Archiwum dla kategorii: wolnościowizm

Czego się dowiedziałem

Zasadniczo tego że wszystkim zwisa i powiewa :D Grunt to dobre fun night.
O czym mowa? - ano o konferencji libertarian. A czym przejawia się zwisanie i powiewanie? W najprostszy sposób tym że pierwsze podsumowanie konferencji umieścił… JKM. Jak wiadomo główny przedstawiciel polskiego libertarianizmu. No i oczywiście jak na głównego przedstawiciela polskiego libertarianizmu przystało napisał same pierdoły. Zdaje się że drugi dzień kiedy niestety się nie pojawiłem był w zupełnie innym tonie niż ten pierwszy, choć zdaje się również, że pierwszego dnia według relacji głównego przedstawiciela polskiej myśli libertariańskiej też chyba nie byłem.
Nie będę wchodził w szczegóły bo mimo wszystko mam nadzieję że na temat zawartości merytorycznej ktoś jednak będzie miał dużo więcej do powiedzenia i jakieś sprawozdanie się gdzieś ukaże. Ogólnie mogę powiedzieć że troszkę jestem rozczarowany - bo po pierwsze było nudno, a po drugie było nudno. Nudno było dlatego że to co było w ciekawej formie było czymś o czym doskonale wiedziałem i opierało się na kompletnych podstawach, a nudno było dlatego że to co mogło być ciekawe było czytane a do odczytów mam stosunek dość ambiwalentny m.in. z tego powodu że na studiach mnie katowano tym że odczytem to można co najwyżej dzieci usypiać a czytać to mnie nauczyła babcia więc od pewnego czasu już nikt mi na głos tak dobrze robić nie musi. Oczywiście znając mój fart trafiłem na to co było takie jakie było - w sobotę się spóźniłem a w niedziele w ogóle się nie pojawiłem. No więc mam dość kiepski obraz całości.
Z tego wycinka pojawiła mi się jednak pewna konkluzja - tak de facto to nikt nie wiem co to jest libertarianizm. Każdy wyciąga sobie zupełnie inne wnioski - rozumiem że ferment intelektualny jest w każdym środowisku i nie koniecznie trzeba się we wszystkim zgadzać ale jak słyszę że copyright to jest coś o co “I care” albo że w sumie nie głupie jest współpracowanie z państwem no to kurna to nie jest zwykły dysonans środowiskowy. Oczywiście nie jest tak źle. To są jedynie uwagi co do kwestii oficjalnych - i zasadniczo te zarzuty odnoszą się do dwóch odczytów a że ja się lubię czepiać, to już nic nie poradzę.
Z innej strony bardzo przyjemnie było podczas wieczornej imprezki która o trwogo odbyła się w knajpie Bubla. Cóż za chichot losu. Poznałem polski hard core libertarianizmu kończąc wieczór w gronie anarchosatanistów gdzie podczas rytualnej czarnej mszy zjedliśmy dwa koty i jedną mysz oblewając to wszystko krwią tryskającą z otwartej aorty kozła ofiarnego :D
Na imprezie udało się nam wygrać konkurs. I było tak że każdy w naszej drużynie samodzielnie w pełni rozkminił wszystkie pytania natomiast Włodek od nas ściągał.
Z innych uwag to libertarianki nie całują obcych, jak i zresztą libertarianie :D

Fajnie było poznać tych parę osób z którymi się od dłuższego czasu intelektualnie onanizuje w sieci. Miło było też spotkać tych parę osób które kompletnie są z innego świata niż mój a mimo to coś nas łączyło i przyjemnie było zamienić kilka słów. Oby więcej takich imprez nie koniecznie okraszonych ziewowymi odczytami.

12345 2 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Socjalizm w służbie korporacji

Lewica uważa że regulując rynek, wprowadzając ograniczenia w ekspansji kapitału, wyznaczając procedury jakimi mają rządzić się procesy gospodarcze sprawi że tam gdzie kapitał został skumulowany w jednych rękach ograniczy się w ten sposób jego dalszą ekspansje i monopolizacje rynku, bo jak wiadomo im korporacja silniejsza, im ma więcej swobody, im łatwiej jej działać bez kontroli tym bardzie wyzyskuje ludzi – zarówno swych pracowników jak i swych klientów.
I trudno się nie zgodzić z tezą że monopol kapitału w danym obszarze gospodarczym czy społecznym jest zazwyczaj przyczynkiem do pomijania człowieka, do jego zniewalania i traktowania instrumentalnego. Co więcej monopol czy mówiąc szerzej kapitał jest nastawiony przede wszystkim na zysk a co za tym idzie człowiek jest w takiej machinie spychany na dalszy plan.
Zastanówmy się jednak co tak naprawdę tworzy monopole? Czy nie jest tak że problem zaczyna się nie w tym że każdy przedsiębiorca nastawia się na zysk a w tym że w jakiś magiczny sposób staje się tak że kapitał ma skłonność do kumulowania się w jednych rękach?
Zdaje się że w tym socjaliści upatrują główna ułomność wolnego rynku – w absolutnie wolnej przestrzeni gospodarczej kapitał zawsze będzie gromadzony w jednych rękach niczym namagnesowane opiłki żelaza w wodzie.
Jest to prawda od pewnego momentu – od tego gdy wolny rynek przestaje być wolnym rynkiem i wprowadzamy na nim pierwszą regulacje. Socjalizm dzielnie walczy niczym Fedorowicz w bodajże „Nie ma róży bez ognia” z zepsutym kranem. Wyczynia kolejne akrobacje byle tylko woda nie lała się po podłodze, podczas gdy wystarczy zwyczajnie zostawić strumień swobodnie by bez przeszkód trafiał do wanny.

Współcześnie człowiek przyzwyczajony do stereotypowego sposobu widzenia świata pewne rzeczy widzi jako naturalne – współcześni socjaliści zachowują się poniekąd racjonalnie – wchodzą do łazienki – widzą cieknie woda a system rurek, misek i szmat pozostawiony przez poprzednika nie do końca działa więc szukają kolejnej miski, szmaty aby powstrzymać wyciek. Przez chwile nawet nie przyjdzie im do głowy aby cała misterną konstrukcje rozmontować.

Herbatka Bostońska
Nie będę opisywał całego przebiegu zdarzeń – ograniczę się do napisania że wydarzenia nazwane bostońską herbatką maja dwie strony. Z jednej amerykańscy importerzy którzy wkurzeni że jakaś kompania sprzedaje w ich kraju herbatę bez płacenia ceł, z drugiej to co socjaliści uważają dziś za rzecz oczywistą – protekcjonizm. Bo czymże było zezwolenie jednej kompanii silnie związanej z Brytanią na eksportowanie herbaty do ameryki bez płacenia cła?
A cóż robią dziś państwa „1-szego” świata?
Czy nie jest tak że wewnętrzny rynek chronią poprzez ustalanie między sobą minimalnych ceł natomiast znacznie zwiększając je dla krajów nie należących do dajmy na to takiej WTO? Co więcej czy nie jest tak że pod hasłami pomocy humanitarnej dosłownie sprzedaje się w krajach trzeciego świata za dwukrotna cenę produkty które na rynku wewnętrznym są nikomu nie przydatne? Czy nie jest tak że blokuje się na wszelkie sposoby tanie produkty z krajów trzeciego świata pod pozorem ochrony własnego rynku? Czy nie jest tak że w ten sposób zakazuje się tym krajom kumulowania kapitału i bogacenia się? Co więcej czy nie jest tez tak że gdy tylko kraj trzeciego świata stara sie przełamać te zakazy bogacenia się, natychmiast posyła sie tam armie w celu “krzewienia demokracji”?
Czy nie jest też tak że karze sie w ten sposób konsumentów na rynku wewnetrzym którzy nie moga kupic tańszego produktu z biednego kraju a sa zmuszani do kupna drogiego wytworzonego na rynku wewnętrznym?
Czy nie jest tak że to jest jedynie osłona dla tych właśnie którzy kapitał posiadają – mogą oni bez narażania się na konkurencje z krajów ościennych dyktować na tym wewnętrznym rynku wygórowane ceny?

