrenii: wszystkie kobiety pragnące zrobić mi przyjemność w dniu moich urodzin proszone są o przesłanie swoich aktów. :D

12345 3 głos(ów), średnia: 4.33
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Wpis jak stary wiersz

Dziś przypomniałem sobie przez przypadek że kiedyś pisywałem. Pisywałem, przynajmniej w moim mniemaniu, wiersze. W moim mniemaniu bo chyba szczytem poezji to to nie było. Gdzieś ostatnio przeczytałem jak to zdaje się Gałczyński pisał. Jak Gałczyński pisał to to było budowanie domu. Wiersz, niby ktoś mógłby powiedzieć, jak wiersz. Trochę słów, kupa talentu i mamy w kilkudziesięciu słowach zawarte tomiszcze filozoficznych wywodów. Albo jakieś błahostki. Jak Gałczyński pisał to stawiał rusztowanie. Potem szukał. Skreślał. Dopisywał.
Tak jakby malował. Tworzył, nadawał kształt, rzeźbił bo piękno powstaje w trudzie. Żeby człowiek stworzył coś pięknego musi się zmęczyć. Nie wystarczy widzieć oczami wyobraźni tego piękna.
Piękno powstaje z wysiłku. Z nieprzespanych nocy. Z bólu, z miłości, z zachwytu, z rozpaczy, z żalu, z empatii, ze strachu, z szczęśliwości. Z takiego koktajlu depresyjno euforycznego. Piękno nie uznaje kompromisów. Piękno jest doskonałe. Musi być doskonałe inaczej nie jest pięknem. Ale to połowa drogi. Połowa w której zawsze byłem tak mi się zdaje, dobry. Zwyczajnie nie zwykłem swego czasu tłamsić tych skrajności. Mam nadzieję że nadal nie umiem. Tak mi się zdaje, że gdzieś tam tli się ten narkotyczny stan który rzeczywistość jedynie próbuje zdominować. I wydaje się jej że jest górą.
Ale to tak trochę ja w tym przysłowiu że dobrymi chęciami piekło brukowali. Żeby napisać jak Gałczyński nie wystarczy zamykając oczy widzieć. Trzeba jeszcze wiedzieć jak to pokazać innym. I żeby to pokazać w całej okazałości trzeba najpierw stworzyć jakieś ramy a potem mozolnie wypełniać je słowami. Tak jak witraż - dobierać odpowiednie szkiełka. Gdy w jakimś miejscu nie pasują wyjąć i zastąpić je innymi.
Ja nigdy tego nie potrafiłem.
Zawsze słowa musiały cieknąć. Inaczej nie dawałem rady. I chyba nigdy nie dam. Może to też kwestia tego że nie potrafię zatrzymywać obrazów. Nie potrafię skupić się na uczuciu, stanąć obok niego, potem wrócić i powtórzyć to kilkukrotnie.
Te już trochę pożółkłe kartki wyglądają jakby były przepisywane. One tak zwykły jednak powstawać. Prosto z tych niewypowiedzianych, nieokrzesanych emocji na papier. I kiedyś napawało mnie to dumą. Dziś jednak jakoś tak bardzo sceptycznie na to patrze. Bo taka metoda jest dobra jak chce się mieć zapis ekg swoich myśli.
Żeby napisać jak Gałczyński jednak i to też nie starczy. Bo nikt nie napisze jak Gałczyński, jak Tetmajer, jak Herbert. Tu trzeba magii. Własnej magi. Własnej niepowtarzalnej magii. Własnych emocji. Własnego piękna. I tym pięknem, tą magią zaczarować innych. Gdy nie ma magii - nie ma i piękna. Gdy nie ma magii… rzeczywistość nigdy nie będzie z boku. Nigdy nie przytłoczy, nie zgniecie ani nie uniesie, nie nada lekkości. Rzeczywistość nie będzie natchnieniem. Najzwyczajniej w świecie będziemy częścią tej rzeczywistości nawet jej nie widząc. Bez marzeń bo w rzeczywistości nie ma na nie miejsca. Z emocjami których nie łapie się między opuszki i bawi jak kroplami miodu. Bo rzeczywistość emocje wchłania. Nie pozwala im istnieć a tylko zaistnieć.
Gdy nie ma magii… to czasem trochę jakby brakło nadziej.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Niedokończona opowieść

Nastrój taki że nie będzie ani politycznie ani ideologicznie. Tak sobie siedzę w te święta i o różnych rzeczach myślę. I kilka razy coś tam chciałem napisać ale wena mi odeszła. Kłęby myśli i takie jakieś kompletnie niewerbalizowalne.
Dlatego też będzie trochę nieskładnie.

