Od dłuższego czasu nurtuje mnie jedna sprawa.
Oglądam sobie film - idzie dajmy sobie dwójka bohaterów owego filmu i prowadzą dialog; dochodzą do samochodu; po czym ni z gruchy ni z pietruchy kończą gadać i stwierdzają coś w ten deseń: dobra, nie ma co, pogadamy w domu. Otwierają drzwi i wchodzą do tego samochodu. No rzesz kuchwa, co to jest? Albo gadają w samochodzie i jak wychodzą - to na tej samej zasadzie, kończą gadkę po czym… kierują się oboje do knajpy.
Albo np. dzwoni ktoś do kogoś w jakieś kryzysowej sytuacji, i ten ktoś po drugiej stronie mówi: to zaraz będę. No i oki jest w następnej scenie, pojawił się a okoliczności przyrody ani o jotę się nie zmieniają. Tak jakby przejechanie samochodem z jednego miejsca w drugie zajmowało pół minuty.
Pomijam tu już ogólnie całe te nieciągłości i nieżyciowości, typu bohaterowie filmowi nie śpią, nie jedzą, nie sikają (no chyba że jak Travolta robią kupę, ale robią tą kupę tylko po to żeby dać się przerobić na ser szwajcarski).
Tu chodzi o takie drobnostki które normalnie się w życiu nie zdarzają na takiej zasadzie jak Konrad w Dniu Świra o tych twardzielach filmowych mówił co to myją zęby zapijają łiskaczem a potem zaciągają się szlugiem.
O albo jeszcze jedno - leży se parka w łóżku, prowadzą jakąś gadkę po czym: no dobra idziemy spać gaszą światła i już śpią.
Bez sensu.

1 głos(ów), średnia: 4
qatryk:



Mnie załamują amerykańskie filmy, ich przewidywalność, gdzie nie trzeba mieć wysokiego IQ, żeby wiedzieć, że w ostatniej sekundzie bomba zostanie rozbrojona. Nigdy kilkanaście sekund przed czasem!
Osłabia mnie jakiś rytualizm, schematyzm zachowań filmowych Amerykanów. Z byle powodu ciągle się obejmują, mówią sobie ciągle ,,świetnie wyglądasz”, na co jest tylko jeden odzew (odruch psa Pawłowa): ,,dziękuję, ty też”.
A już najgorsza jest głupota filmowych Amerykanów. Na przykład w jakimś filmie, gdzie w samolocie podłożony był ładunek z trującymi chemikaliami, młodzi bohaterowie, którzy dopiero co się poznali w tym samolocie, w trakcie akcji ratunkowej na lotnisku, zamiast wyskakiwać jak wszyscy, nagle za3mują się w drzwiach samolotu i się całują, ryzykując swoim życiem i innych pasażerów, którym blokują drogę ewakuacji, gdzie liczy się każda sekunda. Podobne sceny głupoty Amerykanów widziałem w WIELU filmach. Ciekawe, czy tylko w filmach są takimi kretynami…