WalMart i płaca minimalna
„Projekt podwyżki [płacy minimalnej] poparł nawet największy pracodawca w USA - prezes sieci domów towarowych Wal-Mart, który stwierdził, że pracownika zarabiającego na poziomie stawki minimalnej nie stać na robienie zakupów w Wal-Marcie.”
I w ten ot sposób można wykorzystać socjalizm aby zbić fortunę i ograniczyć konkurencję. Bo czymże jest troska prezesa Wal-Martu? Czy ktoś jest na tyle naiwny aby wierzyć że prezesowi zależy na tym aby jego klientów i pracowników stać było na zakupy w WalMarcie?
Przeprowadzając eksperyment myślowy łatwo zauważyć że podnosząc płacę minimalną w rachunku dla korporacji mamy zysk – z tego prozaicznego powodu że klienci konkurencji muszą zacząć kupować w sieci korporacyjnej z tej prostej przyczyny że mały przedsiębiorca musi z swych ograniczonych zysków opłacać pracowników co w pewnym momencie przestaje mu się opłacać i zmusza go do zwinięcia interesu. Nie jest tak że klientów nie stać na zakupy w WalMartcie – oni zwyczajnie do chwili kiedy prezes WalMartu się o nich nie zatroszczył kupowali u konkurencji. Po podniesieniu płacy minimalnej de facto kapitał faktycznie został przyciągnięty w jedno miejsce – zwyczajne prawa ekonomii - ten który produkuje taniej ten więcej sprzeda.
Na wolnym rynku sprawa jest dynamiczna raz jeden ogranicza konsumpcje i zwiększa inwestycje aby przegonić innych raz drugi. Konkurencja sprawia że ta dynamika musi prowadzić do utrzymywania się cen nieznacznie ponad granicą opłacalności firm danego sektora. Gdy ktoś zaczyna zdobywać przewagę inni natychmiast obniżają cenę i inwestują w rozwój wyrównując dystans. Kiedy wprowadza się ograniczenia od płacy minimalnej po kontrole i różne dziwne wymagania ta dynamika zostaje zachwiana – koszty w wielu wypadkach przerastają możliwości przedsiębiorcy i musi on rezygnować na rzecz tego który jest większy – co powoduje w dalszej konsekwencji jedynie dynamiczny rozrost jednego przedsiębiorstwa a ostatecznie zmonopolizowanie przez niego rynku. I tu nie maja nic do rzeczy ustawy antydumpingowe, antytrustowe czy antymonopolowe.
Ktoś powie jasne przedsiębiorca obniża koszty tnąc płace pracownikom – oczywiście tak jest. Tylko należy przy tym zwrócić uwagę że oni cały czas mają pracę. Co więcej oni cały czas są również konsumentami na rynku.
Rozumiem poniekąd argumentacje że krwiożerczy kapitalista jeździ mercedesem a pracownikom swoim wypłaca głodowe pensje więc w jakimś tam widzeniu sprawiedliwości można powiedzieć że to nie jest oki. Chce tu jednak zwrócić uwagę że przeważnie ci krwiożerczy kapitaliści którzy wypłacają głodowe pensje bardzo chętnie lobbują aby wprowadzać kolejne ograniczenia rynku a to powinno być dla socjalistów wielce podejrzane. No bo skoro oni walczą przeciwko kapitalizmowi a on, ten wstrętny kapitalizm, ich z całego serca popiera to chyba coś musi być nie tak, nieprawdaż? Oczywiście tego nie widać na pierwszy rzut oka. Bombardowani jesteśmy informacjami jak to korporacje są niezadowolone z tego czy tamtego lecz wystarczy przyjrzeć się procesom legislacyjnym nieco dokładniej, zobaczyć kto lobbuje za takim czy innym rozwiązaniem, kto podpisuje uchwały i jakich ma przyjaciół.

TVP, TVN, Polsat
Nikogo nie zdziwiło jak to kilka ładnych dni temu ramie w ramie prezesi największych stacji poszli do marszałka z petycją coby utrzymać abonament TVP? Abonament – zwieńczenie socjalistycznej myśli w sferze mediów a tu proszę 2 największych medialnych kapitalistów broni socjalistycznego rozwiązania?

Takich subtelnych gier gdzie na wzniosłości socjalistycznych haseł żeruje kapitał jest mnóstwo – aby je opisać należałoby zapewne stworzyć kilkudziestotomową książkę której i tak nikt by nie przeczytał.
Nikomu z wielkimi pieniędzmi nie zależy na konkurencji i wolnym rynku – z prozaicznej przyczyny – wtedy musieli by każdego dnia ciężko pracować nad tym aby utrzymać swoją pozycje. Jeżeli stworzy się odpowiednio wysoka barierę wejścia tworząc miliony regulacji, pochwalając interwencjonizm państwowy, wprowadzając zakazy i nakazy, tworząc instytucje kontrolujące na wszelkie sposoby – można na tym nawet stracić mnóstwo pieniędzy i tak się to w dalszej perspektywie opłaci i zwróci po wielokroć.

Co więcej do realizacji tych celów nie musza służyć tylko regulacje – odpowiednim sposobem jest wywołanie jakiegoś konfliktu, wzbudzenie zagrożenia wśród ludzi a najlepszym przeniesienie ich emocji na jakieś nic nie znaczące sprawy i poroblemy typu homoseksualizm, choroba alkoholowa prezydenta, joincik preniera, czy kolęda Cymańskiego. Wszystko to dzieje się na styku polityki i biznesu – i będzie się działo zawsze o ile nie przestaniemy wierzyć w świat który odpowiednio ułożony i uregulowany, odpowiednio ograniczający zapędy kapitału będzie krainą mlekiem i miodem płynącą.
Człowiek zawsze będzie chciał najlepiej dla siebie – ponieważ w korporacjach zasiadają ludzie którzy też chcą jak najlepiej i najbezpieczniej dla siebie, nigdy nie będzie tak aby nie wykorzystali tego chcenia zwykłych ludzi, wspomagając w taki czy inny sposób, również będących ludźmi chcącymi jak najlepiej dla siebie, polityków.
Wszystko jest kwestia ceny…. Nawet zniesienie cen. A gdy komuś na tym zależy najpewniej upatrzył w tym dobry interes, a naiwność umysłów opętanych socjalistycznym myśleniem tylko mu ułatwi osiągnięcie takiego celu.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarz

Odwieczne problemy ludzkości

A w zasadzie nie tyle ludzkości co każdego państwa.
Każdy sobie tworzy jakąś wizję rzeczywistości - a to że wszyscy winni się kochać, a że to należy nienawidzić kogoś, a to że jedno jest moralne a inne jest niemoralne, no i tak do usranej śmierci.
Wszystkie te wizje mają jeden wspólny mianownik - raj na ziemi. I w zasadzie wszystko jest w porządku kiedy ten raj na ziemi robimy dla siebie i stosujemy się do tych swoich mądrości nie starając się zmuszać do naszej wizji nikogo innego poza nami samymi. No ale nie żyjemy na bezludnej wyspie i absurdem byłoby twierdzenie że można żyć w świecie gdzie każdy by się do tego stosował.
I tu pojawia się teoretycznie niewielki problem - próbujemy wpływać na innych - zaczynamy wymagać od innych żeby żyli podług naszych zasad. Ale tylko teoretycznie, gdyż praktycznie na tym zasadniczo opiera się rozwój cywilizacji - konkurencja idei, światopoglądów, rozwiązań była i jest konsekwencją tego że staramy się przekazywać otoczeniu w którym żyjemy i jednocześnie dobieramy sobie takie otoczenie w którym możemy swobodnie przekazywać własne myśli i przynajmniej pozornie wpływać na to jakie decyzje podejmuje taka wspólnota.
Problem zaczyna się na kolejnym etapie gdy wspólnoty o odmiennych poglądach zaczynają się ze sobą stykać. I tu też prawdopodobnie przy równowadze sił na drodze swobodnej wymiany doświadczeń można by zapewne wykształcić jeszcze lepsze rozwiązania. Na tym zdaje się winien polegać konserwatyzm (bo to co dziś zwiemy konserwatyzmem to jakaś pieprzona stagnacja zdaje się) - na swobodnej ewolucji, dostosowywaniu się do otoczenia i wymogów jakie niesie ze sobą rozwój.
Ludzie w takich niewielkich wspólnotach, grupach interesów nie koniecznie zaraz musieli by się identyfikować za każdym razem z tą samą wspólnotą. Katolik filatelista dajmy na to na gruncie filatelistycznym przynależy przecież do tej samej grupy interesów co wstrętny lewak filatelista wyznania senyszynowego, choć na gruncie światopoglądu obaj zwyczajnie by się zwalczali. Rzecz tę już dawno zrozumieli posłowie którzy mimo zaciekłych sporów politycznych toczonych publicznie jedzą razem rosołek w Hawełce. Mniejsza jednak z tym bo nie o to w tym wszystkim chodzi.
Problem jakby nie było zaczyna się gdy do głosu dopuszczamy państwo. Otóż państwo to taki twór który chciałby zrobić wszystkim dobrze a co za tym idzie znaleźć rozwiązanie wszelkich problemów i oczywiście zapisać wszelkie takie rozwiązania w odpowiednich ustawach.
Rzecz w tym że wszystko byłoby w porządku gdyby cywilizacja zachowywała się wedle lewicowej definicji konserwatyzmu czyli istniała nieustannie w takiej samej formie i nie przychodziły jej głupie pomysły rozwijania się i ewoluowania. Wtedy być może i dałoby radę zapisać wszystkie rozwiązania na każde zdarzenie jakie ma miejsce w życiu pojedynczego człowieka. Niestety ci głupi ludzie co i róż wymyślają sobie coś nowego. I kurde najgorsze że to co zapisaliśmy w jakiejś ustawie kilka lat temu dziś jakoś tak nie za bardzo pasi. No ale przecież nie można burzyć autorytetu państwa i wywalać ustawy do kosza i tym samym przyznawać się że do dupy ta robota. Znacznie fajniej jest napisać kolejną ustawę.
Tu też należy też i trochę usprawiedliwić państwo (niewiarygodne ale właśnie tak) - ludzie się przyzwyczajają do pewnych rzeczy. Czy komuś przyszłoby dziś do głowy że jak się bierze ślub to państwo o tym nie musi wiedzieć. Że swego czasu ślub to była kwestia obrzędu religijnego, okultystycznego i w żadnym pałacu nikt z władców nie notował sobie tego kto z kim i dlaczego.
Albo taka prozaiczna sprawa jak przymusowe wydawanie pieniędzy na usługi z których nie korzystamy. Dajmy na to na coniedzielne wystąpienie grupy teatralnej na rynku pobliskiego miasteczka. Dziwna sprawa zapewne dla takiego chłopa (no bo jak płacił haracz w postaci podatków to przynajmniej nikt mu nie wmawiał że to dla jego dobra… no dobra sorry… było to dla jego dobra no bo jakby nie patrzeć nie miał bliskiego kontaktu z szubienicą czy chociażby wilgotną cela w jakimś zamkowym lochu).
Albo gdyby takiemu robotnikowi w czasie rewolucji przemysłowej powiedziano że musi oddawać część pieniędzy z których utrzymuje rodzinę na to aby za kilkadziesiąt lat mógł spokojnie bawić wnuki to zapewne skończyłoby się to co najmniej jakimiś, delikatnie mówiąc, niepokojami.
W każdym razie takich ciekawych wynalazków które w głowach się ludziom nie mieściły, dziś mamy na każdym kroku pełno i każdy traktuje je jako coś oczywistego z czym nawet popolemizować sobie nie wolno a co dopiero krytykować i uchylać. No a odebrać ‘przywilej’ to i hańba dla państwa ale i przede wszystkim poważny problem który mógłby zdezorientować a przede wszystkim wielu oburzyć.
No więc państwo sobie brnie w gówno.
Dziś palące problemy cywilizacji to problemy które kiedyś nie były żadnymi problemami. Parafrazując pewne przysłowie - państwo stworzyło problemy z którymi teraz bohatersko walczy.
Oczywiście problemy państwa o których warto rozmawiać to nie problemy tego typu czy regulacja powinna być tylko jak ta regulacja ma wyglądać. Co ważniejsze państwo lubi żeby ludzie mieli problemy które państwo może regulować i na temat których ludzie będą się zawsze kłócić. Co więcej państwo też lubi przedstawiać te problemy jakby zależało od nich być albo nie być ludzi, natomiast inne problemy od których faktycznie zależy być albo nie być ludzi państwo woli sobie rozwiązywać (czytaj regulować) cichaczem.
Najpilniejszymi problemami państwa, zgodnie z tym co słyszymy w każdych wiadomościach, faktach czy innych wydarzeniach są zatem:
to czy aborcja to powinna być dokonywana, opisując już rzecz skrajnie, na życzenie czy też winna być całkowicie zakazana.
Czy pozwolić homoseksualistom na związki czy też im nie pozwolić.
Czy religia powinna być w szkole czy nie powinna, czy w kanonie lektur powinien być Gombrowicz czy Sienkiewicz.
Czy eutanazja powinna być dozwolona czy tez nie powinna.

