… i czemu nie ma w tym nic złego.
Kontynuując cykl wpisów inspirowanych wpisami cudzymi. Dziś Trystero, który jest moim w sumie, guru i często sprowadza mnie na ziemie wieloma swymi przemyśleniami, po raz kolejny dał mi pretekst do tego aby spróbować polemiki z jego argumentacją. Nic tak nie cieszy ucznia jak odrębność poglądów w stosunku do mistrza. Tym razem postaram sie jednak jakoś moje przemyślenia wyartykułować, choć do tej pory starałem się pozostawiać bez swego echa trysterowe wpisy w których pojawiały się pojęcia libertarianizmu czy szkoły austriackiej.
Co do szkoły austriackiej specjalistą nie jestem, jak i w sumie w sprawie libertarianizmu, co oczywiście nie przeszkadza mi za libertarianina sie uważać. Gorzej z zwolennikiem szkoły austriackiej, ale pewnie najbliżej mi do niej to raz, dwa w sumie wypowiadam się za siebie bo w tej sferze jestem przeogromnym ignorantem i mało co czytam Misesa czy Rothbardów, bo zwyczajniej wole pooglądać pornole, alternatywnie je tworzyć (bez udziału kamer oczywiście - niestety; choć kto mnie tam wie
) . Ale nie o tym…
Trystero podjął temat który mnie od pewnego czasu intryguje, i przyznam że jestem na wczesnym etapie jego “noramtywowania” w swojej głowie. Jedno co wiem, to po mojemu, pojęcie asymetrii informacji jest jednym z pojęć które w ekonomii w jakiś przedziwny sposób stało się synonimem demonów i wszelkiego zła. Asymetria informacji we współczesnej ekonomii jest hasłem którym odróżnia się idealnie efektywny rynek (na takowym mamy ponoć pełną symetrie informacji, chyba, taką przynajmniej definicję mogę wysnuć z tego co napisał Trystero) od rynku nieefektywnego. Oczywiście kwestia widzenia ekonomii. Ekonomia liberalna (we współczesnym sensie) z tego co pamiętam, przyjmuje za równoznaczne pojęcia efektywności rynku i jego wolności.
W tej kwestii, o ile dobrze rozumiem Trystero, mam również wątpliwości. Tyle że moje wątpliwości rozbijają sie nie o kwestie doraźnych korzyści a o pewną perspektywę czasową.
Z wolnym rynkiem jest ogólnie tak, że po mojemu daje on odruchy wymiotne po pewnym czasie. gdy sie przedawkuje pewne jego zalety. Efektywność rynku jest jak kilka kielichów. Jeżeli patrzymy z tej perspektywy, czyli gościa który walnął już parę bombek, efektywność wzrasta. I co gorsza w pełni korzystamy przy tym z wolności. Zdecydowanie idzie nam lepiej taniec, bajera i z łatwością lądujemy w łóżku z naszym obiektem pożądania. Gorzej nad ranem, gdy wolność rynku dalej działa a mimo to okazuje się że obudziliśmy sie obok potwora.
Chodzi zatem o to - czy wolny rynek i rynek efektywny możemy uważać za synonimy. Po mojemu z pewnością nie - i tu się z Trystero zgodzę, jednak nie jest tak że efektywność jest ważniejsza od wolności (wpadając w dychotomie Tygrysa, który “.jerdoli wolny rynek”, chodzi o to że konsekwencje działania z punktu widzenia jednej ideologii nie są tymi samymi konsekwencjami z punktu widzenia drugiej ideologii, inaczej mówiąc - jedne pojęcie obejmuje krótszą perspektywę czasową, drugie dłuższą).
Mówiąc jeszcze inaczej jedno podejście pokazuje że ktoś osiąga zysk kosztem innych, nie licząc się z nimi, drugie mówi hola, hola nie tak szybko zobaczmy co będzie za parę tygodni, miesięcy, lat.
Jedno mówi o rachunku zysków i strat tu i teraz, drugie skupia się na znacznie szerszej perspektywie i dłuższym okresie czasu.