Wiecie co - pogubiłem się. Pogubiłem się cholernie dawno. Pogubiłem się w tych swych myślach. Kompletnie nie rozumiem tego świata. Kompletnie nie rozumiem ludzi. Co jest tym dziwniejsze iż często tak się zdarza że doskonale wiem co ktoś czuje i myśli. Zwyczajnie jednak tych emocji i postrzegania świata nie potrafię zrozumieć. Może nawet nie tyle zrozumieć, co wyobrazić sobie aby moje własne gnały w taki sposób.
Najgorsze jest to że w tym zagubieniu, w każdej myśli czuję jakbym krążył nocą po lesie a od drogi do domu oddzielało mnie kilka kroków. I za nic nie mogę jej odnaleźć. Czuję ją a mimo to jest taka nieosiągalna. W tych pędzących myślach czuję się trochę jak wariat którego naszprycowano prochami. Otumaniony rzeczywistością.
Kiedyś napisałem takie coś:

Coś co nosze w sercu
Niedokończone
Wszystko co rozpoczynam
Niedokończone
Niedokończony świat mych złudzeń i istnień
Niedokończone słowa moje
Spadają na wszystko by w tej samej chwili
Zapomnieć
Niedokończone uczucie rozbudzone w naszych sercach
Nie chcący, niedokończone
Bo gdy giną moje myśli
Bo gdy mówię i słucham
Niedokończone

I być może zdarzyło mi się napisać coś lepszego z czego byłem bardziej zadowolony. Ale to chyba najlepiej odzwierciedla całe moje życie. Ciągle szukam. Ciągle zdaje mi się żem niczym Raskolnikow na skraju geniuszu. Potem uśmiecham się do siebie gdy szybko przychodzi myśl jak bardzo się przeliczył. I tak śmiejąc się do siebie, śmieję się z siebie.
Jestem jak dziecko z adhd - wszystko mnie interesuje, poznaję by jeszcze szybciej przenieść swe zainteresowania na coś innego. I w tym zagubieniu, w tym nieskończonym poznawaniu świata zatracam się coraz bardziej dochodząc do punktu w którym zaczynam od zera.
Zaczynam od zera bo nie potrafię iść dalej. Pragnę więcej a jednocześnie boję się stawiać kolejne kroki, choć wiem że nie ma się czego bać. Boję się że gdy spełnię marzenia już więcej ich nie będę miał choć jednocześnie zdaje sobie sprawę że za każdym spełnionym marzeniem przychodzi setka następnych.
I tu okazuje się że w tej nocy, w tym lesie ja najzwyczajniej stoję. Robie co prawda pozorowane ruchy ale to zwykłe oszustwo.

Jednego jestem pewien - jestem w tym lesie. Sam do niego wszedłem. Mało kto na to się odważa i to mnie jakąś tam dumą napawa. Oczywiście wejść do lasu i z niego nie wyjść to nie odwaga a zwyczajna głupota. Ale Bilbo też nie wiedział czy wróci. Żeby rozpocząć podróż trzeba najpierw postawić pierwszy krok za próg ciepłego domu. Potem następny.

W tym lesie, otoczony ciemnością, sparaliżowany strachem marzę o byciu Dawidem. Dawidem który staje do walki z Goliatem nie po to by wygrać a po to by spróbować. By walczyć nie z światem a ze swymi słabościami. Marzę by być jak ten stary Santiago. Bo nie o to chodzi by wygrywać ze światem a o to aby zwyciężać siebie. I czekam. Czekam aż będę w stanie postawić pierwszy od dawna pewny, zdecydowany krok.

Od dawna nie miałem takiego poczucia że ta chwila nadchodzi.
Dziwne to wszystko bo już nie jedną noc w życiu w tym samym lesie najzwyczajniej biegałem. A teraz stoję i czekam.