No i tak dyskutujemy sobie o rzeczach z którymi od tysiącleci ludzie jakoś sobie radzili, no i zapewne będą sobie radzili niezależnie od woli państwa.
Aborcje były dokonywane i będą i hipokryzją jest twierdzenie że jak się ich państwowo zakaże to problem zniknie. Z drugiej strony wywieranie na kimś presji że powinien zabortować swoje potomstwo bo tak jest lepiej, nie różni się zasadniczo niczym od tego zakazu. Ja akurat w tej materii mam kupę wątpliwości choćby przede wszystkim natury moralnej ale jedno wiem na pewno: państwo lubi sobie takie spory wykorzystywać bo wtedy nie interesujemy się np. tym że a to akcyzkę gdzieś podwyższono albo jakiś nowy podatek ustalono. Zwyczajnie jak się krzyczy to bardzo łatwo takiej krzyczącej w emocjach osobie sięgnąć do kieszeni.
Idealnym modelem byłoby dla mnie gdybyśmy odwołując się do moralności nie tylko krzyczeli ale również byli gotowi podjąć odpowiedzialność za tą nasza moralność. Państwo pozwala zrzucać na siebie odpowiedzialność przez co bardzo łatwo powiedzieć ma być tak albo tak bo tak a nie inaczej pojmuje dobro i zło. Tylko to akurat że tak a nie inaczej je widzę gdy mnie sprawa bezpośrednio nie dotyczy nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
Z homoseksualizmem jest tak że znów państwo najpierw stworzyło problem próbując sobie podporządkować instytucje małżeństwa usprawiedliwiając to na różne sposoby. Wzięło coś pod swoje skrzydełka co nigdy zasadniczo go nie dotyczyło. I tu znów: czy aby na pewno problemem dla kogokolwiek jest to że dwie babeczki żyją sobie ze sobą? Otóż nie - problemem jest to że państwo miesza się w to kto z kim jest. Tego nie dostrzegamy że nikogo nie powinno interesować,a w szczególności państwa, komu gdzie co wsadzam z wzajemnością (tzn zasadniczo w moim przypadku wzajemność polega na tym że tej osobie wkładam) i czy robimy to na podstawie przykazania bożego czy zgodnie z zaleceniami wielkiego potwora spagetti czy zwyczajnie z hedonistycznych pobudek.
Tak przy okazji tu dochodzimy do poważnej kwestii - równości. Z tą państwową równością to już jest zupełnie pokręcona sprawa. Bo niby są wszyscy równi wobec prawa a tu się jednak okazuje że nie do końca. Bo w zależności od tego co robimy, z kim jesteśmy, czy mamy dzieci czy ich nie mamy, jak zarabiamy pieniądze na każdą taka ewentualność państwo przygotowuje zupełnie inne prawo.
Ze szkoła jakoś z kolei jest tak że jako dogmat przyjmujemy to że każdy winien być wykształcony. Jakoś tak perfidnie pomijamy np fakt że w każdej klasie znajduje się zawsze taki co to nigdy i tak nie skuma że 2+2=4 a “O kurwa” to nie koniecznie jest zdanie podwójnie złożone. Co więcej jakoś nie dostrzegamy również tego że jeden mimo że będzie się starał zrozumie jedynie głębię Kaczki dziwaczki a inny z chęcią zapozna się z poglądami Platona przy okazji czytając po drodze Sienkiewicza, Gombrowicza i Tuwima, Herberta, Norwida i kilku innych jeszcze gości. Na dokładkę jakoś też nie potrafimy skumać że jeszcze inny nie koniecznie będzie miał ochotę poznawać radosną twórczość wieszczów takiej czy innej opcji ale np bardzo chętnie rozwiązałby sobie jakąś całkę w n - wymiarowej przestrzeni Hilberta. Powszechność edukacji zobowiązuje nie tylko do tego aby nikt nie był pozbawiony minimum wykształcenia ale także do tego że znaczna część nie wykorzysta swoich możliwości. Kolejna zaskakująca cecha państwowej równości - o ile już ma być równość (bo jak zauważyliśmy w poprzednim punkcie nie jest ona jednak taka konieczna) to musi to być równość na poziomie podłogi.
Tu oczywiście państwo ma sprzymierzeńca w społecznej różnorodności i perfidnie to wykorzystuje - przecież skoro jest tak że ludzie mają różne zdolności i poglądy co do tego jak kształcić swoje dzieci to oczywistym jest że spór o to którego wieszcza czytać można toczyć w nieskończoność, a w między czasie stworzymy sobie zastępy równych ludzi pozbawionych ambicji.
O eutanazji to już nawet nie ma co pisać. Tu by trzeba było poruszyć całą tęczę państwowych potworków które tworzą dziś zastępy cierpiących i samotnych ludzi, którzy w chwilach cierpienia pozbawiani są jakiejkolwiek nadziej. A gdy nie ma nadziej to i umierać śpieszno.

W każdym razie podsumowując - ja tu nie chcę toczyć sporów i rozwiązywać problemów które powyżej opisałem. Takich kwiatków można znaleźć codziennie na pierwszych stronach każdej gazety mnóstwo. Państwa tworzą problemy, potem z nimi bohatersko walczą. A ty człowieku się ekscytuj bo przecież od niczego innego nie zależy twoje życie jak od tego czy system ukształtuje jedna, druga czy trzecia ideologia.

12345 1 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Czym jest naród?

Od dość dawna zastanawia mnie czym jest ten mistyczny naród. Co to za twór którego tak naprawdę nikt w zasadzie nie potrafi konkretnie zdefiniować. Przemycę co o narodzie piszą na tajnej, dostępnej nielicznym wikipedii:

Naród jest zbiorowością terytorialną o określonym składzie etnicznym; wspólnotą o podłożu gospodarczym, politycznym, społecznym i kulturowym wytworzoną w procesie dziejowym, przejawiającą się w świadomości swych członków.

No wszystko oki ale ja tam jakoś tego nie widzę. Czy na przykład tacy żydzi gdy nie mieli przez lata swego państwa nie byli narodem? No nie byli jakby nie patrzeć “zbiorowością terytorialną”.
O takich dajmy na to Stanach trudno powiedzieć że ma określony skład etniczny. No i tak dalej można by się czepiać.

Ogólnie możemy przyjąć że cechy które mogą definiować nam jakąś zbiorowość jako naród to język, historia, kultura, religia, no i o pochodzenie etniczne (cokolwiek to znaczy). Wszystko to mieszamy wraz z zmarszczkami czasu no i wychodzi nam bigos w postaci narodu.