Dobra, dość ogólników. Pocytujmy Trystero:
“…autor nie tylko uważa, iż rynek bez zakazu insider trading jest bardziej wolny niż rynek z rządowymi regulacjami w tej kwestii. Boudreaux wyraźnie argumentuje, że taki rynek będzie także bardziej efektywny. O ile pierwsze stwierdzenie jest prawdziwe, to drugie jest już jedynie myśleniem życzeniowym nie opartym na twardych fundamentach.”
To mniej więcej omówiłem powyżej. Jednak gwoli podkreślenia - paradoksem wolnego rynku jest to że w krótkim okresie czasu może on faktycznie być bardzo nieefektywny, ba, to co mają mu za złe apologeci wszelakich socjalnych rozwiązań (i to jest osobna kwestia o której warto podyskutować) w krótkim czasie może sie przyczynić do wielu ludzkich nieszczęść. W ogólności jednak nie jestem w stanie zrozumieć zarzutu że wolność rynku w dłuższym okresie nie jest efektywna. Nie wiem, być może się mylę i oszuści, hochsztaplerzy i inne mendy w białych kołnierzykach prędzej czy później nie doczekaliby się powszechnego ostracyzmu i konsekwencji swoich działań. I w sumie nawet nie o to chodzi - bo to jest jedynie niewielki wycinek całości, który jak zwykle w naszym świecie jest wyolbrzymiany do jakichś absurdalnych rozmiarów. Rynek jako całość w danym momencie może zadziałać nieefektywnie, w tym nie ma nic nadzwyczajnego - rzecz w tym że wolny rynek o wiele szybciej odkryje i dostosuje się do takich działań niż rynek regulowany, i w tym właśnie tkwi jego długofalowa efektywność.
“czy ten sam efekt cenotwórczy nie miałby obowiązek natychmiastowego powiadamiania rynku o każdym wydarzeniu, które może wpłynąć na sytuację firmy? Boudreaux naprawdę wierzy, że rynek jest bardziej efektywny gdy zarząd w panice wyprzedaje akcje spółki gorzej poinformowanym inwestorom niż gdy zarząd informuje inwestorów o powodach, dla których marzy o możliwości legalnego wyrzucenia akcji w rynek.”
Tu w pewnym sensie brak mi argumentów. W pewnym bo zwyczajnie nie uważam aby korporacje, firmy na wolnym rynku mogły egzystować w takiej formie jak obecnie. Co zatem idzie nie mogę się odnosić do zarzutu wobec czegoś co jest jedynie jakąś protezą krytykowanego pojęcia.
Uderzając z innej strony - podstawą wolnego rynku jest własność, a z tego co wiem wielu libertarian ( a wręcz nawet wiele liberałów klasycznych) kwestionuje taką formę własności jaką charakteryzują sie korporacje. W przypadku jasnego podziału odpowiedzialności, jasnego wytyczenia granic własności i możliwości dysponowania takową, na podstawie zawartych umów w łatwy sposób dojść nadużycia czy oszustwa. Dzisiejsze pojmowanie asymetrii informacji w takim kontekście jaki prezentuje Trystero to nic innego jak dzielne walczenie z problemem którego w normalnym świecie się nie uświadczy.
A teraz konkrety:
“Po pierwsze insiderzy nie mają zakazu handlu akcjami. Zakaz insider trading dotyczy handlu z wykorzystaniem konkretnych informacji poufnych. Członkowie zarządu widząc dobre wyniki spółki mogą kupować jej akcje – tak więc rynek nie jest pozbawiony impulsów cenotwórczych od insiderów.”
