W świecie wielkie poruszenie bo chińczyki biją Tybet. Zjawisko jest dość ciekawe. Teatr po pierwsze hipokryzji której najlepszym przykładem może być deklaracja Donalda że na inauguracje olimpiady to on nie pojedzie a z drugiej strony dobrze wiadomo że żadne sankcje Chin nie spotkają. Z drugiej strony jakieś absurdalne akcje i paniczna bezradność szarych ludzi czy organizacji pozarządowych.
Z mojego punktu widzenia rzecz jest prosta - jeżeli tybetańczycy sami nie wywalczą sobie wolności to nikt im nie pomoże. Gdyby nie ta hipokryzja świata, gdyby nie to że żadnemu rządowi nie zależy na jakiejś tam wymierającej grupie etnicznej, gdyby ludzie na świecie nie byli mamieni ideologią pacyfizmu i bezpieczeństwa, do Tybetu dawno temu płynęłyby kasa i broń.
Co tu dużo gadać jeżeli nikt nie ma interesu w tym aby Tybet istniał to Tybet istnieć może tylko gdy tybetańczycy będą tego chcieli.
Dziś Tybetańczycy stoją przed wyborem albo będą bronić swej tożsamości poprzez zbrojną walkę partyzancką do ostatniej krwi i albo zwyciężą albo polegną z honorem, albo czeka ich los tułaczy.
Trzecie wyjście to poddanie się i powolny zanik wśród miliardów chińczyków, z jakimiś tam jednostkowymi próbami buntu - i to zdaje się choć przykre wydaje mi się być dziś najbardziej prawdopodobne.
Rozpatrzmy jednak jak mógłby się potoczyć los tybetańczyków gdyby zdecydowali się na los tułaczy. Na tej drugiej drodze mają do wyboru albo los cyganów albo żydów. Oba przypadki nie przynoszą im jako narodowi chwały ale pozwolą przetrwać. Nie wiem jaka jest mentalność tybetańczyka, jak bardzo różni się ona od tego obrazu buddyzmu jakim zalewa nas telewizor ale droga koczowników świata jest drogą tak jak napisałem dwojaką.
Droga romska to droga kompletnego rozproszenia, kształtowania się odrębnych nie związanych w żaden sposób ze sobą kast które już nigdy swego państwa mieć nie będą. I to mi chyba najbardziej pasuje do buddyjskiej mentalności.
Droga żydowska to droga gdzie jedność zostaje zachowana a wszelkie działania będą zmierzać do jednego celu - odzyskania i odbudowania własnego państwa.
Co wybiorą tybetańczycy - szczerze mówiąc, to tylko i wyłącznie ich sprawa.
Prawda jest taka że głosy oburzenia świata to jedynie próby jakiegokolwiek wytłumaczenia się przed samym sobą.
Sytuacja jest podobna do takiej gdzie garstka ciuli z podwórka zamęcza jakiegoś bezdomnego kundla i choć dzieciaków które na to patrzą i ciekną im łzy z oczu jest więcej i spokojnie ciulom dałyby radę gdyby odnalazły w sobie odwagę to i tak los kundla jest przesądzony.
Dlatego za debilizm uważam wszelkie akcje typu odeślijmy chińczykom koszulki czy co tam jeszcze w ostatnim czasie wymyślono. Nie dość że najpierw daliśmy zarobić chińskiemu przemysłowi to teraz jeszcze teraz banda hipokrytów wesprze chińską pocztę.
Jedyne co można zrobić to wspierać tybetańskie powstanie. Wspierać kasą, bronią. Tylko jaki kraj miałby w tym interes żeby to robić albo przynajmniej przyzwolić na takie akcje swoim obywatelom. Jacy “obywatele” opętani manią pacyfizmu i bezpieczeństwa byliby gotowi finansować tybetańskie powstanie.
Wyrzuty sumienia najlepiej przykrywa się współczuciem. I niczym ponad to…

qatryk:



Bardzo dobry post.
I jeszcze sportowców nawołują do infantylnych manifestów (a de facto poddania się dyskwalifikacji). Mniejsza o to, że będą żreć suchy chleb na emeryturze. Wczesnej, jak to u sportowców.
Nie zgadzam się z Twoją oceną tego, że jak Tybetańczycy nie będą chcieli walczyć to już wszystko będzie wyjściem bez honoru czy dumy. Patrzysz na to w bardzo jednostronny sposób. Owszem, za mało i za późno się cokolwiek robi w tej sprawie co nie znaczy, że nie należy już nic robić, tylko od razu broń wysyłać do Tybetu…
Widzisz to kwestia skuteczności - kurde no nie da rady w Tybecie zrobić myku ala Ghandi. Zwyczajnie Chińczyki rozjadą ich czołgami i będzie po ptokach. No taka głupia rzeczywistość - jak masz do czynienia z takim morzem wroga to jedyna skuteczna metoda to partyzantka albo ucieczka.
Może źle się wyraziłem - jasne pozostanie przy swoich ideałach i śmierć nie jest wyjściem bez homoru - wręcz odwrotnie. Tylko że ja nie za bardzo bym chciał aby Tybetańczycy zostali zmiecieni z powierzchni ziemi za cene nie stracenia honoru.
Aaaa no to teraz Cię rozumiem. Też bym chciał, że przetrwali. Szkoda, że nie mają ropy u siebie albo innych fajnych surowców, które się już kończą. Jak by mieli raz dwa USA by tam przyjechało i broniło “demokracji” itd… Bezsilność jest wkurwiająca…