Warning: fopen(/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess) [function.fopen]: failed to open stream: No such file or directory in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 377
Cannot open file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fwrite(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 381
Cannot write to file (/home/patryk/public_html/blog/wp-content/backup/.htaccess)
Warning: fclose(): supplied argument is not a valid stream resource in /www/global/qatryk/wp-content/plugins/backupwordpress/functions.php on line 385
Qatrykowe boje

Archiwa

Skuteczniejszy od przeciętnego wyborcy

Otóż jest bowiem tak iż przeciętny wyborca może się pochwalić tym że wprowadził jednego polityka do parlamentu. A i to nie zawsze. Mi udało się wprowadzić ich pięciu (z tego co widzę). Fakt 95 pozostałych na których oddałem głos nie zasiądzie w wygodnych brukselskich ławach. Przykro mi bardzo z tego powodu. Mam jednak nadzieję iż Ci którzy dzięki mnie dostali się do parlamentu nie zawiodą moich oczekiwań i będą skutecznie robić to co zwykle - pieprzyć głupoty, żreć za nie swoją kase i inne takie tam fajne prozaiczne rzeczy które robią wszystkie pasożyty.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Libertariańska Teoria Klas

Własnie wypuściliśmy na liberalis.pl kolejny odcinek Nieregularnika. Zapraszam do poczytania.

Osobiście pozwolę sobie obszernie zacytować artykuł Krzyśka Śledzińskiego o libertariańskiej teorii klas, bo ładnie ujmuje to jak libertarianin widzi świat (w życiu czegoś takiego bym nie napisał bo dużo tu trudnych słów, no i jak dla mnie za bardzo pompatycznie - ale tak czy inaczej trafia w sedno):

(…)Społeczeństwo dzieli się na dwie klasy: wyzyskujących i wyzyskiwanych. Wyzyskujący, potrójna spirala władzy, spajają trzy, pozornie antagonistyczne grupy: państwowcy (statokracja), finansowe elity (plutokracja) i inteligencja (nookracja).

Każda z tych grup posiada wspólne interesy - głównym z nich jest sama możliwość istnienia i funkcjonowania; w przypadku braku którejkolwiek z wymienionych ich działalność byłaby nie tyle utrudniona, co niemożliwa.

Pierwotną kategorią jest państwo - powstałe drogą podboju, niezależnie czy endogenicznego (Marks, Jouvenel), czy egzogenicznego (Oppenheimer, Gumplowicz), dzięki swojej immanentnej cesze, jaką jest monopol na stosowanie siły i przemocy, umacniające swoją władzę i rozszerzające ją na coraz to nowe terytoria. Wyzysk pojawił się właśnie wtedy: statokraci narzucali poddanym przymusowe daniny i inne ciężary (również w formie „konfiskaty” czasu), atakowali sprzeciwiających się i dusili wszelką opozycję. Pojawiły się również pierwsze wywłaszczenia pokonanych na korzyść zwycięzców.

Dalszy rozrost machiny państwowej dokonał się dzięki pojawieniu się grupy, która, sama niezaangażowana w państwo, widziała w nim najprostsze rozwiązanie swoich problemów. Finansowe elity, którym drogą wolnorynkową i metodami konkurencji nie udało się zdobyć monopolistycznej pozycji i które same nie były w stanie utrzymać się na rynku, jako jedyne wyjście uznały skierowanie się do państwa i doprowadzenie do monopolizacji gospodarki drogą prawną lub państwową interwencją. Dopiero po zaprzęgnięciu państwa do tego procederu, stało się możliwe posunięcie wyzysku dalej, na nowe tory - mianowicie, wprowadzone zostały bariery wejścia na rynek, nałożono cła transportowe, które szkodliwe są głównie dla konsumentów, zróżnicowano stawki podatkowe lub wręcz zaniechano pobierania podatków od grup wybranych przez państwo. W ten sposób, połączone siły państwa i elit finansowych doprowadziły do korporatyzacji gospodarki; rynek, coraz bardziej ograniczany nowymi regulacjami, przestał funkcjonować w sposób prawidłowy - zastąpiony został tzw. rynkiem państwowym, na którym pojawiać mogą się jedynie te produkty, które zostały zaaprobowane przez państwo i lobbujące elity finansowe. Wszystkie inne dobra wykluczone zostały z obrotu, skazane na niebyt, a ci, których utrzymanie zależało od ich produkcji czy dostarczania - albo na śmierć głodową, albo na poszukiwanie nowego zajęcia. Kluczowe znaczenie miało również wprowadzenie państwowego, sprzecznego z pierwotnym rozumieniem, prawa własności. Główną różnicą pomiędzy dwoma rodzajami prawa własności, sztucznym i naturalnym, był fakt, iż w reżimie państwowym prawo własności nie było tożsame z użytkowaniem. Taka regulacja oznaczała, że państwo, jako jedyny i pierwotny posiadacz całej ziemi na danym terytorium, może decydować, kto nabędzie daną ziemię. Raz politycznie zawłaszczona, zgodnie z prawem pozostawała w rękach finansowych elit, które nie musiały nawet ziemi zobaczyć, nie wspominając o zmieszaniu z nią pracy. Taka symboliczna apropriacja, połączona z uprzednim masowym wywłaszczaniem klas uciskanych, stawiała klasy panujące w znacznie lepszej pozycji. Wyzyskiwani zredukowali zostali do dzierżawców i zmuszeni do okresowej zapłaty czynszu za samą możliwość korzystania z ziemi lub, wywłaszczeni, musieli poszukiwać nowych miejsc zamieszkania i nowych sposobów zarabiania na życie z tą różnicą, że ich wybór podyktowany był prawnym lub faktycznym przymusem, jakiego dopuściły się klasy rządzące; co więcej, jakąkolwiek decyzje podjęli, zawsze natknąć musieli się na ten sam aparat, jaki był w miejscu, które opuścili, zawsze już mieli do czynienia z państwem, absolutnym właścicielem ziemi, lub jego ręką w postaci faworyzowanej elity, plutokracji. To całkowite wypaczenie i wykoślawienie praw własności, zaprzeczenie i wprowadzenie ich monstrualnej karykatury, miało ten skutek, że człowiek już wtedy stał się więc zależny od państwa - jeśli nie psychicznie, to fizycznie, gdyż samo funkcjonowanie jednostki ludzkiej zależało od podporządkowania się państwu. Dzięki sojuszowi statokracji z plutokracją, obie grupy wyszły wzmocnione: statokracja zyskała nieosiągalną wcześniej potęgę, dającą dostęp do nowego bogactwa, a także możliwość ekspansji zagranicznej fundowanej z państwowego budżetu (a więc z grabieży umożliwionej owym sojuszem); plutokracja zaś w ogóle mogła pojawić się na scenie dziejowej, co więcej, zdobyć pozycję, o jakiej wcześniej, z powodu wolnorynkowej konkurencji, nie mogła marzyć, i dochody, które posłużyły do dalszego przekabacania statokratów na swoją stronę.