I coraz bardziej uwiera to czekanie…

12345 3 głos(ów), średnia: 4.33
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Odpowiedzialność, moralność, lenistwo

Wczoraj drugi po Sierakowskim naczelny komunista RP Łukasz Foltyn dał wyraz jak bardzo jest oderwany od rzeczywistości.
Otóż stwierdził on że niemoralnym jest dawanie ludziom wyboru na co ma pójść ich 1% podatków. Bo klasyfikujemy komu dać. Klasyfikujemy ludzkie nieszczęścia. Oczywiście jak wiadomo najlepszą metodą pomagania potrzebującym jest państwo. Państwo podzieli równo i sprawiedliwie. To że państwo zabierze wszystkim (oczywiście nie po równo ale za to sprawiedliwie - tym co maja więcej więcej) żeby potem klasyfikować już niemoralne nie jest. Nie chce wchodzić tu w szczegóły bo do dzisiaj gdy sobie przypomnę jak przeczytałem te brednie to mam ochotę… no nieważne na co mam ochotę.
Chciałbym się skupić na genezie jaka wyłania mi się z wszelkich takich lewicowych pomysłów. To są takie trzy magiczne słowa: moralność, odpowiedzialność i lenistwo. Mówiąc wprost mi się wydaje że z każdym socjalistą jest tak że chce pozbyć się odpowiedzialności. Biorąc pod uwagę lewicowe hasła które ci ludzie głoszą, o tym że biedni, że potrzebujący i ich trzeba brać w opiekę wydaje mi się że lewica po prostu nie potrafi odpowiedzialnie nieść moralnego bagażu tych haseł. Wychodzi na to że ich to przerasta i muszą za wszelką cenę tę odpowiedzialność przerzucać na wszystkich ludzi.
Przecież nie od dziś wiadomo że lewica jest najbardziej moralnym z systemów, przez co może rościć sobie prawo aby przymuszać do moralności innych. Co więcej wiadomo również że lewica jest odpowiedzialna jak nikt inny, co w prosty sposób prowadzi nas do tego że reszta ludzi nie jest tak odpowiedzialna jak oni a biorąc pod uwagę poprzednie, czyli ich nad wyraz ogromną moralność również i do odpowiedzialności trzeba zmusić resztę.
Ja mam skrupuły aby zapytać wprost czy Łukasz Foltyn kiedykolwiek komukolwiek pomógł. Z jego wpisów wyłania mi się jedynie obraz że śmiem wątpić. Zdaje się kiedyś napisał on że przecież do tego jest państwo. Przypomina mi się od razu Urban który przynajmniej szczerze powiedział że nie pomaga bo jakby pomógł raz zaraz miałby na karku kolejnych biedaków i musiałby pomagać znów. Foltyn próbuje to ubrać w piękne słówka i jedynie gdzieś tam resztki człowieczej moralności nakazują mu twierdzić że wydajniejsze jest gdy odpowiedzialność za pomoc przekażę państwu. Będzie rozgrzeszony. Dał zapomogę w podatku dobroczynność nie musi go obchodzić. Głód moralny zaspokojony. Można się zając sobą.

Ciekawym jest to że lewica często wypomina kapitalizmowi że uważa że działania ludzkie oparte są na egoizmie. Ale czyż nie większym egoizmem jest przerzucanie odpowiedzialności za to co dzieje się wokół nas, na jakiegoś absurdalnego lewiatana? Czyż nie jest to właśnie kwintesencją egoizmu gdy przedkładamy wygodę życia, oddalamy problemy innych ludzi od najbliższych poczynając, poprzez sąsiadów a na (jaby to pompatycznie nie brzmiało) afrykańskich dzieciach kończąc? Czyż nie jest egoizmem wołanie na puszczy: ludzie pomagajcie innym i usprawiedliwianie tym samym swojej moralności, zamiast podejmowanie działania?

Czyż lewica nie cierpi na zwyczajne lenistwo w sferze ducha i serca? Lenistwo które w połączeniu z doktryną uwiera i wymaga usprawiedliwienia. Wymaga zapewnienia sobie spokoju. Spokoju leniuchowania w sferach zauważania nieszczęść innych ludzi poprzez przerzucenie pod przymusem odpowiedzialności i wyciszenie w ten sposób własnej moralności.
Czyż nie jest tak że lewicy nie podoba się bieda nie dlatego że ludzie cierpią tylko dlatego że te ludzkie cierpienia zakłócają jej spokój i uciechę z życia?

