Cobain: Montage Of Heck – opowieść o zwyczajnym szaleństwie

Jak nie znasz historii Nirvany, nie do końca wiesz kim był Kurt Cobain i nie odczuwasz głębszej emocjonalnej więzi z jego twórczością to to nie jest za bardzo film dla Ciebie.

Ten film nie opowiada historii Kurta. Nie jest jego biografią i obiektywną opowieścią o jego życiu. Tym bardziej nie jest opowieścią o samej Nirvanie. To film zlepiający w całość źródła jego krzyku.

Albo inaczej. Dla przypadkowego widza będzie to film o menelu, ćpunie i niezrównoważonym emocjonalnie wykolejeńcu, który cholera wie jakim sposobem stał się gwiazdą.

To trochę próba wygrzebania z pozostawionych śmieci tego co miał w głowie. Całkiem nieźle skonstruowana.

Większość wywiadów, zdjęć i materiałów, które znalazły się w filmie w takiej czy innej formie znałem. Smaku nadają jednak ujęcia i rzeczy z prywatnego archiwum pokazujące kulisy i panujące za oficjalnymi materiałami emocje. Dla fana Cobaina te drobnostki robią ten film.

Tak jak go zrozumiałem nie o historie w nim chodzi a o całą emocjonalność, która stała za fenomenem Kurta. Emocjonalność brzydką, wulgarną i tragiczną. Trudną do zrozumienia. Epatującą destrukcją i samotnością. Taką której się boimy i od dziecka uczymy się jak się jej wyzbyć a przynajmniej jak ją ograniczyć.

Nirvana była ujściem emocji dla wielu dzieciaków. Tak jak to jest z większością rockowych kapel będących emanacją epoki w której tworzą. Dla tych dzieciaków to było zbawienie. Odnajdowali swoje miejsce w świecie. Świadomość tego, że nie są sami ze swoimi problemami, że są ludzie o podobnej wrażliwości, o podobnej potrzebie ekspresji tego co wewnątrz było kojącym lekiem. W Kurcie to był tylko katalizator do pogrążenia się w jeszcze większym szaleństwie.

Nie chcę tu robić amatorskiej psychoanalizy idola mojej młodości bo w sumie nie o to chodzi aby racjonalizować jego popieprzone życie i to co miał we łbie.

Od strony konstrukcyjnej filmu – zrobione jest to naprawdę fajnie, video uzupełniane w sposób niezauważalny przejściami z oryginalnej ścieżki do nagrań studyjnych, nagrania audio uzupełnione animacjami, ożywione notatki i rysunki. Naprawdę kawał dobrej roboty.

Trochę brakowało mi kontekstu, osadzenia względem tego co działo się wewnątrz zespołu i bezpośrednim otoczeniu Cobaina. Czułem trochę zakłamań, trochę spłyceń, wiele wątków zostało pominiętych. Choćby czas gdy Kurt mieszkał razem z Grohlem i późniejszy absurdalny brak kontaktu między Kurtem a resztą zespołu. Ale jak napisałem taki był pewnie zamysł aby nie opowiadać historii taką jaka ona była, nie gdybać na temat konkretnych powodów kolejnej szprycy, którą sobie fundował Kurt.

Kurt był popieprzony. Ten obraz pokazuje jak bardzo. Dla zrównoważonego emocjonalnie człowieka wręcz odpychająco. Ktoś kto zna Nirvane i Kurta jako romantyczną legendę może po obejrzeniu filmu się nieźle rozczarować. Jednak gdzieś pomiędzy przerażającą rozpaczą, wulgarnością, samotnością i słabością kryje się ogromna wrażliwość. Wrażliwość, której nikomu nie życzę. Wrażliwość, która skutkuje szaleństwem i autodestrukcją.

Mam sentyment do tej romantycznej sentencji o tym jakoby „lepiej szybko się wypalić, niż gasnąć powoli”. Szaleństwo jest na swój sposób pociągające. I często żałuję, że nie ma go we mnie choć odrobinę więcej. Problem w tym, że życie jest o wiele przyjemniejsze gdy łyka się je w małych dawkach. Człowiek przynajmniej się nie zadławi. I na dłużej wystarczy. Choć z takim balansem można przeholować i w druga stronę. Ale w ten sposób mamy wiele więcej szans na odnalezienie granicy własnego szaleństwa bez przekraczania tej cienkiej linii, którą Cobain nieodwracalnie przekroczył.

I w sumie tyle w temacie… Nie ma puenty…

Posted in Boje kulturalne, Qatryk poleca and tagged , .