Ostatnie ogniwo wspomnianej spirali, intelektualiści, jest nie mniej istotne niż poprzednie dwa. Zostało dowiedzione, że intelektualiści (z każdą epoką faworyzowana grupa intelektualistów zmienia się, dostosowując się do społecznych i politycznych zapotrzebowań) do istnienia potrzebują państwa; bez niego ich usługi nie będą wykorzystywane. Państwo z kolei nie może obyć się bez ideologii; zadaniem nookratów jest jej zapewnienie. Władza państwowa opiera się na masowym przyzwoleniu; jeśli państwo nie będzie w stanie zapewnić sobie przychylności ogółu, upadnie, gdyż straci poparcie. „Większość populacji musi akceptować jej działania i uważać je za uzasadnione. Akceptacja może oczywiście przybierać różne formy, od pełnego zaangażowania i entuzjazmu, do pasywnej rezygnacji. Musi to jednak być akceptacja w takim sensie, że większość musi wyzbyć się pomysłu, by aktywnie czy pasywnie opierać się próbom nieproduktywnego i niekontraktowego pozyskiwania dóbr”[23]. Jednocześnie, władza nie chce rezygnować ze swoich przywilejów, dlatego do swoich szeregów dopuszcza nookratów. Ideologia (czy też, słowami Hansa Hermana Hoppe, ideologiczna superstruktura) służy indoktrynacji mas; sprawia, że ludzie w ogóle nie orientują się, iż są wykorzystywani. Zakonspirowana propagandyzacja ma być widoczna na każdym kroku, jej wszechobecność ma sprawiać wrażenie, że pogląd na rzeczywistość przez nią promowany jest jedynym i, co ważniejsze, jedynym słusznym. Intelektualiści zaszczepiają w ludzkich umysłach przekonanie, że system, w którym ludzie żyją nie ma sobie równych; ów strach przed zmianą, również część państwowej propagandy, jakkolwiek irracjonalny, jest zakorzeniony tak głęboko, że powoduje pasywną rezygnację przed podjęciem działań mogących zmienić zastane status quo. Kultura masowa (czy też: kultura dla mas) również stanowi efekt działań intelektualistów, chcących wpłynąć na ludzkie umysły w często bardzo osobistych momentach, jak modlitwa czy rozmowa. Człowiek jest więc na każdym kroku bombardowany podprogową propagandą, której „cel zawsze jest ten sam: przekonać społeczeństwo, że to, czego dopuszcza się państwo, nie jest, jak ktoś mógłby pomyśleć, popełnioną na gigantyczną skalę zbrodnią, ale czymś koniecznym i niezbędnym, czymś, co należy poprzeć, czymś, co musi być wykonane”[24]. Nookraci hodują zatem tłumy niewolników, nieświadomych tego, iż są wykorzystywani; to dobrowolne niewolnictwo, będące najgorszą, bo zakonspirowaną formą poddaństwa, jest nieodłączną cechą państwowej rzeczywistości. Jednym z najskuteczniejszych środków na wyposażeniu nookratów jest wywołanie przywiązania do, a wręcz identyfikacji, poddanych z terytorium, na którym zarządza państwo. Mechaniczne uczucie patriotyzmu czy nawet nacjonalizmu od wieków służy statokratom w przeprowadzanej grabieży: ludzie znoszą wszechobecny wyzysk, dlatego że „jest to dobre dla państwa, ojczyzny, narodu”. Również tradycja stała się źródłem wyzysku; im państwo dłużej funkcjonuje, tym trwalsze się wydaje i tym łatwiej wzbudzić mu posłuch u poddanych - nikt nie chce przeciwstawiać się wiecznemu bytowi, który, choćby obalony, powstanie niczym feniks z popiołów. Z pomocy nookratów korzystają w równym stopniu plutokraci, chcąc nie tylko uzasadnić swoją pozycję w społecznej hierarchii, ale również pożądając takiego zmanipulowania opinii publicznej, żeby ta wspierała ich w wyzyskiwaniu samej siebie. Dzięki zbieżności interesów wszystkich trzech wymienionych grup możliwe jest funkcjonowanie wyzysku na ogromną skalę. Co więcej, odseparowują się one od reszty społeczeństwa, często prawnie, chroniąc swoją pozycję i dopuszczając jedynie wybrane jednostki w swoje szeregi. To hermetyczne środowisko nazwać możemy Elitą Władzy. Nie oznacza to, że wśród tych grup panuje całkowita wspólnota interesów; oczywiste jest, że konflikty są na porządku dziennym. Wynika to z faktu, iż po pierwsze machina państwowa daje prawie nieograniczone możliwości sprawowania władzy, toteż jest wielu, chcących mieć do niej dostęp, wprowadzając swoje plany nawet wojennymi środkami, a po drugie - po walce, w której zwycięża bądź jedna, bądź druga strona status quo jest zawsze utrzymywane, z tą tylko różnicą, że grupa stara może być zastąpiona nową, posiadającą jednak takie same uprawnienia.

Do wyzyskiwaczy zaliczyć należy jeszcze zwykłych państwowców, których nie zaszczycono akcesem do wyższych kręgów, oraz tych plutokratów, którzy albo nie mają pozycji wystarczającej, żeby uzyskać dostęp do elity, albo nie wykazali się zdolnościami lub siłą przebicia, umożliwiającą im dojście na szczyt hierarchii. Tu wymienić należy urzędników i klientelę korporacjonistów. Choć oni sami bezpośrednio w wyzysku nie uczestniczą, są jego beneficjentami, zdobywając utrzymanie dzięki grabieży dokonanej na pozostałej ludności. Zaangażowani są więc w środki polityczne, stanowiące kwintesencję działalności państwowej.

Zdecydowaną większość populacji stanowią wyzyskiwani. Trzymani są oni „za zasłoną niewiedzy” przez nookratów. Często nie zdają sobie sprawy ze swojej sytuacji, przeświadczeni o tym, że „wyzysk jest tak naprawdę wolnością; podatki to dobrowolne wpłaty; relacje nie oparte na kontrakcie są tak naprawdę „co do zasady” kontraktowe; nikt nie jest przez nikogo rządzony, lecz my wszyscy rządzimy samymi sobą; bez państwa nie istniałyby ani prawo, ani bezpieczeństwo; bez państwa biedacy umieraliby na ulicach etc.”[25]. Jest to zwykle wynikiem braku dostępu do alternatywnych źródeł informacji, monopolizacją edukacji czy tzw. subsydium historii, to jest modyfikacji historii dokonanej przez nookratów w duchu apologii funkcjonującego systemu. Na klasę tę składają się wszyscy ci, którzy działają w państwowym systemie zwanym białym rynkiem i którzy, stosując kategorie Oppenheimerowskie, zamiast środków politycznych (definiujących działalność stricte państwową) używają środków ekonomicznych, to znaczy uzyskują dochód drogą wolnorynkowej produkcji i wymiany. Nie przeciwstawiają się oni z różnych powodów Elitom Władzy; albo uważają opozycję za z góry skazaną na niepowodzenie, albo akceptują zastany status quo bez pytania, albo wręcz nie wiedzą o możliwości niepodporządkowania się im. Umiejscowić tutaj należy wszystkich uczestników tzw. białego rynku, nieświadomie utrzymujących państwo i pozwalających mu istnieć. „Dla państwowców, są to ofiary, stada krów na rzeź i owiec do ostrzyżenia. Dla Agorystów [tu - ogólnie libertarian - K. Ś.], są oni zewnętrznym rynkiem, któremu można dać wszystko na wymianę - oprócz zaufania. Pewnego dnia przejmą oni kontrolę nad swoim życiem i staną po jednej lub drugiej stronie, albo tego nie uczynią, by zaplątać się w państwowym bagnie lub zostać poniesionymi wichrami rewolucji”[26].

Drugi logiczny koniec owego kontinuum stanowią ci, którzy przeciwstawiają się tzw. establishmentowi. Zaliczyć tu należy zarówno tych, których opozycja ma wymiar ideologiczny (np. antyglobalistów, anarchistów, komunistów), jak i tych, którzy opierają mu się z pobudek ekonomicznych, czyli kontrekonomistów. Ci pierwsi retorycznie podważają monopol Elit Władzy na prawdę, ukazując historię taką, jaka była ona w rzeczywistości; wypunktowują logiczne nieścisłości; są świadomi tego, iż Elity nadużywają swojej siły, i chcą ją ograniczyć lub znieść całkowicie. Drudzy zaś, często nieświadomi wyzysku, angażują się w pozapaństwową, agorystyczną działalność, gdyż jest ona znacznie bardziej opłacalna; nie muszą od niej płacić podatków, zdobywać odpowiednich zezwoleń czy przestrzegać innych prawnych regulacji. Słowem, „odrzucają oni państwowe datki i ignorują regulacje”[27]. Kontrekonomia jest czystym wolnym rynkiem w działaniu; jako jedyna jest ona nieskażona działalnością państwową, stanowiąc sumę całkowicie dobrowolnych wymian w społeczeństwie. Łączy ona w sobie czarny rynek, szarą strefę, podziemną ekonomię, społeczne i obywatelskie nieposłuszeństwo, zakazane przez państwo związki. Co oczywiste, najbardziej niepożądane dla Elit Władzy jest połączenie tych dwóch pozycji: świadomość wyzysku i świadome działanie czarnorynkowe, pozbawiające statokratów i plutokratów, a również - przez analogię - nookratów, ich dochodu.(…)

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarz

Postulaty równiejszych?