Wszystko fajnie tylko jest jeden problem - ludzie. Naród to jakby nie było zbiorowość. No a zbiorowości maja to do siebie że składają się z jednostek. I teraz bierzemy palec boży jak u pytonów, latamy sobie nim nad taką Polską i wskazujemy taką jednostkę.
Okazuje się że ta jednostka to miała dziadka po kądzieli rosjanina a po mieczu babka była żydówką. Reszta - czysta - polska. No i kurdem mamy problem bo to pochodzenie etniczne to tak coś nie teges.
Od kiedy można stwierdzić że ktoś jest polakiem na podstawie tego kim byli jego przodkowie. Wystarczy że jeden dziadek był polakiem czy trzeba mieć jakieś silniejsze korzenie? Ktoś to jakoś określa? - trochę ponad 1/2 przodków jesteś polak i możesz się utożsamiać z narodem - mniej, szlus, nie masz na co liczyć? A Olisadebe?
Jedziemy z tym palcem dalej. Kolejna jednostka. Kurde wszystko niby oki 10 pokoleń wstecz wszystko potomkowie polan, ino jeden szkopuł. Jednostka od maleńkiego mieszkała w Honolulu. Mówi tylko po honolulańsku a co gorsza jakoś tak za bigosem, koronkami i wódką nie przepada.
Palac się wkurza i znika.
Przyjrzyjmy się samemu słowu - naród. Jakby nie patrzeć ma to chyba coś wspólnego z rodem. Taki nad-ród. Coś pewnie jak nad-człowiek.
Czyli że co - jednostki w zasadzie nie ważne. Co lepsze nie ważne też rody. Historia narodu ma tyle wspólnego z jednostką że wśród milionów jednostek należących do narodu trafi się pewnie kilka których rody w jakikolwiek sposób wywarły wpływ na strzałkę dziejów narodu. Reszta co najwyżej gdzieś tam po kątach się krzątała. A i tak z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić że historie rodów współczesnych członków narodu miały z historią tej całości bardzo niewiele wspólnego. Poza tym że na przestrzeni wieków a to w jedną a to w drugą ktoś im grządki najpierw końskimi kopytami a na końcu gąsienicami czołgów rozjeżdżał. No kurna przepraszam bardzo jak o mojej tożsamości narodowej ma decydować to że moi przodkowie przez wieki służyli albo jako źródło darmowego żarcia, albo jako mięso armatnie to nie koniecznie napawa mnie to jakimiś wzniosłymi uczuciami.

Nie ma co. Jakbym nie szukał definicja jest raczej jakaś taka intuicyjna i nie ma co się rozwodzić.
Powstaje jednak pytanie czemu niby człowiek winien utożsamiać się z narodem? Czemu winien czuć się jego częścią? Czemu oczekuje się jakiegoś oddania wobec tego abstraktu?
Czy z przynależności do narodu wynika jakiś dług wdzięczności wobec niego?

Jakoś nie za bardzo zdaje mi się aby moi przodkowie uważali że jestem komukolwiek winien jakąś wdzięczność. Jeżeli ginęli (albo sprzedawali bimber pod Monte Casino) to tylko do cholery po to aby ci których kochali mogli żyć sobie spokojnie. Jeżeli na czymkolwiek im zależało to na tym abym mógł żyć wolnym, bez kompleksów, bez długów wdzięczności wobec jakichkolwiek abstrakcyjnych form.
To powoduje ludźmi - to jest przyczyną tego że jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Właśnie to że nasi przodkowie pragnęli żyć i chcieli abyśmy mieli zdecydowanie lepiej od nich. Pragnęli aby nikt nam tak jak zapewne często zdarzało się to im zwyczajnie nie wpierdalał się w poczciwy żywot.
Oczywiście okoliczności historyczne zmuszały ich do tego aby przelewać krew, czy robić inne patriotyczne rzeczy. Ale patriotyzm nie wynika z miłości do ziemi, do tego mistycznego narodu. Patriotyzm wynika z miłości do tych których kochamy, którzy są nam bliscy i którzy będą naszymi spadkobiercami. To o nich się troszczymy, za nich jesteśmy gotowi oddać wszystko.

To właśnie z uwagi na powyższe jesteśmy winni tym ludziom pamięć.

Problem zaczyna się wtedy gdy to co kochamy, tę naszą miłość ktoś próbuje rozszerzać. Próbuje nas zmusić do tego abyśmy pokochali coś z czym nigdy nie mieliśmy do czynienia. Manipulacja następuje gdy ten nasz interes, gdy to na czym nam zależy zastępuje się interesem ogółu i miłością do tego ogółu.
Pawlak i Kargul poszliby ramie w ramie na wojnę nie dlatego że ich interesem byłoby przetrwanie rodziny drugiego. Poszliby na wojnę z przyczyn pragmatycznych - ludzie jednoczą się gdy widzą że ich interes ma większe szanse w grupie. Na tym jednak polega ryzyko że ja mogę przegrać wszystko a mój sąsiad wygra. Jeżeli mam bronić tego co kocham to mam większe szanse z sąsiadem. Nawet jeżeli się z nim szczerze nienawidzę. Patriotyzm wyrasta z tego pragmatyzmu a co za tym idzie jest po trosze oszustwem które fundujemy sobie w jakiś sposób na własne życzenie.
Nie chce tu jednoznacznie stwierdzić że ktoś gdzieś tam kiedyś ludzi oszukał ale jest moim zdaniem tak że tworzenie takich tworów jak narody stało się domeną polityki i jednego wielkiego oszustwa. To co było kiedyś dobrowolnymi zbiorowościami które dbały o wspólny interes stało się jakimś chorym emocjonalnym przymusem.
Nawet nie zorientowaliśmy się kiedy utożsamiono w nas poczucie odpowiedzialności za najbliższych z odpowiedzialnością za naród.

Mnie nic nie łączy z większością ludzi którzy żyją wokół mnie.

Cholernie trudny to temat, bo nie wiem w dalszym ciągu jak precyzyjnie określić to co czuję na temat narodu jako takiego. Jak napisał mi Wyrus książkę pewnie by o tym można napisać. Wiem jedno - na pewno nie byłbym gotów ginąć w patriotycznych uniesieniach za ten abstrakcyjny twór. Wiele gorzkich słów mógłbym napisać o tym że naród to takie magiczne hasło które służy dziś niczemu innemu jak temu aby cwaniaki i podejrzane typy mogły robić biznes na tym sztucznie wykształconym uczuciu - na niczym przecież lepszych interesów nie robi się jak na uczuciach. I niczym innym lepiej się nie manipuluje jak właśnie uczuciami. Wystarczy zachwiać w ludziach poczucie sprawiedliwości i bezpieczeństwa i są gotowi wyrzec się rozumu i oddać swą wolność aby ktoś zapewnił im te nie mające nic wspólnego z rzeczywistością formy.
Z drugiej strony historia i pamięć o tym w jaki sposób stało się tak że jestem tu gdzie jestem jest czymś czego odbierania mi sobie nie życzę. Co więcej jest czymś co sprawia że jestem tym kim jestem a za to jestem gotów walczyć jak Rambo. Człowiek bez historii i pamięci o przodkach jest jak zwierze, małpa wpierdalająca banany. Niczym innym. A ja ze swoich jestem dumny (najbardziej z tego co sprzedawał bimber pod Monte Casino).

Naród niesie za sobą jeszcze jedną negatywną cechę. Jest jak bomba atomowa. Zmanipulowany, wyuczony odruchu jest nie do powstrzymania. Małą społeczność można opuścić, można olać, a gdy za bardzo podskakuje zdetonować jak to się robi z małymi ładunkami na poligonach.
Z jednej strony oczywiście tak wielka zbiorowość charakteryzuje się ogromną bezwładnością. Trzeba lat na to aby wpłynąć na niego i wymóc jednokierunkowe myślenie. Z drugiej strony gdy już się tak stanie jednostka nie ma najmniejszych szans. Naród w moich oczach jest jak niewidzialna siła na usługach i podporządkowana państwu.
Jeżeli zakładam że państwo jest przyczyną zła to naród jest czymś co sprawia że to państwo ma jakiekolwiek podstawy i władzę nad tym aby deptać jednostkę. Dlatego że te oba twory przenikają się tak nawzajem i w pewien sposób spijają sobie z dziobków napawają mnie tak ogromną odrazą.
Naród i państwo to mega tłum.

Bez pytań nie ma problemów
To pierwsza zasada przetrwania
Zasada druga to obojętność
We wszystkich możliwych odmianach

Tłum się kłębi, tłum faluje
Tłum nie myśli, tłum nie czuje
Tłum jest silny, tłum napiera
Tłum pochłania, tłum pożera

Upodobnić się do otoczenia
To trzecia prosta zasada
Zasada czwarta to posłuszeństwo
We wszystkich możliwych odmianach

Takie są zasady tłumu
Tłum podąża za swym wodzem
Tłum jest ślepy, tłum jest głuchy
Niszczy wszystko na swej drodze

Złożona z wielu żywych istnień
Masa bez ciała i rozumu
Porusza się na dany impuls
To jest dynamika tłumu

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Kłótnia w rodzinie czy dysonans definicyjny

…czyli o tym że nazwa to nie wszystko.

Dzisiejszy wywód zaczniemy od cytatu z profesora Sadurskiego:

(…)Dla liberalizmu (czy, by użyć brzydkiego słowa, libertarianizmu ekonomicznego) typu Friedricha Hayeka czy Miltona Friedmana, równość szans figuruje jako ideał rozumiany w sposób czysto formalny, jeśli w ogóle. „Life is not fair” - powtarza kilka razy Friedman w swej książce „Free to Choose” (napisanej wspólnie ze swą żoną Rose) i najwyraźniej nie sprawia mu to jakiegoś wielkiego dyskomfortu psychicznego czy intelektualnego. Tym różni się od Rawlsa, Dworkina czy Waldrona.

