Prawdziwy gość – Frank Sinatra

To odcinek 2 z 3 w Bojowej Serii wpisów Prawdziwy Gość

Oglądając ostatnio po dłuższej przerwie „Ojca chrzestnego” przypomniało mi się, że inspiracją dla nieco pokracznej i żałosnej postaci Johna Fontane był Frank Sinatra.  Sinatra był z pochodzenia Włochem. Jego dziadek wychowywał się na Sycylii gdzie prawdopodobnie dość dobrze znał ludzi, którzy później formowali włoską mafię w Nowym Świecie.

Wiadomo, że nocne życie, lokale, alkohol, hazard to domena mafii. Szczególnie w latach 30-40 kiedy Sinatra rozpoczynał karierę. Dlatego z jednej strony fakt znajomości świata przestępczego zapewne pomógł Sinatrze w jego estradowych bojach ale i innego wyboru nie miał jak wkupić się w łaski tego światka.

Nie wnikając w to czy Sinatra był mafijną maskotką i jedynie pionkiem, który jak Fontane łkał w każdym możliwym momencie, życie Sinatry skazuje go na bycie prawdziwym gościem.

Skubaniec miał talent. Jego potężny głos, lekkość budowania emocji, niesłychana gracja i elegancja pozwoliły mu na bycie na szczycie przez właściwie 60 lat kariery. Nagrał 59 albumów co jest jakąś kosmiczną ilością. A do tego dochodzą single, występy gościnne, wydania koncertowe.

Ponadto zagrał w kilkudziesięciu filmach w tym w Ocean’s Eleven – pierwowzorze tego Ocean’s Eleven z Clooneyem, Pitem i Damonem. Dzięki temu filmowi Sinatra zmienił rzeczywistość. W Las Vegas w wielu miejscach panowała segregacja rasowa. „Szczurza paczka” czyli ekipa Sinatry w skład w której wchodził czarnoskóry Sammy Davis, zwyczajnie nie bywała w kasynach, które nie obsługiwały czarnych. Ot, czego nie zmienili politycy zmieniła paczka muzyków i aktorów których sława sprawiła, że przekonania przegrały z rachunkiem zysków i strat – „Sinatra u Was nie bywa? eee.. to idę gdzie indziej.”

Życie Sinatry to w zasadzie jedna wielka balanga eleganckiego dżentelmena – jakby to głupio nie brzmiało. Śpiewał, grał a przy okazji bywał na eleganckich bankietach i w spelunach, znał polityków, prezydentów, celebrytów i pospolitych przestępców, a także wspomnianych mafiosów. Pił Jacka Danielsa, palił i bzykał każdą kobietę której się przedstawił.

Z Sinatrą mam bardzo miłe wspomnienia. Choć jego muzykę poznałem dawno temu i już wtedy „My Way” stało się mym motto i „the best song ever”, to Sinatra najbardziej realnie towarzyszył mi na pewnego rodzaju życiowym rozstaju. Właśnie się przeprowadziłem, nie miałem internetu i w zasadzie jedyną muzykę jaką miałem to była płyta z kompletem dyskografii Franka. Kiedyś ściągnąłem i w zasadzie sięgałem do tego zbioru bardzo sporadycznie. W nowym mieszkaniu gdzie miałem w zasadzie jedynie kanapę wieczorami towarzyszył mi ten jego niesamowity głos. Wtedy też wydarzyło się wiele innych rzeczy, które zmieniły moje życie za co w jakiś sposób mogę być wdzięczny Sinatrze. Ale to opowieść na inny czas i miejsce.

O Franku pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

A tymczasem posłuchajcie i zakochajcie się w życiu…

W serii ukazały się:
Posted in Boje kulturalne and tagged , , , .