Ostatnio mój stary kumpel Trekku wrzucił tekst o tym jakie to postulaty mają ludzie od parady równości, co bardzo go ucieszyło że w końcu jakieś konkrety. Jako że ja też lubię konkrety postanowiłem się  przyjrzeć temu wszystkiemu dokładniej. Mamy trzy postulaty, skrótowo przedstawione przez Trekka i odniosę się właśnie do tych skrótów:

 [...] Jesteśmy obywatelami Rzeczpospolitej Polskiej i chociaż każdy z nas należy do jakiejś mniejszości, to jedno nas łączy. Jako obywatele mamy prawo domagać się, żeby wszystkich nas traktowano w jednakowy sposób. Mamy prawo domagać się od państwa równych praw. Kiedy nasz partner/ partnerka jest chora, chcemy móc dowiedzieć się u lekarza o jego/ jej zdrowie. Chcemy móc podjąć decyzję o przeprowadzeniu operacji wtedy, gdy on/ona nie będzie mogła podjąć jej samodzielnie. Chcemy bez zbędnych formalności dziedziczyć po nim/ niej. Chcemy mieć prawo do wspólnego mieszkania. Chcemy mieć prawo do wspólnego rozliczania się z podatków. [...]

 Dlatego domagamy się uchwalenia ustawy zarejestrowanych związkach partnerskich!

To jest chyba jedyny postulat który nie wzbudza we mnie jakiś zasadniczych wątpliwości. Ogólnie uważam że powinniśmy mieć wpływ na to kto ma mieć wgląd w nasze prywatne życie i na to jak mają wyglądać nasze interakcje z innymi osobami. Czy to sposób w jaki dysponujemy majątkiem, czy to to kto ma mieć możliwość potrzymania za rękę kiedy leżymy nieprzytomni w szpitalu  etc. Oczywiście nie wiem co ma niby iść za prawem do wspólnego mieszkania, czy prawem do wspólnego rozliczania się z podatków.

Rzecz w tym jak takie rozwiązanie ma wyglądać. Nie uważam aby w porządku było zrównywanie takich związków z małżeństwem jako takim. Jeżeli rozpatrujemy sprawę z punktu widzenia państwa to małżeństwo spełnia globalnie zasadniczą rolę wytwarzania kolejnych robocików do tyrania na cały system, więc tu mamy jakiś tam utylitarystyczny powód dla przywilejów instytucji małżeństwa który w przypadku związków homo nie występuje.
Ja oczywiście mam ten powód w poważaniu bo tu nie o to chodzi. Zwyczajnie nie uważam aby państwo miało jakiekolwiek prawo do rejestrowania tego kto z kim jest. Małżeństwo, związek dwojga ludzi można sobie uświęcić w ten czy inny sposób bez udziału państwa. Wracając do realności w obecnych warunkach, w których otacza nas państwo zewsząd innego wyjścia nie widzę. Nie chce się tu spierać o formę - bo mnóstwo jest niuansów które pewnie mogłyby sprowadzić mój głośny sprzeciw, tak samo jak zasadniczo mój głośny sprzeciw wywołuje sposób dofinansowywania małżeństw.

 

[...] Domagamy  się ochrony prawdy i zaprzestania rozpowszechniania nieprawdziwych informacji na temat orientacji homoseksualnej w placówkach nauczania publicznego, mediach i ze strony osób publicznych. Domagamy się prezentacji rzetelnych i prawdziwych badań naukowych na temat orientacji seksualnej. [...]

Dlatego domagamy się realizacji społecznego prawa do edukacji!

Tu nie za bardzo wiem o co chodzi. Nie wiem co to znaczą rzetelne badania w kwestiach psychologii, socjologii i innych bzdurnych nauk ogólnie nazywanych społecznymi. Jeżeli zajmiemy się wyznaczaniem trendów to możemy sobie wysnuć różne wnioski. Wydaje mi się że pod tymi pięknymi słówkami kryje się zwykły totalniacki postulat cenzury i zamykania ust oponentom. Przypuszczam że dajmy na to według Fundacji Równości taki profesor co to z nim afera była że mu nie dali wygłosić swojej pogadanki o gejach na UKSW, zwyczajnie winien mieć w ogóle zakaz wstępu do kraju. Wolność a co za tym idzie wolność słowa mają to do siebie że albo każdy może wygadywać co chce, choćby w naszej opinii były to obelgi i bluźnierstwa. Jeżeli bezpośrednio nie prowadzi to do aktów przemocy nie mamy prawa ingerować i zakazywać takiego przekazu.

Ponadto nie uważam aby było dobrą metodą uczenie kogoś na siłę jacy to geje i lesbijki są fajni i nieszkodliwi. Ogólnie nie uważam aby w szkole potrzebne było coś takiego jak edukacja seksualna a na niej obgadywanie sobie jakiś prawd o tym co to jest orientacja seksualna. Ludzie jakoś sobie przez tysiące lat radzili bez tego i jakoś istniejemy. Mój rocznik było chyba tym jednym z ostatnich które uniknęły tego wątpliwego przywileju nauki kopulacji od ludzika wyznaczonego przez urzędasów, do udzielania młodym ludziom na czym polega miłość i ogólnie że sprowadza się ona do ruchów frakcyjnych które należy wykonywać w taki to a taki sposób. I wydaje mi się że zdecydowanie lepiej na tym wychodzimy niż młodsi którzy ponoć są bardziej wyedukowani od nas.

Wracając do tematu. Nie może być natomiast tak że jeżeli ktoś czuje do homoseksualizmu odrazę z tego czy innego powodu to należy zmusić jego do nie odczuwania tej odrazy. To jest jakaś paranoja, że jak będziemy uczyli i ględzili jacy jesteśmy oki to nas ludzie będą „lubieli”. Sympatie i antypatie ludzi i społeczności zyskuje się tylko i wyłącznie czynami.

Znam trochę osób homo i to są naprawdę fajni ludzie dalecy od stereotypów. Jednak te stereotypu skądś się biorą i bynajmniej jest tak że to są jakieś urojenia. I ci moi znajomi w dużej mierze potwierdzają że faktycznie z samym środowiskiem wiąże się też pewien styl życia.

Inaczej ujmując dla zwykłego człowieka tu nie chodzi o samą orientacje seksualną bo to zasadniczo wszyscy mają w poważaniu. Tu chodzi o styl i sposób życia. W większości społeczeństwa, wśród szarych ludzi nie ma akceptacji dla zachowań które działają destrukcyjnie, które nie sprzyjają zachowaniu porządku i spokoju. Jeżeli będę miał sąsiadów którzy urządzają co tydzień orgie i drugich którzy są spokojnymi gejami to prędzej będę wkurwiony i nie będę w stanie zaakceptować tych co uprawiają orgie (i mnie nie zapraszają :D).

[...] Słowa określające nas jako osoby “chore”, “zboczone” nie mogą być środkami w debacie publicznej. Wypowiedzi tego rodzaju stają się usprawiedliwieniem dla osób dokonujących aktów agresji wobec gejów i lesbijek, więcej - podżegają do nienawiści wobec osób homoseksualnych.

Dlatego domagamy się wprowadzenia w Polsce ustawodawstwa antydyskryminacyjnego oraz uznanie przez polskie prawo karne homofobicznych wypowiedzi za mowę nienawiści, a przestępstw popełnianych na tle homofobii za zbrodnie nienawiści! 