Na koniec, moją niechęć do afirmacji filozofii Hayeka wzmaga to, że jest on - w moim przekonaniu - autorem jednej z najbardziej fałszywych (w sensie niespełnienia) prognoz XX wieku, a mianowicie, że reformy typu „welfare state” muszą nieuchronnie prowadzić do państwa totalitarnego i gwałcącego ludzkie wolności i swobody polityczne. Wszystko, co wiemy o tendencjach rozwoju państw w wieku XX wskazuje na dokładnie odwrotną prawidłowość. Można nie lubić reform amerykanskiego New Dealu, reform brytyjskiego państwa dobrobytu po drugiej wojnie światowej czy powojennych państw skandynawskich - ale zarzuycić imk wzrastający trend w kierunku łamania praw obywatelskich i osobistych raczej nie można. Jakoś państwa wolnorynkowe (np, umiłowany przez libertarianow Hong Kong sprzed przejęcia przez Chiny) były bardziej gościnnym kontekstem dla aurorytaryzmu.

Swą fatalną prognozę Hayek wyraził już w swej bardzo wczesnej książce „The Road to Serfdom” (Droga do poddaństwa) - nawet w samym tytule, i nigdy z niej się nie wycofał. No ale, jak powiadają niektórzy, bardzo trudno jest coś przewidywać, a już zwłaszcza przyszłość.

Prof. Sadurski w swoim wywodzie na temat różnic w „liberalizmach” próbuje wytłumaczyć nam że ten liberalizm klasyczny, wolnorynkowy to on tak za bardzo nie jest git bo świat winniśmy sobie ułożyć tak aby było tak że „life is fair”.

Ale idźmy po kolei.
Na początek chciałbym zauważyć że Milton to za wiele z libertarianizmem nie ma wspólnego, a szczególnie z tym „libertarianizmem ekonomicznym” ale to drobny szczegół.

„równość szans figuruje jako ideał rozumiany w sposób czysto formalny, jeśli w ogóle”

Nie za bardzo wiem co znaczy to czysto formalny. To chyba kwestia niewygody definicji równości jaką profesor Sadurski zastaje u klasyków liberalizmu. Akurat Friedman o równości w swoim „Wolnym wyborze” dał dość szeroki wykład, który tkwił u podstawy tego dzieła, a z którym zgadzam się w całej rozciągłości.
Rozumiem dyskomfort profesora Sadurskiego co do tej nierówności w świecie. Jedni rodzą się w Monte Carlo i od kołyski zasuwają limuzynami, a inni rodzą się w Ugandzie (przepraszam wszystkich mieszkańców Ugandy jeżeli mylę się w ocenie poziomu życia w ich kraju) i nie mogą possać nawet cyca matki bo umarła na AIDS.
Możemy się zastanawiać jak rozwiązać problem dzieciaków cierpiących głód, i na pewno nie jest tak że liberalizm wolnorynkowy traktuje go (ten problem) czysto formalnie a tym bardziej jak twierdzi wielu ignoruje go całkowicie (śmiem twierdzić że bardziej mnie boli niedola tych dzieciaków niż niejednego socjalistę).
Jednak z drugiej strony nie możemy w imię równości stwierdzić że sprzedamy limuzynę tego bachora z Monte Carlo, aby pomóc dziecku z Afryki, a to w skrócie wydaje mi się insynuuję w jakiś sposób profesor.
Życie jest nie fair i choćbyśmy się usrali, że tak kolokwialnie powiem, to tego nie zmienimy. Równość jest zasadą o ile jest to równość traktowania ludzi, o ile jest to równość wobec prawa. Równość nie ma za to nic wspólnego z równością podziału, z, powiedzmy to dosadnie, z redystrybucją i janosikowaniem (tu chciałbym zauważyć że akurat Janosikowi w sumie bliżej do libertarian niż do socjalistów ale o tym kiedy indziej, a słowem „janosikowanie” posługuje się w jego obiegowej formie czyli – zabrać bogatym dać biednym), jakby to redystrybuowanie nie miało być szlachetne i w jak zawaluowany sposób ustanowione.
I wydaje mi się że tu spór toczy się właśnie między tymi dwoma równościami które niechybnie muszą wchodzić ze sobą w konflikt. Równość w tym janosikowym znaczeniu jak by pięknie nie była tłumaczona, a co więcej jaki by uczciwy człowiek jej nie wprowadzał, jest tylko przyczynkiem do jak najbardziej nierównego traktowania ludzi. I tu nie chodzi już nawet o podatki i państwowy wyzysk finansowy obywateli. Podstawy moralne i etyczne mają jakąś taką zadziwiającą skłonność do zacierania się we wszelkich regulacjach wytwarzanych przez państwo choćby pierwotnie tworzyli je najuczciwsi i najmoralniejsi. Nic tego nie zmieni, tak zawsze było i tak zawsze będzie. Co więcej nadawanie przywilejów mających służyć wyrównywaniu szans prędzej czy później prowadzi do dyskryminacji innych grup, mimo to przywileje pozostają a dyskryminacje próbuje się zwalczać wprowadzaniem kolejnych przywilejów.

moją niechęć do afirmacji filozofii Hayeka wzmaga to, że jest on - w moim przekonaniu - autorem jednej z najbardziej fałszywych (w sensie niespełnienia) prognoz XX wieku, a mianowicie, że reformy typu „welfare state” muszą nieuchronnie prowadzić do państwa totalitarnego i gwałcącego ludzkie wolności i swobody polityczne

Można nie lubić reform amerykanskiego New Dealu, reform brytyjskiego państwa dobrobytu po drugiej wojnie światowej czy powojennych państw skandynawskich - ale zarzuycić im wzrastający trend w kierunku łamania praw obywatelskich i osobistych raczej nie można. Jakoś państwa wolnorynkowe (np, umiłowany przez libertarianów Hong Kong sprzed przejęcia przez Chiny) były bardziej gościnnym kontekstem dla aurorytaryzmu.

Zacznijmy od końca – nie wiem którzy libertarianie wskazują Hong Kong jako ucieleśnienie libertariańskiego systemu wartości i zaczynam przypuszczać że myśl libertariańską pan profesor łączy jedynie z ekonomicznym anarchizmem (a w zasadzie rynkiem troszkę mniej ograniczonym niż inne) który jest także jedynie częścią ideologii anarchokapitalistycznej, która to z kolei jest częścią libertarianizmu (trochę chyba zagmatwałem :) ).
Wracając jednak do sedna, czyli domniemanego błędu jaki Hayek popełnił w swej „Drodze do zniewolenia”. No cóż realia w jakich Hayek pisał swoje dzieło były nieco inne niż dzisiejsze. Technika trochę mniej rozwinięta, myślenie znacznie inne itd. itd.

Dziś po całych dziesięcioleciach w wielu dziedzinach nauka poczyniła postęp – choćby w zrozumieniu czym w codziennym życiu kieruje się szary człowiek, a przede wszystkim jak nim manipulować. Goebbels byłby zachwycony dysponując dzisiejszymi narzędziami propagandy i manipulacji.
Zasadniczo rzecz sprowadza się do tego aby ludzie sami chcieli oddać swą wolność, żeby sami prosili aby ktoś podjął za nich decyzje, a przede wszystkim aby czynili to zupełnie nieświadomie. Współczesny totalitaryzm rozumie że musi się oprzeć na ewolucji – powolnej zmianie świadomości, zachowań. Ja nie chce wnikać w to jak to się robi, bo i pewnie wiele w temacie raczej mógłbym dowiedzieć się od profesora niż samemu wydedukować a tym bardziej opisać.
Co więcej życie w „cywilizowanym totalitaryzmie” nie opiera się tak jak kiedyś na jawnej przemocy. Zresztą przemoc jest zdecydowanie bardziej paraliżująca wszelką swobodę i wolność gdy nie dotyka nas fizycznie a jedynie wzbudza strach. Dziś i tego tak bardzo nie trzeba choć państwowy aparat przemocy wobec obywatela w współczesnym świecie jest chyba silny jak nigdy. Wielki brat obserwuje nas na każdym kroku, od ulic poprzez wirtualną rzeczywistość po konta bankowe. Wystarczy że wysikam się w krzaczkach przy metrze, ściągnę coś tak absurdalnego jak „niematerialną własność” z Internetu, bądź zrobię przelew na więcej niż 15 tyś a już mogę być pewien że system niczym oko Saurona namierzy mnie jak małego Frodo.
Państwo nie potrzebuje na co dzień posługiwać się przemocą tak jak sugerował to Hayek. Posłuszeństwo wobec władzy mamy mieć wpojone od maleńkiego. To nie my mamy myśleć a państwo. Lewiatan prawdę ci powie.
Miliony ludzi nie są posłuszne wbrew swej woli, z powodu wiszącego nad nimi jarzma państwowej przemocy. Te miliony są posłuszne dlatego że coraz bardziej stają się matrixowymi bateryjkami.
I tu powoli możemy daleko w dupie zostawić wszelkie spory między lewicą a prawicą, wolnym rynkiem a interwencjonizmem. Sposób myślenia jaki wykształca w nas państwo determinuje w nas to że to państwo wcale do nas nie będzie musiało strzelać. Zwyczajnie każdy rozkaz wykonamy ku własnej radości. Każde ograniczenie przyjmiemy z zadowoleniem.

Ile to potrwa? Kiedy jednak zacznie się strzelanie?
Dziś przecież nie jest to istotne.
A właściwie nie tyle co istotne co zwyczajnie przecież absurdalne. Przecież walczymy o równość. O to aby każdemu żyło się dobrze – to że przy okazji niektórym zawsze lepiej. Nieistotne. To że prawo do decydowania będą mieli niektórzy - też nieistotne. Grunt że wszystkim będzie dobrze – ciepło, syto i napito.