12345 5 głos(ów), średnia: 4.6
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Przegrywajcie

Właśnie wpadłem przez przypadek na blog Krytyki Politycznej, i się przeraziłem. Nie, nie tekstem bo ja tamtejszych tekstów kompletnie nie kumam. Wolę Foltyna:)

Przeraził mnie tytuł tego bloga: “Zanim Zwyciężymy”. Zawsze przeraża mnie retoryka wojny. Zanim zwyciężymy jest właśnie taką retoryką - zmiażdżymy wroga, śmierć przeciwnikom, do ostatniej kropli krwi i takie tam.

Chciałem tylko zwrócić uwagę że historia jedyne czego uczy to tego że zwycięzcy prędzej czy później ponoszą porażkę. Od kurna Troi po ostatnie wybory zwycięzcy okazywali się zwyciężonymi.

Porażki albo kompletnie niszczą albo uczą pokory. Niszczą tych którzy nie rozumieją że gdy zwyciężali nie przynosiła im tego idea i jej słuszność, nie przynosiła im tego ciężka praca ale porażka poprzedników, wrogów. Tych którzy też kiedyś zwyciężali. Niszczy ich gdy nie potrafią dostrzec własnych błędów, nie potrafią pogodzić się że to w co wierzą zawodzi.

Socjalizm odradza się dziś na całym świecie po tym gdy nabrał pokory, gdy zrozumiał że ekonomii nie da rady pokonać, gdy doszedł do wniosku że argumenty o powszechnym dobrobycie upadł i już nie powstanie. Dziś socjaliści odwołują się do argumentacji serca - nawet za cenę mniejszego bogactwa kraju, regionu, świata każdy człowiek powinien żyć na ludzkim poziomie (cokolwiek to znaczy).

Prawica błąd popełniła gdy klasyczny liberalizm, a także po trosze konserwatyzm przekształciły się w neoliberalizm, który ponad człowieka postawił kapitał, a tak de facto rozwój lewiatana. Albo raczej hybrydy którą można by nazwać lewiatanem korporacyjnym. Czyli tak naprawdę gdy socjalizm ubrała w klasyczną retorykę, i troszkę bardziej go pokomplikowała tak aby lud się nie zorientował że dzieje się to samo co za słusznie minionych lat.

Po trosze dziś można zaobserwować że choć socjalizm wciąż się umacnia to już nie ma takiego impetu jakim charakteryzował się jeszcze kilka lat temu. I choć ta złowroga wróżba zwycięstwa socjalizmu prawdopodobnie niestety się spełni natomiast prawicowe zacietrzewienie, ignorowanie człowieka i narzucanie mu moralności brnie nieuchronnie ku upadkowi, wiara w kolektyw, wiara w społeczeństwo, wiara w naród, a przede wszystkim wiara w to że ktoś jest zdolny zadbać o zbiorowość odchodzi do lamusa.

Dziś mało kto pokłada nadzieje w rządach, królach, dyktatorach. Większość ludzi uświadamia sobie tę prawdę starą jak świat - że jedyne na co można liczyć to na samego siebie. Ludzie jako jednostki przegrywali od zarania dziejów. Dzięki temu nauczyli się pokory, dystansu którego ideom braknie i będzie zawsze brakowało.

Idea gdy upada nie zauważa swych błędów. Idee swe przegrane tłumaczą populizmem konkurencji. I tak w koło. Co najwyżej dostosowują się do otoczenia ale nie rewidują w żaden sposób tych swoich cech które prowadziły i będą zawsze prowadzić je do porażki.

Zatem niech idee zwyciężają - to prowadzi je do nieuchronnego upadku.