W tym punkcie posłużę się wpisem wyrusa nt. art. 119 kk i zapodam dwa cytaty, choć polecam cały wpis:

„(…)Mówiąc prościej - idzie o to, żeby karać tych, którzy tłuką homoseksualistów oraz im grożą ze względu na to, że homoseksualiści są homoseksualistami. Moim zdaniem intencja organizacji gejowsko-lesbijskich oraz posłów SLD, SDPL, PD i PO jest bardzo dobra, uważam bowiem, że dobrze jest karać tych, którzy tłuką kogokolwiek i komukolwiek grożą i to bez względu na to, czym powodują się tłukący i bijący.(…)”

„(…)Dlaczego jeśli ktoś zastosuje przemoc lub groźbę z powodów wymienionych w art. 119 może pójść siedzieć na 5 lat, a jeżeli dopuści się tego samego czynu z innych powodów może pójść siedzieć na 3 lata? Wychodzi na to, że kodeks karny jest jakąś dydaktyczną książeczką, która mówi, że przyłożenie komuś w łeb młotkiem z jednych powodów jest większym przestępstwem, niż takie samo przyłożenie komuś młotkiem z innych powodów. Dalej - jakim cudem sąd jest w stanie wiedzieć, z jakich to powodów ktoś wobec kogoś zastosował przemoc lub groźbę?

I ostatnia sprawa. Oto art. 119 nie mówi, że kara grozi za dokonanie przestępstwa z powodu tego, że ofiara jest Szkotem, Bułgarem czy Chińczykiem. Nie - kodeks po prostu ustanawia sankcję za przestępstwo popełnione z powodu narodowości ofiary. Kodeks nie roztrząsa, czy przestępstwo zostało popełnione z powodu tego, że ofiara jest żydem, katolikiem czy mormonem - kodeks ustanawia sankcję za przestępstwo popełnione z powodu wyznania ofiary. Itd. Natomiast organizacje gejowsko-lesbijskie oraz posłowie SLD, SDPL, PD i PO chcą, aby kodeks ustanawiał sankcję za przestępstwo popełnione nie z powodu orientacji seksualnej ofiary, tylko z powodu tego, że ofiara jest homoseksualistą. W całym kodeksie karnym nie ma słowa heteroseksualizm. Dlaczego?”

Może zatem zamiast piętnowania się jakąś wyjątkowością byłoby lepiej gdyby organizacje które w swoich nazwach mają „równość” walczyły o to aby prawo traktowało faktycznie wszystkich równo a kary były nieuchronne. No chyba że ma znaczenie to czy dostajemy w mordę za to że nosimy długie włosy, okulary, głupią czapkę, jesteśmy homoseksualistami, hetero czy bi, cyklistami czy też filatelistami.

A być może to faktycznie jest tak że każde lobby z homoseksualnym na czele, które stawia się w dzisiejszym świecie w wygodnej pozycji ofiary, uważa że należą mu się jakieś wyjątkowe prawa a równość i sprawiedliwość jak u Kargula musi być po naszej stronie?

Wracając na koniec do mowy nienawiści. Jedno co wiem to to że ja tam nikomu nie odmawiam prawa do posiadania o mnie opinii żem debil, idiota, zboczeniec, komuch, narodowiec, katol, Żyd i takie tam. W końcu nie o mnie to świadczy. I z moich doświadczeń wiem że nie jest kwestią jakiegoś przymusu, specjalnych praw i innych interwencji to czy ludzie wokoło mnie w to uwierzą. To raczej kwestia moich czynów - głupi ten co głupio robi a nie ten co mówią o nim głupiec.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Sens Życia wg Galopującego Majora

Po raz kolejny postanowiłem obszczać Majorowi nogawkę. Ino nogawkę bo zgodnie z klasyfikacją bytów wyżej nie sięgam.

Major jak na Majora przystało zauważa pewną piękną prawidłowość. Otóż bowiem jest tak że lepiej jest obejrzeć w telewizorze “M jak Miłość”, zagryźć czipsem, popić piwkiem i pierdnąć w wygodny fotel niż dzielić los galernika.

Lepiej jest się nie bać niż żyć w strachu.

Przyjemniej jest wyjść do knajpy i zaliczyć numerek w kibelku niż coby jaki ubek obijał nam nocami nerki.

Wiadomo co lepiej i przyjemniej.

Pajtonowcy w swoim “Sensie Życia” bardzo ładnie osikali Majorowi nieco więcej niż tylko nogawkę.

Bo czyż nie jest tak że gdy wybieramy to “lepiej” stajemy się systematycznie nieświadomymi swej wyjątkowości zwierzątkami?

Ja nie chcę nie być świadomym. Nie chcę odbierać rzeczywistości taką jaką tworzą ją dla mnie inni.

Czy chcę jakiejś chwały, czy chcę zostać bohaterem? Tym bardziej nie. Jestem tchórzem i uciekam od wszelkich zagrożeń.

Ale jestem też człowiekiem i gdy banda dresiarzy atakuje mi kumpla to bez zastanowienia wpadam w tłumek ciulików z moimi marnej jakości wiatrakami (styl opatentowany przeze mnie w podstawówce polegający na zataczaniu kręgów zaciśniętymi pięściami na wyprostowanych rękach).

Ludźmi czynią nas sprawdziany jakie przynoszą nam okoliczności przyrody. Ludźmi czyni nas świadomość tego co w naszym pojęciu dobre a co złe. Gdy wyzbywamy się świadomości, gdy pozwalamy i tolerujemy małe kłamstwa systematycznie tego człowieczeństwa się wyzbywamy.

A ja bym chciał umrzeć pozostając człowiekiem. Nie chce być montypajtonowską kupą mięsa która zatraca się w trwaniu.

Jak każdy boję się weryfikacji mego człowieczeństwa i nie wiem czy nie zawiodę sam siebie.

Hemingway napisał że człowieka można zniszczyć ale nie pokonać.

I tak sobie myślę że czy to komunizm, demokracja czy anarchia w życiu każdego z nas przychodzi moment kiedy dowiadujemy się czy zostaliśmy jedynie zniszczeni czy też polegliśmy w walce o nasze człowieczeństwo.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Internet wyregulować

Nie za bardzo się znam na prawie. Nie za bardzo kumam co to jest pakiet telekomunikacyjny.
Niby wiedzą to ludzie z Blackout Europe. Jakoś jednak mimo wszystko nie do końca rozumiem.
Trochę bardziej zna się Olgierd. A jeszcze bardziej trochę zna się Vagla. I im zostawiam to znawstwo.

U Vagli znalazłem linka do rozmowy jaka Igor Janke odbył z Vaglą i euro(p)osłem Czarneckim. No i porozmawiali sobie Panowie o prawie i takich tam. Jak napisałem pomińmy “prawo” bo to jest kosmos dla masochistów.

Rozbawił mnie Igor Janke - już na samym początku pada coś w stylu, w internecie są treści niebezpieczne w związku z czym należy z tym coś zrobić, bo tak być nie może. Pan Czarnecki również coś tam na ten temat sobie porozmawiał.

To jest symptomatyczne dla polityków, mediów że ględzą, zwyczajnie ględzą o czymś o czym nie maja zielonego pojęcia. Wydaje im się że jak w sieci pojawi się nazistowska stronka, albo filmik na jutubie z czubem strzelającym do ludzi to… w zasadzie nie wiem co im się wydaje. Chyba jedynie to że oni są jedynie mądrzy i “umią” rozpoznać, rozdzielić dobro od zła i oświecić nas debili, stosując oczywiście przymus i cenzurę, bo innych metod mamusie nie nauczyły, że to jest fe i tego tykać nie wolno a to jest dobre i jedynie słuszne. Np blog pana Czarneckiego jest zapewne dobry i słuszny.

Otóż Panowie smutna wiadomość - jeżeli istnieje coś takiego jak sieć, do której podłączeni są zwyczajni ludzie którzy maja ogólnie w głębokim poważaniu waszą poprawność polityczną to choćbyście bawili się w chińczyków możecie se te wasze starania wsadzić. Oczywiście jeżeli założymy że chodzi tylko o to aby nieść dobrą, politycznie poprawną, nieskalaną “treściami niebezpiecznymi” nowinę. Bo o to żeby kontrolować szarego obywatela i zwiększyć nad nim zakres władzy to dobrotliwych polityków nie podejrzewam.