Jak zaznaczyłem na początku - dopiero co zaczynam zgłębiać temat. Raz z tego co wiem inside trading nie oznacza tylko “mieszania” akcjami podczas spadków. Dwa co konkretnie oznacza “konkretna informacja poufna”? Kto określa to kiedy informacja była na tyle poufna że miała wpływ na kurs, a kiedy nie? Nie zawsze przecież stan finansowy/produkcyjny etc przekłada się bezpośrednio na jej notowania. Co najgorsze jak Trystero wyobraża sobie zapobieganie sytuacji w której dzwonie do swojego kumpla, który dzwoni do swojego kumpla, którego konkubina kupuje/sprzedaje akcje na podstawie informacji poufnej która jakoś tak mi sie wymskła? Podsłuch na każdym telefonie i permanentna inwigilacja? Wileki Brat patrzy?
W ogólności, jakoś tam mogę zrozumieć chęć powstrzymania tej przeogromnej asymetrii która występuje w danym momencie gdy ta “poufna informacja” się pojawia, tyle że nie wydaje mi sie aby był na to jakikolwiek skuteczny sposób. Oprócz oczywiście libertariańskiego pojmowania własności w którym nie ma czegoś takiego jak ograniczona odpowiedzialność, czy tym bardziej pociąganie z automatu do odpowiedzialności kogoś kogo łatwowiernie wybrał sobie właściciel na przedstawiciela.
“Po drugie, Boudreaux zakłada, że zarząd, który nie jest wystarczająco uczciwy by wypełniać obowiązki informacyjne będzie wykorzystywał informacje poufne w ‘uczciwy’ sposób. Nie będzie na przykład ‘pompować’ cen akcji by wyrzucić swoje akcje ‘na górce’ tuż przed złożeniem wniosku o upadłość.”
Tu się znów zgodzę. Ale działa to również w ten sposób że z zasady “gorące” poufne informacje maja krótki żywot poufności. Trzeba sie jakby nie było spieszyć. Co oczywiście nie oznacza że dziwny ruch w górę nie powinien być dla inwestora niczym dziwnym. Jak najbardziej z mojej marnej perspektywy uczniaka być takowym powinien.
“Po trzecie, zalegalizowanie insider trading, w gruncie rzeczy oznacza zalegalizowanie spółdzielni. W końcu dokładna informacja o tym w jakich cenach i kiedy grupa inwestorów będzie kupować lub sprzedawać akcje danej spółki staje się informacja poufną, którą można legalnie przekazywać i wykorzystywać.”
Ciekawi mnie jak miałaby wyglądać taka legalizacja - i inna obawa, czy samo słowo legalizacja nie jest zaprzeczenie wolności rynku? Prawne sankcjonowanie pewnych działań nie jest domeną wolności - a co gdybyśmy zalegalizowali to aby Trystero przy każdy zakupie akcji miał zakupić również obligacje skarbu państwa? Na pewno z pewnych punktów widzenia byłoby to bardzo efektywne.
Na koniec Trystero zadaje pytanie:
“czy przekazanie informacji wszystkim inwestorom a nie Grubym Rybom nie stworzyłoby jeszcze bardziej efektywnego impulsu cenowego?”
Gdyby zająć krótką pozycje stworzyłoby to jak najbardziej efektywny impuls cenowy. Tak po mojemu.
Grunt to wiedzieć co to znaczy krótka pozycja. I tu pytanie moje - czy samo posiadanie wiedzy jaką posiada, sprowadzający mnie często na ziemie Trystero, z ogólnodostępnych w końcu źródeł, nie tworzy asymetrii informacji? Czy to że ja wiem co to krótka pozycja nie uprzywilejowuje mnie w stosunku do mojej siostry, kuzynów i koleżanek z akademii medycznej?
I skoro tak czym konkretnie różni się to od posiadanie informacji trudno dostępnej? Ilością osób które ją posiadają? Gdzie zatem granica? Od ilu osób rynek jest oki z taką asymetrią a ile osób to za mało aby asymetria była w porządku? I w końcu czy wykorzystywanie takiej informacji nie wiąże sie mimo wszystko z ryzykiem? I czy nie jest paradoksalnie tak że w świecie w którym inside trading jest zakazany mamy do czynienia z znacznie mniejszym ryzykiem takiej działalności?