A każdy z nas niech przegrywa - jedni polegną, upadną, inni wyjdą silniejsi, pewniejsi siebie. Co więcej przegrywanie uczy pokory. Uczy mądrości. Pokazuje że nie warto grać, bo ta gra jest jednym wielkim oszustwem - zawsze prowadzi do przegranej.
Ideologie tego nie pojmą - będą żądały krwi, zwycięstwa, ofiar. Ideologie są narzędziem oszustów. Mentalnych impotentów którzy przegrali w życiu to co najważniejsze, zatracili poczucie rzeczywistości, stracili zachwyt nad pięknem świata i pragną zawładnąć umysłami. Pragną w żałosny sposób władzą rekompensować sobie swe nieudacznictwo i życiowy niefart. Władzy się nie ufa. Władza chce korzyści tylko dla siebie - frazesy którymi zalewa nas od zarania dziejów służą jedynie temu abyśmy powierzali im swój los, abyśmy dawali im siłę do tego aby mogli nas w dowolnym momencie niszczyć.
Dlatego niech ideolodzy toczą wojny miedzy sobą - niech zwyciężają i niech przegrywają. My za każdym razem przegrywamy. Ale przyjdzie dzień gdy już nie będziemy musieli grać. Bo gry ideologii pozostaną zabawą dla nielicznej garstki mentalnych nieudaczników i nikt na nie nie zwróci uwagi. Umrą jak zapomniani bogowie.

Kupa w tym co pisze sprzeczności, kupa pustej wiary, kupa niespójnych myśli - wiem. Ale na tym chyba skończę…

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarz

Mulholand Drajw

Życie jest proste. Wstajesz, ubierasz się, wychodzisz z domu, idziesz gdzieś na kilka godzin, wracasz. A pod tym płaszczem rzeczywistości świat jakoś tak inaczej wygląda. I czasem tak mi się zdaje że to jakiś dziwny sen mnie otacza. Ten wstań, ubierz się, wyjdź. A świat który jest najprawdziwszym jakoś tak biegnie obok nie próbując nawet zabrać głosu. Rzeczywistość która nie ma za bardzo ochoty domagać się o swoje prawa do bycia prawdziwą. Bo po co prawdzie moja świadomość jej istnienia. Po co realności moja świadomość istnienia realności. Co ciekawsze w zasadzie piękno realności chyba onieśmiela. Albo wywołuje lęk. I dzięki temu może ona sobie spokojnie podążać ku swemu jedynie wiadomemu celowi.
Najgorsze gdy tą rzeczywistość się ignoruje. Gdy śnimy, lunatykujemy całe życie. Wtedy ten obcy na pozór świat staje się pełnym demonów, które spychamy do niego z naszych snów. I te demony ożywają. I żyją gdzieś tam w zakamarku by nabierać siły. By umacniać swe siły. Ale w rzeczywistości demony nie istnieją. Więc co robi taka nierealna siła gdy orientuje się że nie ma prawa istniec w miejscu w którym się znajduje. Wraca do snu. I wtedy nie ma ucieczki.
Kładę się spać, ale śnię za dnia. Świat jest piękniejszy gdy co dzień pozwala się marzeniom zabierać głos. Nie koniecznie zabierać je rzeczywistości. Bo przecież prawdziwe życie jest właśnie tam, i tam ich miejsce. Nie ignorując ich, nie spychając na dalszy plan, nie przykrywając ich płaszczem codzienności snu dajemy im szansę niszczenia każdego demona słabości, który stara się wkraść do naszego snu.

Rzecz w tym tak naprawdę że chyba najbardziej warto być fair przed samym sobą. A gdy okazuje się że nie jest tak do końca nie wrzucać problemu jak dziecko kanapki za kanapę. A świat wkoło. Ludzie wkoło. To przecież zwykły sen który bardzo łatwo zmanipulować.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarz

Bad gajs, good gajs

Jest tak, że jest coś, co jest złe i coś, co jest dobre. Przy okazji jest też tak, że te pojęcia zapewne są bardzo subiektywne. Istnieją przy tym odcienie szarości albo raczej różne kolory świata - taką już rzeczywistość ma skłonność, że jednak za cholerę nie daje się ograniczyć do dwóch barw.
W każdym razie jest też tak, że jeżeli zaczynamy o czymś gadać to nie możemy zagłębiać się w te kolory. Niestety - wieki zajęłoby rozpatrywanie każdego przypadku a gdybyśmy już to zrobili to i tak zapewne wydarzyłoby się coś, czego nie przewidzieliśmy i nie opisaliśmy. Dlatego ważne jest, aby oceniać rzeczy fundamentalne jednoznacznie. Nie rozumiem ludzi kierujących się jakimiś dziwnymi dualizmami moralnymi - w jednym przypadku jakiś czyn jest dobry w drugim zły. Co ciekawsze zauważam, że z takimi ludźmi nie da rady gadać. Oni się gdzieś chyba pogubili, coś im się we łbach poprzestawiało i każde zjawisko są w stanie ocenić zupełnie inaczej nawet, gdy u każdego z tych zjawisk stoją te same podstawy.
Najprościej będzie przedstawić przykład: kara śmierci, aborcja, samobójstwo, eutanazja. Co te wszystkie “pojęcia” łączy? Ano uśmiercenie jednej jednostki przez inne jednostki. Tyle. I rzecz jest prosta. Jeżeli uważamy, że zabicie kogoś jest oki, albo inaczej - akceptujemy wpływ na życie i śmierć danej osoby tylko poprzez oddziaływania tejże osoby oraz (sic!) państwa nie ma żadnych podstaw, aby przeciwstawiać się któremukolwiek z tych czynów. Nie można powiedzieć, że pozbawienie życia jest w jednym przypadku dobre a w innym złe.
Dla mnie jest to po prostu zło. I już. Dalej mogę zacząć rozpatrywać czy jestem w stanie w jakiś wyjątkowych sytuacjach to zło zaakceptować - ale to w żaden sposób nie zmienia mojej oceny. Ludzie natomiast mają jakąś dziwną skłonność do tłumaczenia przed samym sobą akceptacji zła poprzez zamienianie jego oceny moralnej.
Co ciekawsze panuje też jakiś dziwny pogląd, że zło, które wyrządza jednostka jednostce wbrew jej woli jest oczywistym przestępstwem natomiast, gdy jednostkę dokonującą agresji zastąpi się państwową machiną wszystko nagle staje w zupełnie innym świetle. Co jeszcze bardziej ciekawe wiele osób jest święcie przekonana, że to co czyni państwo jest dobrem.
Jeżeli ktoś wyjąłby nam z portfela pieniądze od razu jednoznacznie powiedzielibyśmy, że jest on złodziejem i należy go ścigać, natomiast, gdy to samo robi państwo okazuje się, że państwo dokonuje tego jedynie w celu pomocy słabszym. To, że nasz złodziej, który wyjął nam pieniądze z portfela ma chorą babcie, głodujące dzieci nie jest istotne gdy dokonuje na nas swego czynu - wyjmując nam pieniądze z kieszeni jest po prostu złodziejem a jego czyn jednoznacznie oceniamy jako zły. Gdy to samo robi państwo nasza ocena potrafi być diametralnie różną.
Nie chce tu wchodzić w kwestie tego, że państwo nie powinno się w ogóle wtrącać, bo tym popełniam dla niektórych, co najmniej świętokradztwo, przez co pozbawiam się okazji do polemiki z takimi osobami, czego nie chcę.
Zatem o co chodzi? Jeżeli jesteśmy czegoś zwolennikami określmy najpierw, co jest tego podstawą. Czy z indywidualnego punktu widzenia oceniamy coś, jako dobro czy jako zło, jako coś porządnego, spełniającego kryterium nie wyrządzania krzywdy i przynoszenia korzyści z każdej perspektywy, czy też, jako rzecz zupełnie odwrotną.

Jeżeli dojdziemy do wniosku, że jakiś czyn usprawiedliwiony w jednych okolicznościach byłby czymś złym w innych warunkach, a szczególnie tych najbardziej fundamentalnych, jakimi są stosunki pomiędzy jednostkami to nie starajmy się dowodzić tego że coś złego jest czymś dobrym. Takie postępowanie będzie zawsze powodowało konflikt. Jeżeli jesteśmy zwolennikami jakiegoś rozwiązana, które uważamy za przynoszące więcej korzyści niż strat w danej chwili choć jednoznacznie moralnie możemy ocenić to jako coś złego, nie unikajmy tej oceny.

Inna sprawa, że ludzie nie za bardzo chyba potrafiliby tak rozumować. W wielu przypadkach ilość wyjątków, jakie każdy z nas robi w klasyfikowaniu zdarzeń niechybnie musiałoby nas doprowadzić do jednego wniosku…

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

10 Komentarzy