Jest bowiem tak że jak się chce to się w sieci jest ale się w niej nie jest. Od najprostszych spraw jak szyfrowanie, tor i takie tam po nieco bardziej skomplikowane metody, można się zwyczajnie zniknąć i żadne wścibskie oczka nas nie wyśledzą. Oczywiście z tym jest trochę więcej roboty niż ino podłączyć neostradę ale powiedzmy sobie szczerze jak ktoś planuje zamach, planuje zgwałcić żonę sąsiada i w tym celu poszukuje tabletki gwałtu, bądź kieruje się zwykłą złośliwością i będzie chciał przekazać oszczędności pana (p)osła Czarneckiego na fundację walki z rzeżączką to nie jest jakimś tam szarym użytkownikiem neostrady. Jak ktoś by się zagłębił trochę bardziej w sieć a nie przeglądał ino onety to doskonale by wiedział że np dajmy na to tacy przyjaciele niedawno zmarłego psychologa dziecięcego o których się słyszy co i róż jak to dzielni policjanci kolejną ich siatkę rozbili to zwykli amatorzy i zwyczajnie promil tego co w sieci się dzieje. Przerażające? Przerażające a i owszem. Jeszcze bardziej przerażające jest to że możecie im drodzy panowie politycy naskoczyć. Tzn. metody są i to sprawdzone - zwyczajnie takim stworzonkom należy urywać główki i srać do szyi a następnie pokazywać to publicznie ku przestrodze, tyle że żyjemy w czasach w których nie za bardzo jest to na miejscu. Bo przecież lepiej porozmawiać z mniejszością seksualną, uświadomić, pomachać paluszkiem, pogłaskać a potem jak już osobnik ów obieca że on nigdy więcej, puścić nie informując o tym nikogo coby przypadkiem do samosądu nie doszło albo co gorsza ostracyzmu jakiego.

W każdym razie wracając do tematu - każde totalne rozwiązanie powoduje że społeczność reaguje też totalnie. Wystarczy przypomnieć sobie jak to TVN chciał wyciachać z sieci Rurka i Durczoka - w kilka godzin filmik był w tylu miejscach że wymskło się to spod zupełnej kontroli.
Dziś gdy nasilają się ataki na sieci p2p społeczność działa i już niebawem będzie można się cieszyć anonimowymi sieciami p2p. Póki co nie było takiej potrzeby więc i usługa nie pojawiła się zbyt szybko - no bo i po co. Ale skoro już w kilku krajach okazuje się że można zostać odciętym na stałe od wirtualnej rzeczywistości to po co ryzykować i ściągać emulem. Fajniej jest użyć torrentów z wykorzystaniem tora, a wkrótce nawet i bez niego, bez obawy że gdzieś pozostanie po nas ślad.

Naiwnością jest myślenie na zasadzie - wiem co dobre a co złe w związku z czym mam misję i będę uświadamiał ludzi, batem, kajdanami i innymi sankcjami. Zło istnieje i raju nikt tu na ziemi nie ustanowi i nie zadekretuje, choćby nie wiem jak się starał.
To czy coś się odbywa w sieci czy też w rzeczywistości nie ma znaczenia. Na wszystko znajdzie się sposób. Mało kto gdyby chciał zabić sąsiada nie znajdzie odpowiednich ludzi i sposobów.

Sedno i jedyny cel jaki może przyświecać takim działaniom to zwykła kontrola szarego człowieka który z sieci korzysta od święta. Osób którym nigdy w życiu nie przyszło do głowy żeby robić coś złego. Ale to oni leżą w głównym zainteresowaniu polityków. To nimi politycy chcieliby wygodnie sterować i ich kontrolować. Bo przecież nie w gestii polityków jest ściganie bandytów i zwyrodnialców - kumpli po fachu jakby nie było.

Efekt zatem będzie taki że ci przeciwko którym zostają wymyślane te dyrdymały wszystkie zejdą do podziemia i prawdopodobnie natkną się na jeszcze więcej “ciekawych” treści, natomiast pani Hela z magistratu nie obejrzy już filmiku na którym dzielni policjanci rozbijają z całą stanowczością pokojowe demonstracje i ładują do swych srebrnych (zdaje się najnowsza moda wśród europejskich służb mundurowych) samochodzików kilku politycznie niepoprawnych dzieciaków. Grunt to coby pani Hela nie stwierdziła przypadkiem że to nie w porządku. Bo przecież czego oczy nie widza tego sercu nie żal.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Dzieci kapitana Drake’a raz jeszcze

Swego czasu napisałem tekścik o podobnym tytule - dotyczył wtedy sprawy zatrzymania autorów serwisu napisy.org.

Na początek początek z tamtego tekstu:

Z piratami to ciekawa historia. Bo piraci są różni. Np taki Sir Francis Drake. No bo niby pirat, ale dla korony angielski żaden pirat ino korsarz. A u Niemców to i pomnik ma. Za kartofle, no ale ma. Za wikipedią tak napisali mu:
“Sir Francisowi Drake’owi, który rozpowszechnił ziemniaki w Europie. Miliony rolników całego świata błogosławią jego nieśmiertelną pamięć. To ulga dla biedaków, bezcenny dar Boży, łagodzący okrutną nędzę”.

Ogólnie niniejszy tekst ma być jednym wielkim odwołaniem się do tekstów w sieci a za tym pięknym przykładem bezsensu wymysłu czegoś takiego jak własność intelektualna w wirtualnej rzeczywistości - gdzie można linkować, cytować, kopiować bez większego wysiłku i co najważniejsze bez najmniejszej straty dla pierwotnych autorów.

A tekst ten sprowokowały dwa wpisy jeden xiazeluki, drugi galopującego majora. Pod pierwszym mamy dość długą ale i ciekawą dyskusje którą przejrzałem pobieżnie. Co z niej wynika - zasadniczo nie wiem, bo zasadniczo nie rozumiem sporu.

Rzecz w tym że obracamy się w przestrzeni pojęć które każdy jak zwykle inaczej rozumie.
Więc pokrótce moje zdanie:
co innego prawo autorskie a co innego własność intelektualna. Własność intelektualna to chory wytwór cenzury (o historii własności intelektualnej można poczytać w bardzo ciekawym artykule “Zapowiedź świata post - copyright“) który stoi w jawnej sprzeczności z podstawową wartością dla każdego człowieka jaką jest własność materialna.

W naszym świecie własność intelektualna za sprawą bezmyślnej polityki staje się jakąś uberwłasnością. Otóż bowiem jest tak że własność niematerialna ogranicza nam wszystkim swobodę w korzystaniu z własności pierwotnej - tej materialnej.

Nie możesz na swojej płycie nagrać czegokolwiek. Nie możesz odsłuchać na swoim radio tego co chcesz. Nie możesz z kupioną ponoć na własność płytą zrobić co zechcesz. Nie możesz wykorzystać swojej gitary tak jak zechcesz i zagrać na niej kawałka Beatlesów. Na każdym kroku tam gdzie pojawia się pojęcie własności intelektualnej pojawia się ograniczenie własności materialnej. Można to uważać za słuszne. Jednak warto się zastanowić nad konsekwencjami. A zgodnie, z jak mi się wydaje, opinią naszego wielkiego salonowego legalisty majora grunt to konsekwencje w prawie.

Kontynuując rozważania na temat piratów i dotykając sprawy konsekwencji prawa (a raczej jego niekonsekwencji) popełniłem i taki tekst:

Wysoki Sądzie,
na fali ostatnich częstych zatrzymań tych groźnych przestępców jakimi są złodziej własności intelektualnej, chciałby zwrócić uwagę Wysokiego Sądu na dość ważny fakt nie wywiązania się Policji i Prokuratury z swoich obowiązków. Z żalem stwierdzam iż oba organy egzekwowania prawa w naszym kraju, mam nadzieje iż po prostu z powodu zwykłej nieświadomości, nie wywiązały się z swoich ustawowych obowiązków, i nie zabezpieczyły najważniejszego z dowodów wcześniej wspomnianych przestępstw. Wysoki Sądzie z całym szacunkiem, ale jeżeli mamy żyć w państwie prawa, nie możemy pomijać w wypadku tak ważnych spraw, będących tak istotnym elementem naszego ładu cywilizacyjnego i kulturowego, tak podstawowych dowodów rzeczowych. Policja wraz z prokuraturą zbierając dowody, co się bardzo chwali, zabezpiecza komputery osób które dopuściły się ataku na własność intelektualną. Pragnę jednak zauważyć iż główne narzędzie zbrodni nadal pozostaje niezabezpieczone.