12345 5 głos(ów), średnia: 4.6
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Spokojny sen

JKM ostatnio chwycił się tematu ubezpieczeń. Wyciągnął sobie dwa ciekawe wnioski:
-wartość pieniądza jest liniowa
-ubezpieczenie to de facto gra w ruletkę, więc tylko ryzykanci się ubezpieczają (czy jakoś tak)

Co do wartości pieniądza. No cóż, pomijając to czym jest dziś pieniądz, chciałbym zauważyć że to nie jest do końca tak. Wartość pieniądza jest postrzegana subiektywnie przez każdego posiadacza tego pieniądza. Komfort liniowości a i owszem mają ci którzy posiadają duże majątki ale też do czasu. W ekonomi istnieje pojęcie wartości krańcowej. Ogólnie rzecz biorąc polega to na tym że jeżeli mamy w portfelu 1500 zł to 1 zł jest dla nas więcej warte niż gdy mamy w portfelu 15000 zł. Chciałbym tu podkreślić że chodzi tu o użyteczność krańcową a nie o użyteczność całkowitą - żeby mi tu przypadkiem nie wpadł jakiś socjalista i nie stwierdził że dzięki użyteczności krańcowej można uzasadnić progresje - nie można i tyle w tym momencie w temacie.
W ogólności chodzi o to że na początek zaspokajamy swoje najpilniejsze potrzeby dlatego dysponując niewielką kwotą będziemy bardziej cenić jednostkową wartość pieniądza. Gdy nasze zasoby się zwiększają jednocześnie potrzeby niższego rzędu są zaspokajane a jednostkowa użyteczność pieniądza spada.
Nie jestem tego pewnie ale wydaje mi się że o liniowości możemy mówić gdy rozpatrujemy rzecz procentowo. Użyteczność krańcowa 10% od 1500 zł może być taka sama jak użyteczność krańcowa 10% od 15000 zł.

Co do ubezpieczenie i przyrównania go do gry w ruletkę. Tu to właściwie nie wiem jak za temat się zabrać, bo nie wiem czy do końca zrozumiałem o co chodzi.
Wydaje mi się że pan Janusz mylnie rozumie funkcję ubezpieczenia. Bo wynika z jego rozważań że ubezpieczenie to wypłata której oczekujemy. Że podejmujemy ryzyko ubezpieczenia się i straty związanej z opłaceniem ubezpieczenia po to aby osiągnąć zysk. Tak jak w grze w ruletce. Nikt przecież nie podchodzi do stołu w celu przegrania - każdy oczekuje wypłaty.
Ubezpieczenie jednak nie jest w żadnym wypadku podjęciem ryzyka. Jest próbą jego ograniczenia, minimalizacją kosztów. Nikt nie oczekuje wypłaty - wręcz przeciwnie - każdy raczej woli nie dostać wypłaty niż mieć przyczynek do takowej.
Ubezpieczenie zasadniczo pełni rolę zapewniającą nam spokojny sen. Nie chodzi o to aby zyskać tylko aby wtedy gdy pojawią się straty ograniczyć je.
Posłużmy się przykładem z ciężarówkami pana Janusza:

W przypadku 100 ciężarówek posiadanych przez 100 kierowców rozumowanie każdego z nich powinno wyglądać tak:
A)Nie ubezpieczam się. Zarabiam rocznie 50.000 zł - strata samochodu(150.000 zł) z szansą 1% czyli E = 50.000 - 1500 = 48.500 zł
B)Ubezpieczam się. Nie ma żadnego ryzyka: 50.000 - 2500 składki na ubezpieczenie = 47.500
Wybieram,oczywiście, A.
Tak być musi - bo firma ubezpieczająca za ten tysiąc różnicy musi utrzymać akwizytorów, biuro, opłacić podatki… no, i mieć jakiś zysk.

Pominę tu fakt że możemy stracić 2 ciężarówki (edit - tu wydawało mi się że cytuję rozważania na temat firmy posiadającej 100 ciężarówek) i ten rachunek już nie do końca jest poprawny. Ale załóżmy że niech i tak będzie, jak wyżej.
Tu na moment powrócimy do krańcowej użyteczności pieniądza i dodamy do tego preferencję czasową. Co więcej w działalności każdej firmy (a i także każdego człowieka) ważna jest płynność finansowa.
W przypadku gdy nie ubezpieczymy się nasza strata wyniesie albo 150.000 zł albo 0. W przypadku ubezpieczenia mamy “stratę” 2500 (zgodnie z przykładem).
Warto zadać sobie pytanie jaka jest krańcowa użyteczność firmy dla 150 tyś i 2500 zł? Co więcej jak wpływa “utrata” obu sum na płynność przedsiębiorstwa. Czy przypadkiem nie jest tak że bardziej opłaca się ponieść koszt ubezpieczenia, ograniczając oczywiście dzisiejszy zysk niż borykać się nawet z ewentualną utratą znacznej sumy w być może mniej “płynnym” okresie w przyszłości?

A na koniec rozpatrzeć preferencję czasową - oczywistym jest że ktoś kto nie ubezpiecza się charakteryzuje się wysoką preferencją czasową, przedkłada dzisiejszy zysk nad zysk w przyszłości - ubezpieczając się przedkładamy ewentualny przyszły zysk nad dzisiejszą stratę. Oczywiście możemy tego zysku nigdy nie osiągnąć ale tu nie chodzi o to aby go osiągnąć.
W niskiej preferencji czasowej nie chodzi o wymierny zysk wyceniony w postaci pieniądza. W rozpatrywanym przypadku chodzi o ten spokojny sen który ma swoją wielką wartość, zdecydowanie niemierzalną w pieniądzu.

Warto się także zastanowić jaki mamy cel i kiedy chcemy go osiągnąć. Alpinista gdy wchodzi na jakąś górę ma na celu zdobycie szczytu. Zgodnie z retoryką JKM’a wszelkie przywiązywanie się, zabezpieczanie jest marnotrawieniem energii i nie potrzebną utrata środków. Zdecydowanie szybciej przecież alpinista zdobyłby szczyt gdyby nie poświęcał czasu na wbijanie karabińczyków i przeplatywanie przez nie liny która jest dodatkowym obciążeniem.

JKM przytacza również felieton śp.Mirosława Dzielskiego “Ubezpieczenie po góralsku”

- górale nie płaca na feuerkasę - tylko jak któremuś spłonie chàłupa, to mu sòmsiedzi w śtyry dni łòdbudowujom…

No dobrze ale czym różni się ta forma pomocy od ubezpieczenia. Przecież góral który odbuduje innemu góralowi dom nie ma nigdy gwarancji że jego dom spłonie a poniesiony nakład pracy i ewentualne środki które zaangażował w pomoc sąsiadowi mu się kiedykolwiek zwrócą.

W każdym razie konkludując - niska preferencja czasowa zdecydowanie bardziej się opłaca. Czasem lepiej jest poświęcić kilka lat życia pijąc marne piwo i odmówić sobie tego czy owego aby w przyszłości móc siedzieć przed 100 calową plazmą* w otoczeniu nimf* i popijać 50 letniego łiskacza*. Choć gdy pije się to podłe piwo taka wizja może się wydawać zdecydowanie mało prawdopodobna.

* tu niech każdy powstawia sobie co tam uważa

12345 3 głos(ów), średnia: 4.33
Loading ... Loading ...

Komentarz

Upadek

Bardzo mnie bawi gdy dziś co chwila pojawiają się analizy wielkich ekonomistów jaki to kryzys nas czeka. A zapewne jeszcze rok temu ci sami analitycy mówili o tym że czekają nas długie lata mlekiem i miodem płynące.
Zadziwiające jest to jak można strugać mądrale. Co gorsza jeszcze do niedawna wszyscy milczeli. Jak banki centralne grały w ruletkę to to było wg mości analityków bardzo dobre posunięcie.
Gdy dziś okazuje się że ten domek z kart się wali to nagle wszyscy znają przyczyny kryzysu i wieszczą najczarniejsze scenariusze. Nawet największe guru światowej ekonomii, zaciekły obrońca sterowania światową gospodarką mówi że w zasadzie to te banki centralne tak nie do końca są potrzebne i zdrowsze byłoby gdybyśmy opierali się na złocie. W przypadku Alana to chyba coś na zasadzie: Kali robić syf - syf dobry, inni robić syf - syf nie dobry.

To teraz szybkie przypomnienie w telegraficznym skrócie cóż takiego się dzieje (tu ewentualnie to samo ino mądrzej, a o przyczynach i w szerszym ujęciu w artykule “Nadchodzi kolejna lekcja”, który gorąco polecam).

W Hameryce wpadli sobie kilka lat temu na świetny pomysł. Banki udzielały kredytów. Kredyty te stawały się zabezpieczeniem obligacji które wydawał bank. Obligacje kupowały inne banki. Następnie wydawały kolejne obligacje w oparciu o uprzednio zakupione obligacje, dzieląc je na mniejsze części. I ogólnie wszystko byłoby świetnie gdyby nie to że większość kredytów które stanowiły zabezpieczenie to były np kredyt udzielony bezrobotnemu 50 latkowi na zakup domu. Co ciekawsze wszystko byłoby także w porządku (no nie wszystko ale załóżmy) żeby nie to że na rynku obligacje te miały ranking AAA (jakby inaczej - przecież najbezpieczniejsza inwestycja to inwestycja w nieruchomości) przez co wszelkiej maści fundusze emerytalne, powiernicze ładowały w to kupe forsy uważając te instrumenty finansowe za bardzo bezpieczne. No bo co się mogło stać - ktoś nie spłacił kredytu to sprzedawało się jego domek i kasa była. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy że jak kilka milionów ludzi nagle przestanie spłacać kredyty to okaże się że domek który wcześniej można było sprzedać jakoś tak za bardzo sprzedany być nie może bo jakoś nie widać popytu. Obligacje okazują się nic nie wartymi papierkami. W ten sposób banki i fundusze które dość sporo zainwestowały w te papierki nagle traciły płynność.

