Najlepsza książka

To odcinek 7 z 25 w Bojowej Serii wpisów 30 tekstów

Zdarzyło mi się przeczytać w życiu trochę książek i były to książki zarówno wielkie jak i takie, które powinny znaleźć się co najwyżej w toalecie jako emergancy kit w razie braku papieru. Nie mam absolutnego lidera w wyścigu o tytuł najlepszej książki jaką przeczytałem ale jest jedna taka, która zostawiła we mnie bardzo głęboki ślad na lata.

Nie mam zamiaru opisywać jak to ważne jest aby czytać bo otwiera nam to horyzonty, pobudza wyobraźnię i tym podobne pitu pitu. Chcesz to czytaj, nie chcesz nie czytaj. Wcale nie uważam, że książka jest warunkiem koniecznym dla zrozumienia siebie i świata wokoło. Czytanie stanowi czasem śmieszny fetysz, bo w istocie ludzie czytających wszystko hurtowo wcale od tego nie mądrzeją a stają się jedynie impertynencko zadufani w sobie. Zresztą…

Wracając do tematu. Mógłbym napisać o wyświechtanych pozycjach typu „Mistrz i Małgorzata” czy „Moby Dick”. I pewnie, że są to opowieści, które musiały zostawić piętno na mojej nieskromnej osobie. Są to opowieści monumentalne. Swoim kalibrem i ciężarem wręcz przytłaczające. Bałbym się jednak postawić na piedestale jako te najlepsze bo skupiają się one jedynie na wycinku życia, na małym spektrum tego na czym skupia się literatura w całości.

Jest natomiast jedna, mała książka, która cholernie mocno zapadła mi w pamięć. Swoją wrażliwością. Tym typem wrażliwości, który jest mi bardzo bliski. Podobnym poczuciem samotności, alienacji, emocjonalności i rozumowania z jakimi sam się uosabiam.

Firmin” to już przykurzona pozycja z przed paru ładnych lat, która chyba jakoś specjalnie nie przeszła do kanonu literatury współczesnej. A szkoda. Pozornie bajkowa opowieść o szczurze, który zaczyna czytać i zakochuje się w wielkiej literaturze. I to właśnie Firmina wybrałbym na książkę, która jest mi najbliższa. To chyba jedna z niewielu książek, podczas czytania której potrafiłem się głośno uśmiechnąć ale i uronić łzę nad losem tego poczciwego zwierzaka.

Ta książka opisuje piękno z perspektywy małego, zagubionego w świecie, brzydkiego i budzącego odrazę szczura. Cholernie zazdroszczę autorowi mocy ujęcia w proste słowa emocji jakie towarzyszą nam w najbardziej intymnych chwilach. Chwilach smutku, radości, zwątpienia, ekscytacji. W chwilach miłosnych uniesień, młodzieńczej porywczości, starczej niedołężności i śmierci.

Bez sensu zresztą opisywać o czym to jest. Naprawdę polecam bo nawet jeżeli nie porwie Was sama historia, obojętnie podejdziecie do filozoficznej strony przemyśleń Firmina i nie wzruszy Was jego niedola to przynajmniej będziecie mieli niezły przegląd kanonu literatury i filmu, które odznaczyły się piętnem na naszym świecie. A ja mam nadzieję, że w minimalny choć sposób Wasza wrażliwość i sposób odczuwania świata zostaną pobudzone i wzmocnione.

ps. „Ojciec chrzestny” też dobry.

Posted in Boje kulturalne.