Dlatego jako prawy obywatel, któremu leży na sercu dobro Państwa, który nie może patrzeć obojętnie na ewidentne podważanie nieomylności naszego prawa, składam wniosek o zarekwirowanie i zabezpieczenie głównego narzędzia zbrodni jakim posługują się tak zwani piraci komputerowi, Internetu.

Wysoki sądzie jeżeli zatrzymany zostaje człowiek który posiadał broń -rekwiruje mu się tę broń, i niezwłocznie po uzyskaniu informacji skąd ta broń pochodzi, ja jako obywatel mam pełne przekonanie iż organy ścigania wkraczają, likwidują i zabezpieczają takie źródło. Jeżeli dajmy na to broń jest sprzedawana w fabryce groszku i kalarepy, to ja jako uczciwy obywatel mogę być pewny że produkcja w takiej fabryce, przynajmniej na czas śledztwa, do wyjaśnienia czy poza handlem bronią, groszkiem i kalarepą nie służy ona (ta fabryka) do innych niecnych celów, zostaje zamknięta. Dlatego nie rozumiem czemu prokuratura nie wydała nakazu zamknięcia na czas śledztwa przeciwko tym bandytom, mającym za nic własność intelektualną, będącą przecież podstawą naszej cywilizacyjnej odpowiedzialności i odróżniającą nas od zwierząt, ich głównego narzędzia i źródła nieprawości czyli Internetu.

Wnoszę zatem o natychmiastowe naprawienie tego błędu, tak aby moje państwo obroniło moja osobę przed tym bandyckim procederem, i aby już zatrzymanych przestępców można było w sposób uczciwy (nie jesteśmy przecież barbarzyńcami) osądzić i wymierzyć im uczciwą acz surową karę. Najlepiej pozbawienia wolności (choć w tym wypadku wydaje mi się iż kara śmierci byłaby najbardziej adekwatna).
I jeszcze raz powtórzę – oczekuje jak najszybszego naprawienia tego mogącego być tragicznym w skutkach błędu jakim było nie zarekwirowanie i nie zabezpieczenie na czas toczących się rozpraw Internetu.

z poważaniem
Qatryk

To chyba wystarczy w kwestii prawa.

Zastanówmy się nad innym aspektem sprawy. Kiedy mamy w obszarze wytworów intelektualnych do czynienia z kradzieżą? Czy możemy o czymś takim mówić jeżeli uznamy że własność intelektualna jako taka jest zaprzeczeniem własności i nie powinna być uznawana?

Tu znów nie będę oryginalny i przytoczę kilka zdań z mojego starego wpisu “Skopiuj i zostań złodziejem“:
Niewątpliwie jest jednak tak iż ludzie walczący o swobodny przepływ dóbr niematerialnych są myleni z tymi którzy nie szanują cudzych osiągnięć. Przyczyna tkwi głęboko. W Polsce istniej od dawna akceptacja przywłaszczania sobie pracy innych. Co gorsza najbardziej widoczna jest ona w środowiskach akademickich gdzie plagiat jest normą. Co więcej w języku polskim istnieje osobne słowo które pozwala na wytłumaczenie się i zdezawuowanie oszustwa i złodziejstwa. W języku angielskim nie występuje słowo “ściąganie”. Tam na taki czyn mówi się po prostu cheating. A co z tego wynika? Ano tylko to że gdy plagiat stał się czymś na skale masową, grupy w które najbardziej to uderzało coraz silniej zaczęły dopominać się swoich praw do uznawania ich autorstwa. To w dużej skali zostało wykorzystane przez firmy które skupiały od autorów ich prawa, i w “trosce” o dobro autorów zaczęły się dopominać ich praw. I tu pojawia się problem bo oszuści wcale nie dostali po nosie. Najbardziej na swojej skórze odczuwa to zwykły obywatel. Już teraz każdy kto posiada komputer i nagrywarkę w wielu krajach jest podejrzany i inwigilowany. Oszuści wcale a wcale nie mają się gorzej. Z jednej strony zamiast pracy na rzecz zapobiegania i zmiany modelu marketingowego sprzedaży i dystrybucji takich dzieł jak muzyka, film czy książka, podejrzani stają się wszyscy, z drugiej powszechna akceptacja dla przywłaszczania sobie cudzego wysiłku intelektualnego w postaci choćby badań i tekstów sprawia że prawdziwi złodzieje wciąż mogą czuć się bezkarnie. O wiele trudniej jest wykryć skutecznie przestępstwo niż podejrzewać o takowe każdego kto ma możliwość jego popełnienia.

Dzieło jako takie stanowi integralną całość - niezależnie w ilu wystąpi kopiach - czy pozostanie w umyśle autora, czy też wystąpi w różnych postaciach w milionach egzemplarzy. Prawo autorskie to kwestia uznania wysiłku autora poprzez honorowania go przy kolejnych formach publikacji kopii dzieła pierwotnego. Inaczej mówiąc - choć własność intelektualna nie ma nic wspólnego z własnością jako taką, to przypisywanie sobie autorstwa danego dzieła jest zwykłą kradzieżą i oszustwem.

Własność intelektualna jest sztucznym nadawaniem rzadkości rzeczą z natury nierzadkim - i tak jak natura wyposażyła własność materialną w tę cechę tak człowiek nigdy nie będzie w stanie nadać jej obiektom niematerialnym - no chyba że ulegnie w co wątpię totalitaryzmowi.

Co jest głównym argumentem na rzecz własności intelektualnej? To że biedni artyści nie będą w stanie zarabiać. Tylko to jest pogląd całkowicie błędny. Artyści zarabiali gdy nie było praw własności intelektualnej i każdy mógł sobie dzieło kopiować, odtwarzać czy co tam z nim robić. Tak samo teraz mają ku temu okazje i rzecz w odnalezieniu jedynie odpowiedniego modelu marketingowego. Cały okres istnienia własności intelektualnej to okres przywilejów władzy i korporacji które tymi prawami wycierając sobie gęby dbały o swoje interesy - czy to w przypadku korporacji chodziło o zwykłe bogacenie się kosztem artysty, czy też w przypadku polityków chodziło o zwykłą cenzurę (o tym wszystkim we wspomnianym wyżej artykule “Zapowiedz świata post-copyright”).

I tu, wracając do sprawy modeli marketingowych, znów przypomnę kawałek swojego tekstu, tym razem pt. W dupach się poprzewracało! - czyli grawitacja dotyczy tylko Newtona:

Problem polega na tym że jakoś ludzie nie potrafią się wyrwać się “z mentalnej niewoli”, choć pierwsze kroki są stawiane nieśmiało już od dość dawna.

Przejdźmy do innej dziedziny. Oprogramowanie. Każdy już chyba słyszał o Linuxie. Tajemniczy, anarchistyczny system dla hackerów i freaków w sweterkach a’la Kononowicz i okularkach. Wszystkim którzy tak myślą proponuje ściągnąć sobie ze strony ubuntu.pl obraz płytki wypalić i odpalić wersję LiveCD. Działa? Działa.I to jak działa:>

Podsumowując - na koniec znów wpadnę w samouwielbienie i zacytuje sam siebie z forum kolibrów na którym swego czasu wziąłem udział w dyskusji nt. własności intelektualnej:

dwa podstawowe argumenty
- aby coś mogło być własnością musi posiadać znamiono rzadkości - powietrze nie może być niczyją własnością - np tylko komuchy mają zapędy aby opodatkować powietrze (a przynajmniej takie pomysły mieli swego czasu). Informacja w takiej czy innej postaci nie jest rzadka - można ją bezstratnie powielać a zatem nie występuje tu zwyczajne odebranie (kradzież) komuś jego rzeczy.