Tu wkraczają nasze ulubione banki centralne i polityka ekonomiczna pewnego mądrali nieobalalna w mainstreamie od dziesięcioleci. Banki komercyjne i fundusze chcąc podtrzymać płynność mogły albo sprzedawać to co miały najcenniejszego z nadzieją że papierki kiedyś nabiorą wartości albo zaciągać kolejne pożyczki. Gdy giganci na rynku zaczynają wyprzedawać swoje aktywa rynek reaguje w dość racjonalny sposób. Paniką. Dlatego banki centralne postanowiły sobie że udzielą pożyczek na korzystnych warunkach bankrutom. Wyobraźcie sobie że macie długów jak cholera, to co posiadacie z każdą chwilą nadaje się coraz bardziej na podpałkę do grilla a ktoś do was przychodzi i mówi: “spoko, tu ja ci daje pożyczkę co byś mógł jakoś przeżyć. I co mi tam będę dobry pożyczka będzie na 0,5% zamiast na 5%.” No to sami powiedzcie odmówilibyście? Problem polega na tym że ta kaska wysysa wartość pieniądza w naszych kieszeniach. Banki centralne zwyczajnie chcąc powstrzymać nieuchronną karę jaka czekała nieodpowiedzialny rynek wyjęły kasę z naszych kieszeni i dały ją bankrutom. Tylko że to jest, jak to mój kolega określił kopanie basenu plastikową łopatką.

W każdym razie - dziś dochodzimy do miejsca gdzie banki i fundusze szybciutko próbują ratować się juz nie tylko dzięki kasie banków centralnych ale zwyczajnie sprzedając to co mogą i na czym mogą jeszcze zarobić. To powoduje oczywiście “korektę” na giełdzie, no i kółko się zamyka. Papierki staja się jeszcze bardziej papierkami.

Co ciekawsze w najbliższym czasie można się spodziewać jak to analitycy będą obwieszczać koniec kryzysu. FED, zgodnie z wcześniej wspomnianą zasadą, postanowił sobie bowiem nie tylko anonimowo dodrukować gotówki bankom (tak abyśmy przypadkiem nie dowiedzieli się kto i jakie ma problemy) ale na dodatek w najbliższym czasie zapewne znów usłyszymy o kolejnym cieciu stóp procentowych. Więc będzie dobrze… A potem juz tylko popioły, zgliszcza, pył i gruz…

W każdym razie proroctwo moje jest takie i obym się mylił. Nawet jak się wszystko spierdoli to i tak wyjdą z tego najsilniejsi a wszyscy stwierdzą że to się powtórzyć nie może i masa przepisów spadnie na nas deszczem. Zamiast deregulacji, zamiast pozostawienia ryzyka inwestycji na inwestorach, a przede wszystkim jak największego scedowania tego ryzyka, tak aby był go świadom, na przeciętnego Kowalskiego chcącego bawić się w spekulowanie, będziemy mieli do czynienia z kolejnymi ustawami i pomysłami jak tu wyregulować rynek, jak ograniczać ryzyko dając gwarancje państwowe wszelkiej maści lichwiarzom.
New Deal II nadchodzi.

12345 8 głos(ów), średnia: 4.88
Loading ... Loading ...

Komentarz

Libertarianin komunistą

Opowiem Wam bajeczkę. Bajeczka będzie krótka, jak krótkie są penisy komunistów (no bo muszą być krótkie, innego wyjścia nie widzę - ludzie bez kompleksów nie wchodzą obłoconymi kaloszami do cudzego domu).
Tak sobie dziś na krótką chwilę postanowiłem zostać komuchem (dziś zdaje się nazywa się to socjaldemokratą).
Postuluję zatem za nijakim Kisielewskim aby wziąć za pysk i wprowadzić liberalizm. Przepis jest prosty - bierzemy dajmy na to Foltyna (wiem, wiem uczepiłem się) albo Sierakowskiego, i mówimy im: dziś ty Foltynie (ewentualnie Sierakowski) za każdym razem masz dokonać wyboru. Co gorsza masz być odpowiedzialny za te wybory. Wszystkie pieniądze które zarobisz poprzez swoją pracę, musisz wydać samodzielnie (tak a propos pracy możesz umówić się z kimkolwiek na jakąkolwiek zapłatę za wykonanie prze tego kogokolwiek pracy dla ciebie i tylko od was dwojga będzie ta stawka zależała). Możesz je oczywiście oddać komuś, ale pod karą wielu lat więzienia nie możesz nie dokonać wyboru. Możesz założyć fundacje ale nie musisz. Możesz mówić o socjalizmie, kapitalizmie, czymkolwiek ale nie musisz. Możesz piętnować faszyzm albo komunizm ale możesz również wychwalać oba systemy pod niebiosa. Możesz się ubezpieczyć ale nie musisz. Możesz zapiąć pasy ale możesz też ich nie zapiąć. Możesz kupić sobie samochód bez atestu od chińczyków ale możesz też kupić sobie Renault’a czy Mercedesa (nie wiem czy jeszcze od francuzów i odpowiednio niemców). Co więcej możesz się zaćpać ale możesz też mówić o szkodliwości dragów i robić wszystko aby przekonać ludzi aby nie ćpali. Możesz spalić wszystkie swoje pieniądze ale możesz też produkować swoje - tylko twoja sprawa czy ludzie ci zaufają na tyle aby się nimi posługiwać. Możesz w końcu pomagać ludziom albo możesz im nie pomagać. Możesz żyć w dobrowolnej komunie, możesz ją założyć samodzielnie ale możesz też żyć wśród krwiożerczych kapitalistów i poddawać się ich wyzyskowi.
Za nie dokonanie w którejkolwiek z powyższych okoliczności wyboru grozi ci sąd i wieloletnia kara pozbawienia wolności. A w zasadzie nie. Wieloletnie skazanie na wolność. Będziesz musiał dokonywać kolejnych wyborów.

Z innej strony - jeżeli tylko ktokolwiek zauważy że oszukujesz, kradniesz, kogokolwiek do czegokolwiek zmuszasz licz się z tym że po pierwsze zostaniesz napiętnowany i nikt nie będzie chciał ci zaufać - sposobów na to znajdzie się bardzo dużo i wiedz że niektórzy poświęcą całe życie po to tylko abyś stracił to zaufanie w oczach jak największej liczby osób - zwyczajnie twoja osoba da im źródło dochodów. Po drugie tylko i wyłącznie twoja sprawą będzie to w jaki sposób zdobędziesz pieniądze na odszkodowanie dla osób przez ciebie pokrzywdzonych. Licz się jednak z tym że jeżeli ponownie złamiesz wyżej wymienione, czyli pozbawisz kogoś własności, oszukasz, zabijesz, okaleczysz itd. konsekwencje mogą być znacznie gorsze niż utrata życia czy wieloletnie więzienie, choć i te ewentualności w konkretnych społecznościach mogą cię spotkać.
Gdy będziesz próbował gdziekolwiek gdzie został wprowadzony liberalizm wprowadzić np komunizm droga będzie stała przed tobą otworem. Pod jednym tylko warunkiem - o ile nie będziesz łamał zasady dobrowolności. Jeżeli będziesz próbował zmusić kogokolwiek do czegokolwiek (poza może dokonywaniem wyborów, ale to jak ustaliliśmy na początku jest zasadne z uwagi na okoliczności w jakim systemie politycznym sobie żyjemy), wprowadzisz jakąś “umowę społeczną” pod której restrykcje będziesz podciągał wszystkich którzy ci się w obrębie twej komuny nawiną nie zależnie czy mają -9 miesięcy czy lat 200, wiedz że możesz spotkać się z nieokiełznaną agresją.

Nie no kurwa nie mogę. Ja nawet wyobrazić sobie nie jestem w stanie jak można mieć tak nasrane we łbie żeby uważać że moralnym i dobrym jest stosowanie przymusu wobec nikomu nic nie szkodzących ludzi. Jak pod płaszczykiem dbania o biednych i pokrzywdzonych przez los można przystawiać lufę pistoletu państwowej armii do skroni człowiekowi który nie podniósł w życiu na nikogo ręki. Jak można uważając się za dobrego człowieka nie pomagać właśnie tym potrzebującym a zmuszać do tego wszystkich w koło. Jak można przerzucać w końcu odpowiedzialność wynikająca z człowieczych odruchów na tak perfidny, bezmózgi, bezduszny system zastraszania niewinnych ludzi jakim jest państwo.
Jak w końcu można życ wśród ludzi których uważa sie za debili którzy nie potrafili by się dobrowolnie zorganizować i nawzajem sobie pomagać. To musisz być strasznie okropne życie. Z takim piętnem. Prawie jak Raskolnikow.

W tym jest tyle cholernych sprzeczności, brak logiki, konsekwencji że zwyczajnie nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak mógłbym zmusić Foltyna czy Sierakowskiego do dokonywania wyborów. Do odpowiedzialności za to co robią w każdej sekundzie swojego życia. Do tego aby nie pieprzyli o zmuszaniu ludzi poprzez taki czy inny system opodatkowania, licencjonowania, koncesjonowania i o tych wszystkich środków przymusu wobec zwyczajnych, szarych ludzi. Właśnie tak - nie potrafię sobie wyobrazić jak mógłbym zakazać życia człowiekowi który chce na każdym kroku pozbawiać mnie wyboru i swobodnego głoszenia mu tych, jak to się mówi, socjaldemokratycznych haseł.

