Ciekawa sprawa - prawdopodobnie w najbliższym czasie zacznie się toczyć za sprawą “Boga Urojonego” Dawkinsa na nowo odwieczny spór wiary z niewiarą. Taki Korwin poświęcił ateistom już trzy ostatnie notki. Nie dziwi mnie że pewne grupy wierzących odczytują to co mówią “wojujący ateiści” jako bezpośredni atak na ich wiarę. Zastanawiające jest jednak to gdy ludzie nie głupi sprowadzają argumenty ateistów do tego co zrobił JKM.
Rozumiem że to nie jest fajne gdy ktoś próbuje podważyć coś w co wierzymy całe życie i powiedzieć że to nic nie warta bajka. Tylko że żaden ateista nie próbuje tego robić!
Zatem z czym walczą ci wstrętni ateiści? Z bogiem o którym wiedzą że go nie ma? Czyli że co - wariat jestem bo podejmuje od razu straconą walkę której wiem że nie wygram bo jak niby można wygrać z nieistniejącym wrogiem?
Ateiści nie walczą z bogami. Co więcej ateiści nie walczą także z wiarą. Jasne że pewnie część ma wiarę w pogardzie a co więcej szydzi z niej często w niewybredny sposób. Tylko że komu to robi krzywdę? Że kogoś obrażam tym że mówię że ktoś zachowuje się gorzej od dziecka wierząc w bajki? Rozumiem że słowo silniejsze od miecza, ale do cholery czy ktoś słyszał o ateiście nawołującym do palenia na stosach wierzących, do sądzenia ich za ich wiarę, do wsadzania do więzienia?
Ateizm to co najwyżej pogarda a raczej pobłażanie dla dziwactwa i tej łatwizny jaką jest wiara. Ale nigdy ateizm nie jest oznaką nienawiści dla ludzi pragnący istnienia bogów. Co więcej wdaje mi się że ateiści odnoszą się do wierzących z dużą sympatią. Do tych wierzących w pełni tego słowa znaczeniu. Do wierzących którzy do swej wiary doszli poprzez długą drogę wątpliwości i poszukiwań.
Wróćmy zatem do pytania zasadniczego: z czym walczy ateista?
W zasadzie to pytanie można zadać nieco inaczej. Jest ono też jednym z argumentów ludzi religijnych (tu zaznaczam że człowiek religijny nie koniecznie równa się temu wyżej wspomnianemu wierzącemu): ludzie niewierzący są amoralni. Czyli zadajmy sobie pytanie najważniejsze z punktu widzenia tej dyskusji: czy nie mając wzorców zawartych w mądrych księgach czy przekazach, można być człowiekiem moralnym?
I tu jest sedno - śmiem twierdzić że moralność 99% ateistów stoi na znacznie wyższym poziomi niż ludzi religijnych (i tu jeszcze raz podkreślam że nie mam w tym momencie na myśli konkretnie ludzi wierzących). Moralność każdego wolnego człowieka jest czymś tak naturalnym że trudno nawet opisać jej genezę. I tu jest to co chyba niektórym trudno zauważyć a ja pozwolę postawić sobie tę śmiałą tezę: ateistów i tych opisywanych wcześniej wierzących wiele łączy. Przede wszystkim to poszukiwanie. A moralność u jednych i drugich wynika właśnie z tego poszukiwania. Jasne że na poziomie doktryny, dogmatów te moralności się nie pokrywają (choćby kwestie aborcji na ten przykład). Jednak w dużym horyzoncie zasady moralne jednych i drugich pokrywają się. Wynika to z natury człowieka jako takiej. To jak sobie tę naturę wytłumaczyć, czy jest to chęć posiadania nad sobą wyższej instancji czy też zwyczajna równość wobec świata każdego życia jest bez znaczenia.
To dochodzimy jednak do niebezpiecznego punktu. Ktoś kiedyś postanowił rzecz wykorzystać. No i tak powstawały sobie religie. A że kolejny ktoś zauważył że dzięki religiom bardzo łatwo manipulować ludźmi, bo człowiek z natury leniwy jest a i przy okazji zwierz to jakby nie było społeczny, zaczęto dokładać różne ciekawostki. Od tego że kobieta to jakiś podgatunek co to do garów się ino nadaje i służenia mężczyznom, że oko za oko, że gwałt i morderstwo można często usprawiedliwić, że ginąć z imieniem boga na ustach to zaszczyt i honor, że od reguł są wyjątki o ile chwali się przy tym pana najwyższego itd itp. A że ludzie jak wspomniałem leniwi i społeczni to nie tylko poddali się dla takich czy siakich korzyści wymogą kapłanów ale co więcej zobaczyli że w sumie to ci bogowie to fajni są bo można przed samym sobą usprawiedliwiać sobie zwierzęcą stronę człowieczej natury.
I wszystko byłoby pięknie gdyby co chwila nie pojawiali się jacyś ateiści. Z początku pewnie w postaci zakamuflowanej bo trudno było kiedyś przeżyć gdyby choć raz się wymskło że się w boga nie wierzy (choć wszyscy wiemy że wielu nie udało się jednak utrzymać języka za zębami). No ale po pewnym czasie tu i ówdzie religie zaczęły łagodnieć aż zaprowadziły nas do miejsca w którym dziś jesteśmy.
I dziś dzięki tym moim poprzednikom głośno mogę mówić że religia prowadzi tylko i wyłącznie do zagłady. Że religia której ślepo ulegają tłumy jest największą zbrodnią ludzkości którą ludzkość sobie sama aplikuje. Że religia poniża, zniewala, tłumaczy największe zbrodnie, zamilcza ludzkie nieszczęścia uprzednio sama je inicjując. Religia nie tworzy z głupców ludzi moralnych jakby to chciało wielu wierzących - religia z głupców robi ludzi do cna niemoralnych.
Dlatego drogi wierzący następnym razem potępiając ateistę za to co mówi zastanów się najpierw o czym on tak naprawdę mówi. Czy aby na pewno dotyka on twojej tak intymnej sfery jaką jest niewątpliwie wiara, czy po prostu protestuje przeciw tworzeniu z ludzi amoralnych marionetek, które w każdej chwili można wysłać na wojnę.
A tak przy okazji jak już dojdziesz do podobnych wniosków a mimo wszystko będziesz odczuwał potrzebę wiary to polecam poczytać Laoziego (to taki gość co rzucił trochę grosza do koszyka o nazwie taoizm, a właściwie go uplótł).
A co do objawień - kiedyś u wyrusa napisałem złotą myśl:
“Każdy ma cuda na jakie zasłużył.”
Ja mam te najpiękniejsze, wschody i zachody słońca na morzach, jeziorach, nizinach i w górach.

qatryk:



0 Odpowiedzi do “O bogach, religiach i qatrykowym objawieniu”