Jakbyśmy żyli w świecie gdzie mercedes klasy s jest dostępny za pomocą czarodziejskiej różdżki to żaden właściciel mercedesa klasy s nie miałby pretensji jakby ktoś przyszedł wziął sobie jego mercedesa a na jego miejscu pozostawił identyczny co do joty samochód - przy czym to jest o tyle zła analogia że raczej powinniśmy powiedzieć że przechodząc obok mojego mercedesa ktoś sobie za pomocą tej różdżki robi takiego samego i nim odjeżdża a nie tym moim.

Oczywiście tu dochodzimy do tego czy jest to moralne czy nie, ale to na tę chwilę pomińmy.

- druga sprawa to niematerialność - niematerialność sprawia że tak naprawdę nie wiemy co jest czyim pomysłem. Teoria względności to zbiór postulatów i teorii innych autorów niż Einstein i w zasadzie nie odkrył on w tej dziedzinie nic co wcześniej nie zostało odkryte ale to on to wszystko scalił i poskładał do kupy. Komu zatem należy się prawo do korzystania z odkryć jakie pociągnęła za sobą teoria względności?
Ponadto niematerialność nie może podlegać prawu własności bo to co jest niematerialne zaraz po poznaniu staje się częścią nas. Jeżeli usłyszymy coś, poznamy jakąś idee to mamy na ten temat wiedzę i jeżeli ktoś zabroni nam z tej wiedzy korzystać (o ile nie pozyskaliśmy tej wiedzy na skutek umowy z jej wcześniejszym posiadaczem) to znów staje to w sprzeczności z prawem do samoposiadania. Czyli nie możesz korzystać z pierwotnej własności jaką jest twój mózg.

Zaznaczam oczywiście że informację może ktoś nam przekazać na skutek zawarcia z nami umowy - umowa rzecz święta i trzeba ją szanować - godzimy się na ograniczenie naszej swobody za cenę nie dzielenia się tą wiedzą z nikim innym. Ale w naturze ludzkiej jest dzielenie się informacjami z innymi. Co więcej jest też i tak że niektórzy no niestety nie traktują umów poważnie i je łamią. Wszystko jest oki gdy mamy do czynienia z własnością materialną - idzie się do sądu i taki kolo musi płacić odszkodowania jeżeli np nie dotrzymał punktów kontraktu na budowę domu. Podobnie uważam winno być z umowami dotyczącymi informacji i rzeczy niematerialnych, z tym że jeżeli ja nie zawieram umowy z nikim a otrzymuję tę informację lub rzecz niematerialną to nikt nie ma prawa mnie ograniczać.


Najważniejsze jeszcze na koniec - nie za bardzo z pamięci mogłem coś rzucić, ale tylko dlatego że blog Maćka jest jednym wielkim zbiorem doskonałych tekstów demaskujących totalniacki i co jest jeszcze większym grzechem hipokrycki charakter całego przemysłu i artystów związanych z obroną własności intelektualnej.
Zapraszam wszystkich do czytania naczelnego infoanarchisty, przy okazji jednego z programistów Wiedźmina - Maćka Miąsika.

12345 Oceń post
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Wszyscy jesteśmy Chrystusami

Spotkałem dziś w metrze starszego Pana. Podszedł do mnie nieśmiało i łamiącym się głosem powiedział że nie ma na lekarstwa. Staruszek miał łzy w oczach gdy pokazywał mi na dowód receptę i kilka opakowań starych leków…

Upadamy w samotności. Każdy niesie bezsensowny krzyż.

Historia Hesusa z Nazaretu kończy się jakby nie było happy endem…

Strasznie mnie przeraża to że realne życie na każdym kroku dostarcza jedynie dowodów że happy endy zdarzają się tylko nielicznym. Że uwierająca samotność jest otchłanią w którą wpada znamienita część ludzi. Że zostają powoli pozostawieni i w ostateczności porzuceni. Również przez samych siebie.

Śmierć w cierpieniach jest niczym w porównaniu z zapomnieniem za życia. Zapomnieniem które nie jest rzeczą wyboru. Takiego wyboru dokonują nielicznie i pewnie tylko oni są szczęśliwi po kres.

Dlatego opowieść o zmartwychwstaniu jest dla mnie jednocześnie najpiękniejszą opowieścią dającą nadzieję ale i największym i najohydniejszym kłamstwem dającym pożywkę ludzkiej hipokryzji.

Bo mało kto ma tyle szczęścia aby przezwyciężając ból i strach dostąpić pamięci i poczucia spełnienia. Marność i wszystko marność… Bez nagród.

12345 5 głos(ów), średnia: 4.4
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Wolność Słowa

Póki będą miał cokolwiek do powiedzenia w polskim rządzie, żaden z podległych mi urzędników nie będzie wykonywał żadnych zamachów na wolność słowa czy na wolność badań naukowych - zadeklarował premier.

Zaznaczył, że jest to także wolność “do publikowania rzeczy złych, niemądrych”. - Bo nikt z nas nie będzie ich cenzurował” - dodał. Jak zapowiedział, będzie jednak dokonywana bardzo wnikliwa ocena tego, na co są wydawane pieniądze publiczne. - Za pieniądze publiczne w Polsce nikt nie ma prawa kłamać, nikt nie ma prawa oczerniać Lecha Wałęsy, nikt nie ma prawa zatruwać życie publiczne - dodał Tusk.

“Jeśli chcą to robić - mówił premier - “to niech to robią na własny rachunek, za własne pieniądze, na własny koszt, na pewno nie za pieniądze podatnika”.

Jest zatem tak: wolność słowa jest ale nie za pieniądze podatników. Za pieniądze podatników można mówić tylko to co Pan premier uważa za stosowne, to co nie zatruwa życia publicznego. Czyli np za pieniądze publiczne można a wręcz nalezy zapewne, mówić banały. Że słońce świeci a kraj kwitnie, no bo wiosna przyszła. No i stówka dla mnie z pieniędzy podatników - prosiłbym o kontakt Panie premierze, podeślę numer rachunku na który prosiłbym skierować przelewik.

Zastanawiające jest jednak jedno. Jakby nie było praca magisterska Zyzaka wydana została w prywatnym wydawnictwie. Pan premier oczywiście jako nadzorca UJ może sobie mieć pretensje do UJ że pozwolił za publiczne pieniądze prowadzić jakieś wątpliwej jakości badania naukowe jakiegoś studencika i wysyłać tam kontrolę. To jednak raczej kwestia pretensji do swojej niekomptencji, w końcu UJ to uczelnia państwowa i jedynie winą premiera jest że dobrał sobie takich namiestników którzy pozwalają na państwowej uczelni na wątpliwej jakości badania naukowe. (swoją drogą ciekaw jestem czy pan Premier choć pobieznie zapoznał się z ta pracą, czy jedynie opiera się na jakiś emcjonalych opiniach kilku osób które wyrwały z coś z kontekstu - ciekawie i bez jakiś politycznych emocji o całej pracy pisze Grim Sfirkow)

W każdym razie gdyby nie prywatny wydawca o tej spornej pracy magisterskiej pewnie nikt by się nie dowiedział i byłoby wszystko w porządku. Kontrola nie byłaby potrzebna itd.

I tu dochodzimy sobie do wolności słowa jako takiej. Okazuje się bowiem że wolność słowa w sferze publicznej może być wolnością słowa aktualnie rządzących. Wczoraj można było pojechać po Wałęsie, dziś już nie koniecznie.

Ja może jestem i tępy ale jeżeli czytam to co na początku to rozumiem to własnie w ten sposób: możesz powiedzieć wszystko bylebyś powiedział to co nam się podoba. Jak nam się nie podoba to nie możesz tego mówic głośno bo jest wolność słowa. Słońce świeci a deszcz pada.

Ogólnie z tą wolnością słowa to jakoś tak mi się dziwnie zdaje kompletna fantastyka.

Jest bowiem tak - możesz powiedzieć że prezydent to pijak, ale że jest zacofanym w rozwoju, karłem i debilem już nie możesz. W sensie nie że ja mówie że prezydent to zacofany karzeł z małym fiutem i ograniczeniem umysłowym. Nie, nie. prosze mnie źle nie zrozumieć. Ja tylko mówię że o prezydencie nie można powiedzieć że jest zacofanym karłem z małym fiutem. To jest absolutnie nie dozwolone gdyż nie mieści się w granicach wolności słowa. Oczywiście do końca tak nie jest gdyż, alebowiem zależy to też po troszę o którym prezydencie mówimy. W zależności od tego kogo mamy na myśli granice wolności słowa są zmienne, kontrolowane ogólnie pojęta poprawnością polityczną. Napewno jednak tak nie można powiedzieć o obecne urzędującym prezydencie. To ścigane jest z urzędu.

Niemniej jednak jest też tak że de facto nie można powiedzieć że obecny premier to dupa wołowa, miętka pyta i debil do kwadratu a zapewne również impotent z kompleksem Edypa, frajer jakich mało i po prostu idiota. Rzecz oczywiście musi być wypowiedziana w odpowiednim kontekście i przez odpowiednia osobę. Jednak gdy się to odpowiednio zbierze do kupy konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze niż zarzut prokuratorski. I tu nie chodzi o zwykły, poczciwy ostracyzm. Tu chodzi o sposób użycia władzy.

Powiedziałeś to i owo o moim politycznym kumplu, no to my ci i twojemu otoczeniu zrobimy z dupy jesień średniowiecza. Ot bo bronimy wolności słowa. I jej granic. Jakby to durno nie brzmiało.

12345 2 głos(ów), średnia: 5
Loading ... Loading ...

Komentarzy

Filmowe paradoksy

Od dłuższego czasu nurtuje mnie jedna sprawa.

Oglądam sobie film - idzie dajmy sobie dwójka bohaterów owego filmu i prowadzą dialog; dochodzą do samochodu; po czym ni z gruchy ni z pietruchy kończą gadać i stwierdzają coś w ten deseń: dobra, nie ma co, pogadamy w domu. Otwierają drzwi i wchodzą do tego samochodu. No rzesz kuchwa, co to jest? Albo gadają w samochodzie i jak wychodzą - to na tej samej zasadzie, kończą gadkę po czym… kierują się oboje do knajpy.

Albo np. dzwoni ktoś do kogoś w jakieś kryzysowej sytuacji, i ten ktoś po drugiej stronie mówi: to zaraz będę. No i oki jest w następnej scenie, pojawił się a okoliczności przyrody ani o jotę się nie zmieniają. Tak jakby przejechanie samochodem z jednego miejsca w drugie zajmowało pół minuty.

Pomijam tu już ogólnie całe te nieciągłości i nieżyciowości, typu bohaterowie filmowi nie śpią, nie jedzą, nie sikają (no chyba że jak Travolta robią kupę, ale robią tą kupę tylko po to żeby dać się przerobić na ser szwajcarski).

Tu chodzi o takie drobnostki które normalnie się w życiu nie zdarzają na takiej zasadzie jak Konrad w Dniu Świra o tych twardzielach filmowych mówił co to myją zęby zapijają łiskaczem a potem zaciągają się szlugiem.

O albo jeszcze jedno - leży se parka w łóżku, prowadzą jakąś gadkę po czym: no dobra idziemy spać gaszą światła i już śpią.

Bez sensu.

12345 1 głos(ów), średnia: 4
Loading ... Loading ...

Komentarz

Zeitgeist

Pamiętam jak będąc pacholęciem dorwałem atlas anatomiczny człowieka i jakżem wtedy był zafascynowany tym co zobaczyłem. Kartkowałem ten atlas i kartkowałem. Z biegiem lat z “teorii” powoli przechodziłem do “praktyki” odkrywając różne zagadki zarówno swojego ciała jak i ciała tej czy innej kobiety. Ta fascynacja ciałem, ogrom niewiadomych i ekscytacja odkrywaniem kolejnych zagadek - to wszystko do tej pory jest intrygujące i tylko czekam na to jak kolejny dzień uraczy mnie kolejnymi boskimi doświadczeniami w odkrywaniu tego niezbadanego świata emocji, metafizycznego połączenia ciała i ducha.
Człowiek i jego fizyczność stawały się sakrum - czymś znacznie więcej niż fizycznym bytem. Bo dajmy na to nie ma recepty na orgazm - raz wystarczy muśnięcie a innym razem trzeba do tego wyciśnięcia siódmych potów. Raz kolacji przy świecach i wielogodzinnego seansu nieśpiecznych uniesień, innym, zwykłego solidnego rżnięcia w bramie. Tysiące malutkich reakcji na słowa, gesty, dotyk i ciało w zgrabny sposób poprowadzone pozwala odkrywać “nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata”. Do tego nie wystarczy ginekologiczna wiedza i znajomość atlasy anatomicznego.
Teoretycznie wszystko wiadomo penis, łechtaczka, sutki zakończenia nerwowe. Z teorii dowiemy się nawet tego że ból jest bardzo bliskim przyjacielem ekstazy i że oba te zjawiska mają ze sobą wiele wspólnego. Tylko że jeden siadając u dentysty i obrywając po nerwie wiertłem nic tylko się skrzywi i będzie wspominał rzecz z największa odrazą a inny potraktuje to jako zabawną namiastkę erotycznych uniesień. To całe sakrum ciała, jego ezoteryczność i zawiłość połączeń realności z metafizyką pozwalają być człowiekiem - tworzyć, unosić się ponad przeciętność, doświadczać niezwykłości, dawać natchnienie i je brać, robić rzeczy wielkie ale i te spętane zapachem codzienności.

Dziś okazuje się że to są bajki. Mamy świat z koszmarów de Sade’a. Ciało można wystawić między proszkiem do prania a pastą do zębów. Sakrum jest zbędne. Ciało trzeba z niego obedrzeć. Potraktować jako komputer, bezduszną machinę. Sto dwadzieścia obrotów palcem z naciskiem nie przekraczającym tylu i tylu newtonów wokół łechtaczki i mamy orgazm. Tu serce, tam nerka. Tam skóra a tu mięsień. Reakcja na bodźce taka a taka. Gotowa recepta na interakcje.

Odkrywamy tajemnice i dajemy ją na talerzu każdemu. Kupisz sobie czipsy, obejrzysz kilka ciał rozłożonych na czynniki pierwsze i będziesz wiedział więcej. Sakrum do niczego nie jest potrzebne - należy je odrzucić. Bogów nie ma a człowiek to jedynie nędzny ząbek w trybiku państwa i jego historii. Odrzuć sakrum. Odtwarzaj, nie szukaj. Ciało. Cóż w nim świętego.

Jakoś takie mam wrażenie że świat który pokazuje zwłoki w supermarkecie to świat w którym za parę ładnych lat bez żadnych konsekwencji znajdę się na orgii podczas której atrakcja wieczoru będzie wyjęcie na żywo ośmiomiesięcznego płodu z ciała kobiety poprzez rozcięcie jej podbrzusza, pozostawienie jej z wnętrznościami na wierzchu jako zbędnego już w tym momencie obiektu a następnie wspólna konsumpcja czegoś co w przeszłości naiwniacy uznawali za przyszłego człowieka.

Tylko że to będzie zwykła czynność - przynosząca namiastkę emocji, co najwyżej odrobinę fascynacji tak jak fascynujemy się fajerwerkami a potem idziemy dalej jak gdyby nigdy nic; przynosząca odrobinę podniecenia z czynienia czegoś co kiedyś szaleńcy uważali za do szpiku złe. Bo cóż to jest dobro i zło jak nie wytyczone przez społeczeństwo i jego hegemona czyli państwo normy.

Taka najwidoczniej nasza karma - duch czasu.

12345 6 głos(ów), średnia: 3.83
Loading ... Loading ...

Komentarz