Może to mnie różni od Kisiela nie mówiąc już o Korwinie, Foltynie czy Sierakowskim.

12345 5 głos(ów), średnia: 4.6
Loading ... Loading ...

Komentarz

Jak być niezrozumiałym?

Wystarczy w całej rozciągłości, wbrew obecnym prawom i porządkom, z cała stanowczością mówić o tym co jest moralne w sposób logiczny. Wtedy możemy być pewni że zapewne ktoś pominie cały wywód logiczny, nie zada sobie nawet krzty wysiłku aby przeanalizować nasz moralny punkt widzenia i zaprezentuje samą konkluzje która przecież stojąc w całkowitej sprzeczności z obowiązującym sposobem (nie)myślenia, jest czymś co zgodnie z ogólnie przyjętym prądem światopoglądowym winna być w najlepszym wypadku wyszydzona i wyśmiana a w najgorszym jak wiadomo uraczona jadem nienawiści i agresji.
Bo komu chciałoby się wytężać umysł, zagłębiać się w podstawy wywodu logicznego skoro przecież mądrzejsi wiedzą lepiej co dobre a co złe. Wiedzą lepiej w jakim świecie ludziom żyje się lepiej a w jakim gorzej. Wiedza lepiej kto jak powinien się zachowywać i komu należy ufać a komu nie.
Od zawsze twierdze że ludzie nie są głupi (no może nie tyle twierdze co wierze, bo i pewnie też mi się zdarzały takie uogólnienia). To błędne koło sprawia jednak że sami zaczynamy sobie wmawiać że nie rozumiemy świata, że jesteśmy tępi. Rozglądamy się dookoła i widzimy ludzi podobnych nam. Ale zewsząd płynie przekaz: swołocz, lud, tępa społeczna masa jest głupia. Nie potrafi sobie poradzić. Ktoś musi o nas zadbać. Ktoś musi zadbać o nasze bezpieczeństwo. O to aby wyznaczyć kierunek tej nieświadomej świata masie. Masie do której jakby nie było należy każdy z nas. I choć sami w swej świadomości nie potrafimy się zdefiniować w ten sposób, uważamy się za lepszych to w podświadomości przecież widzimy że jesteśmy tacy sami. Tacy sami jak sąsiad, tacy sami jak kumple z podwórka, tacy sami jak znajomi z pracy. Tacy sami jak ludzi których bez namysłu potrafimy nazwać głupcami.

Kiedyś przeprowadzono taki eksperyment: na wykładzie pewien profesor umówił się z częścią grupy że na kwadrat będą mówić prostokąt a na każdy prostokąt będą mówić kwadrat. Kiedy na sali pojawili się niewtajemniczeni z początku protestowali. Masa reszty jednak przytłoczyła ich w ten sposób że jeszcze długo po wyjściu byli gotowi bić się z kimkolwiek kto śmiał twierdzić że kwadrat to kwadrat (było jakoś tak, może coś przekręciłem ale zasadniczo o to chodziło że grupa jest w stanie zmanipulować wśród jednostek oczywiste rzeczy).

Brniemy w naszym codzienny życiu na każdym kroku w takie paradoksy. I cholernie trudno powstrzymać się przed uległością i naporem filozofii mas. Szukamy autorytetów podczas gdy one same jeszcze bardziej wzmacniają w nas ten obraz gdzie na każdym etapie winniśmy myśleć a przede wszystkim powtarzać to co wszyscy wkoło.

Gdy ktoś krzyknie że król jest nagi? Rzeczywistość to nie bajka - tłum gotów jest ukamienować małe dziecko. W takim świecie żyjemy. W tym naszym świecie naturalnym jest że gdy ktoś próbuje nam pokazać że to co nam wmawiano całe życie, że to w co wierzyliśmy bo mówili nam o tym ludzie którym ufaliśmy, jest zwyczajnie sprzeczne z tym co każdy uczciwy i moralny człowiek winien wyznawać, reagujemy agresją.

A wystarczy przecież z tak oczywistego postulatu, który jest podstawą naszego definiowania dobra (której to podświadomej definicji jeszcze na całe szczęście nikomu nie udało się zatrzeć), a którym jest stwierdzenie że nikt poza nami samymi nie jest naszym właścicielem, poprzez logiczną konstatację dojść do zbudowania całego systemu wartości, który u każdego gdzieś w sercu tkwi od dawien dawna. Wartości które mówią np. jednoznacznie że każda forma przymusu jest złem. Że agresja która kierowana jest w kogokolwiek bez uzasadnienia (czyli gdy wcześniej ktoś nie zachował się agresywnie) jest złem. Że pozbawianie pod przymusem owoców pracy kogokolwiek, że wkraczanie w dobrowolne umowy pomiędzy ludźmi jest złe. Wystarczy. Na tym dalej można logicznie stwierdzać kiedy postępujemy dobrze, kiedy źle.

Coś jednak dzieje się takiego że nie chcemy tego dostrzegać. Wolimy spokój lemingów. Podążanie za masą. Bez odrobiny zastanowienia. Bez zainteresowania się co tak naprawdę kryje się za tą sączącą się pogardą, szyderstwem i nienawiścią. Bez chwili refleksji że jak te lemingi bezmyślnie bierzemy w tym udział.

so goodbye and goog luck …. lemmings…

post dedykowany licznej rzeszy komentatorów stąd.

12345 3 głos(ów), średnia: 4.67
Loading ... Loading ...

Komentarzy

rEVOLution - Ron Paul, kto to jest do ch Ron Paul?

Na dobry początek blogowego roku o pewnym starszym Panu, który zrobił niezły zamęt w sieci a i mam ogromną nadzieję że zrobi w najbliższym roku jeszcze większy zamęt w rzeczywistości.
Wpis zasadniczo przeznaczony jest dla tych co to nie wiedzą kto to jest Ron Paul. Otóż to taki pan co to jest kandydatem na prezia Hameryki. Po co w ogóle o tym pisze?
Ano choćby dlatego że jest to jeden z gości który po raz pierwszy od dawien dawna zjednoczył ludzi wokół idei wolności. I na dodatek może mieć realny wpływ na to aby zalać nią spora część świata. Oczywiście choć nie należy pokładać wielkich nadziei w tym że zostanie on prezydentem USA, to jednak mimo wszystko zrobił on i zapewne zrobi jeszcze bardzo dużo dla pokazania światu tego o czym ten świat zapomniał. Co więcej pokazał to zwykłym ludziom i zjednoczył ich jak nikt.
Pokazał że wolność może być atrakcyjna i mimo tego że każde totalniackie kłamstwo, choć z pozoru takie miłe dla człowieka, tak łatwe i rzucane z każdej strony sceny politycznej, i przede wszystkim tak wydawać by się mogło trudne do odkręcenia można odkręcić i podać w naprawdę ładnej, zgrabnej i przede wszystkim przyciągającej formie.
Ron Paul pokazał że można w kulturalny a przy tym bardzo celny sposób miażdżyć przeciwników argumentami. Choć gada o tak trudnych rzeczach których mało kiedy prości ludzie potrafią dostrzec, to mówi o nich w przyjaznej dla szarego człowieka formie. Nie ma w nim odrobiny buty i arogancji wymierzonej w obywateli tak jak to nad wyraz często czyni (niesłusznie zresztą moim zdaniem porównywany z Paulem) Janusz Mikke herbu Korwin.
Nie chcę się tu rozwodzić bo nie ma sensu chyba powtarzać tego wszystkiego co można o naszym bohaterze znaleźć w sieci. Na koniec będzie zresztą trochę linków które warto przejrzeć.

Hasłem kampanii Rona Paula jest “Ron Paul rEVOLution”. I tak naprawdę to ta rewolucja już się dokonała. Dokonała się w milionach serc amerykanów którzy poświęcają się dla swojego kandydata jak mało którzy zwolennicy innych. Dokonała się również w sieci gdzie miliony osób na całym świecie zakładają strony propagujące wolnościową rewolucje. Dokonała się bo pokazała tym nielicznym którzy tracili nadzieje na spełnienie marzeń o wolności że mimo iż wolność to domena indywidualizmu można wokół niej zebrać i zjednoczyć naprawdę wielu ludzi i dla wielu może być ona atrakcyjniejsza niż socjalistyczne, interwencjonistyczne, etatystyczne i totalitarne farmazony.

Rzecz w tym aby rewolucja ta nie skończyła się po wyborach, wszystko jedno wygranych czy przegranych prze Paula. Aby ta rewolucja trwała i zarażała. Aby cały ten potencjał wyzwalał kolejne inicjatywy obywatelskie, jednoczył ludzi no i tak dalej. Jakby to naiwnie nie brzmiało. Aby takie rozkosznie nielegalne inicjatywy przybierały na sile. Bo o to chodzi w rEVOLucji a nie o stołek prezia (choć oczywiście, niewątpliwie byłby on dużym krokiem ku potęgowaniu takiej wolnościowej aktywności :D).

Na koniec obiecane linki:
www.ronpaul2008.com - oficjalna strona
I kilka stron po polsku:
ronpaulish.blog.onet.pl
www.niekradnij.pl
Oraz:
Artykuł na hyperreal
Seria postów Bartka Ciszewskiego (jakoś trudno mi było wybrać jeden konkretny :))
A nawet i całkiem nie napastliwy artykuł w rzepie.


so join the rEVOLution!

12345 2 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarzy